czwartek, 26 kwietnia 2012

Tak, jesteśmy skazani na drogie paliwo

Polski paradoks: mamy jedne z najtańszych paliw w Europie. Jednocześnie coraz mniej benzyny wlewamy do baków i ograniczamy jazdę prywatnymi samochodami. Z prostego powodu – po prostu nas nie stać. Zarabiamy trzy, a nawet cztery razy mniej niż nasi sąsiedzi z Zachodu. Ceny paliw to, zwłaszcza przed majówką, cały czas gorący temat.
Jeśli przeliczymy niemieckie ceny paliw na złotówki to za litr zapłacimy nawet 7 zł. Mimo to za tamtejszą średnią pensję można kupić cztery razy więcej benzyny niż w Polsce. Problemem nie jest zatem wysoka cena paliwa (choć dla nas nadal wysoka) lecz to, że po prostu nas nie stać na benzynę, gdyż zarabiamy marne pieniądze. Pełny bak stał się dla wielu luksusem.
Oczywiście możemy porównywać się do Rumunii czy Bułgarii, gdzie paliwo jest tańsze, ale mieszkańcy tych państw tankują jeszcze mniej niż my. Ale zasada jest prosta – zawsze porównujmy się do lepszych!
Poniżej zamieszczam grafikę, która pojawiła się w dzisiejszym wydaniu Gazety Wyborczej. Idealnie obrazuje sytuację na rynku paliw w Europie pod względem ceny nominalnej, a realnej siły nabywczej.
emerytury_wydatki_2010_2060_europa Dlaczego benzyna jest droga?
Obciążenie kosztami podatkowymi paliw jest charakterystyczne dla całej Unii Europejskiej. Czyni to Europę kontynentem, gdzie benzyna jest najdroższa. Ale fakt, że płacimy na stacjach paliw 6 zł za litr benzyny to skutek wysokiej ceny ropy naftowej, której baryłka jest trzy razy droższa niż trzy lata temu. Słabość złotego to następny czynnik – efektem jest niekorzystny kurs złotego do dolara (najważniejsza waluta na rynku naftowym) i do euro. Istotne znaczenie ma sytuacja geopolityczna i ewentualne konflikty zbrojne, które toczą się – nic dziwnego – w tych państwach, gdzie ropy jest pod dostatkiem. Do tego wszystkiego – powtarzany jak mantra – fakt, iż cena polskiego paliwa w 50 procentach stanowi daninę dla państwa. Czy płacąc tak wysokie podatki otrzymujemy coś w zamian? Bezpiecznie drogi? Nowoczesne autostrady? Nic?
I dlaczego nie ma szans, żeby była tania?
Obniżenie podatku VAT oraz akcyzy jest potrzebne, ale niestety niemożliwe. Nie dlatego, że jest niewykonalne, ale dlatego, że jest.. nierealne. Rząd ma bowiem problemy z domknięciem budżetu, bo jak się okazało nie uda się zyskać 1,2 mld złotych z fotoradarów. Generalna Inspekcja Transportu Drogowego wyliczyła dla Dziennika Gazeta Prawna, że od początku roku do wczoraj nałożyła na kierowców, którym fotoradar zrobił zdjęcia mandaty opiewające na zaledwie 6,7 mln zł. Gdyby wyliczenia Rostowskiego miały się sprawdzić, miesięcznie przychody musiałby wynosić 100 mln złotych. A to tylko przypadek z ostatnich dni. 40 mld złotych, które rokrocznie wpływa do budżetu jest zatem istotnym źródłem dochodów polskiego państwa i jest oczywistą oczywistością, że nikt z tych wpływów nie zrezygnuje, ani nawet nie postanowi ich zmniejszyć.
- Nie ma co liczyć, że rząd czy Sejm podejmą decyzje, dzięki którym paliwa stanieją. Dopiero gdy spadną ceny ropy i umocni się złoty, kierowcy odczują, że paliwo taniejepowiedział w rozmowie z Gazetą Wyborczą, Andrzej Czerwiński z Platformy Podobno Obywatelskiej.
Oczywiście są inne rozwiązania, dzięki którym paliwo mogłoby stanieć. Ale nie oszukujemy się – są utopijne. Nie wierzę w to, żeby stacje benzynowe zrezygnowały z przyjmowania kart płatniczych by uniknąć opłaty interchange, która stanowi 2 proc. każdej transakcji. Warto w tym momencie powiedzieć, że marża stacji od sprzedaży paliw to często zaledwie 1 proc.
Skoro nie ma co liczyć na tanie paliwo, i mówi to poseł rządzącej partii, to odpowiedź na pytanie postawione w temacie jest prosta: tak, jesteśmy skazani na drogie paliwo. I ubolewam nad tym niezmiernie, gdyż tanie paliwo to rozwój gospodarki, to niższe ceny i więcej pieniędzy w naszych kieszeniach. Ten rząd jednak niejednokrotnie udowadniał, że nie zależy mu na portfelach obywateli, a jedynie na „dopinaniu” budżetu. To my wszyscy ponosimy koszta tego, aby Tusk mógł błyszczeć przed czerwoną planszą, na której Polska jest zieloną plamką.

Jeśli podzielasz zdanie autora, kliknij „Bartek ma rację” na www.iktomaracje.pl.

czwartek, 12 stycznia 2012

Zainwestuj w siebie

Wprowadzenie opłat za studiowanie drugiego kierunku jest oszczędnościowym półśrodkiem ekipy pseudoliberałów. Bez głębokiej reformy systemu oświaty nie ma szans, aby płatny dodatkowy fakultet miał zapewnić lepszy start studentów na rynku pracy. Znam lepszy sposób na inwestycję tych pieniędzy.

Ta sytuacja przypomina stan polskich dróg i autostrad. Wszędzie stawiane są parkometry, bramki na autostradach czy fotoradary, byle tylko płacić. Ale czy jest po czym jeździć? Podobnie z tymi kierunkami. Każą płacić, ale co nam to da? Jakim cudem fakt, że zapłacę za drugi kierunek miałby sprawić, że pracodawca przyjmie mnie z otwartymi rękoma? Liczba fakultetów (np. połączenie dziennikarstwa i europeistyki) nie daje gwarancji zatrudnienia. Tak jest teraz, tak też będzie i po nowelizacji.

Oczywiście każda nowelizacja, która wprowadzana dodatkowe opłaty czy podatki jest przeze mnie traktowana jako pobieranie coraz to większych pieniędzy z cienkich przecież portfeli podatników. Z ustawy zasadniczej wynika, że edukacja w Polsce jest bezpłatna. Jest to co prawda mitem, a wiedzą to osoby, które rozpoczynają studia (liczne opłaty rekrutacyjne) oraz osoby, które mają tendencję do wielokrotnego podchodzenia do zaliczeń.

Profil iktomaracje.pl na Facebooku – 721 fanów. Plus jeden? »

Nie można jednak patrzeć w jednych barwach na świat, bo i tutaj są plusy i minusy. Zacznę od minusów, by historia zakończyła się happy endem.

Dlaczego przeciw

O fakcie załamania konstytucyjnego zapewnienia o bezpłatnej edukacji już napisałem. Jednym z argumentów Barbary Kudryckiej za wprowadzeniem opłat za studiowanie drugiego kierunku był fakt, że ułatwi to dostęp na studia dzienne młodym ludziom z mniejszych ośrodków. Po co jednak produkować magistrów, których rynek wypluwa i ma ich przesyt? Podczas, gdy w Holandii walczy się ze przedwczesnym kończeniem edukacji, w Polsce próbuje się na siłę edukować stado ćwierćinteligentów. Bo tak trzeba nazwać osoby, które nie dostały się na studia dzienne. Przykro mi, ale obecnie dostanie się na studia w Polsce wymaga naprawdę niewiele wysiłku. Poza tym pieniądze, dotacje z budżetu na szkolnictwo wyższe zostanie pomniejszone dokładnie o taką kwotę, jaką uczelnie uzyskają z opłat za kształcenie studenta na drugim fakultecie.

Dlaczego za

Zanim student wybierze kierunek, na pewno dobrze to przemyśli. Mimo wszystko warto też pomyśleć o tych ćwierćinteligentach, bo niestety trochę ich mamy. Co robią ludzie, którzy nie dostają się na studia dzienne i nie stać ich na studia zaoczne? Albo chwalą się, że mają „gap year”, albo wyjeżdżają z tego grajdołka i żyją godnie na zachodzie. Mój brat, po kilku miesiącach pracy w Holandii zarabia około tysiąc ojro. Do matury nawet nie podszedł. Być może zwiększenie liczby miejsc na kierunkach pozwoli zatrzymać młodych ludzi w Polsce.

Prawdą jest jednak, że żaden kierunek nie zapewni sukcesu, a często nawet ciekawej pracy w zawodzie, o której wszyscy marzą. Zamiast wydawać pieniądze na mało perspektywiczny zainwestuj w siebie – wykup kurs angielskiego, kurs tańca. Kup sprzęt, który jest Ci potrzebny do realizacji celów (dyktafon, kamera, cokolwiek), pojedź na wycieczkę, o której zawsze marzyłeś i zrób na niej zdjęcia, które kochasz robić. Nie warto iść w głównym nurcie. Wystarczy prześledzić sylwetki ludzi, którzy osiągnęli sukces – choć sukces to pojęcie względne. Oni mieli po prostu w sobie coś, czego nie miał nikt inny. Życzę Wam wszystkim, abyście odnaleźli w sobie cechy, które świadczą o Waszym indywidualizmie. Rozwijajcie pasje, realizujcie marzenia i… dużo czytajcie! To otwiera umysł.

Notka pochodzi ze strony www.iktomaracje.pl

wtorek, 27 grudnia 2011

Polska i ja

W mijającym roku miało miejsce wiele bezprecedensowych wydarzeń. Które miały rzeczywiste znaczenie, a które tylko robiły na mnie chwilowe wrażenie? Co trapiło Polaków, którzy w 2011 roku zadali dwa symboliczne pytania? Śpieszę z odpowiedzią.

Mój polonocentryzm każe mi myśleć - również wedle tego, co powiedział Bronisław Wildstein – że najważniejszym wydarzeniem 2011 roku były wybory parlamentarne. I rzeczywiście tak było. Gdyby jednak spojrzeć na Polskę z lotu ptaka, a to spojrzenie obejmowałoby całą Europę, na pierwszy plan wysuwa się kasa. Kasa, której brakuje niektórym permanentnym leniom, a którą biedna Polska naturalnie przekaże. Czyli mowa oczywiście o ostatnim szczycie ostatniej szansy.

Jak uniesiemy się jeszcze wyżej i spojrzymy na świat z perspektywy kosmosu, widać coś innego. Co? Wydarzenie kosmicznie ważne – „Arabska wiosna ludów”, która odbiła się czkawką i ukróciła dyktatorskie zapędy północno-afrykańskich władców. W tekście skupię się jednak na dokonaniach Polaków w ostatnim roku, a więc o wyborach będzie, czy tego chcecie czy nie.

Po pierwsze Polska

Analiza wyników ostatnich wyborów parlamentarnych była pierwszym tematem na naszym blogu, który powstał właśnie w tamtym czasie. Skomentowaliśmy zatem 1/4 wydarzeń kończącego się za cztery dni roku. Ale najpierw sięgnijmy pamięcią wstecz, a do jej odświeżenia posłużyłem się, niestety, portalem tvn24.pl. Co, jak co, ale w podawaniu informacji to oni są dobrzy. Gorzej im wychodzi ich komentowanie. Ale do rzeczy.

TVN24.pl opublikował zestawienie 10 najważniejszych wydarzeń w Polsce i na świecie. Nie odnotowano tam faktu powstania tego bloga, ale ustępując pola Adamowi Małyszowi, wcale nie czujemy się urażeni. W głosowaniu na najważniejsze wydarzenie 2011 roku prowadzą wybory parlamentarne w Polsce (a tuż za nimi awaryjne lądowanie kapitana Wrony...) i trzęsienie ziemi w Japonii. Ja zmieniłbym jednak trzęsienie na arabską rewolucję, bo niby jaka jest symbolika, wyższy wymiar katastrofy w krainie kwitnącej wiśni? A wydarzenia z północy Afryki wskazują jednoznacznie, że ludzie będą walczyć o wolność do ostatniej kropli krwi.

Wracając do wyborów. Ich wyniki pokazały jednoznacznie, że Polaków łatwo kupić. Wystarczy zestaw szytych na miarę garniturów dla zespołu, piękne uśmiechy, obietnice i inne ustawiane szopki. Wyborczy sukces Palikota tylko to potwierdza.

"Jak żyć" obok "Co ja pacze" były najczęściej zadawanymi pytaniami w kończącym się roku. O ile z drugiego można się śmiać, o tyle z pierwszego nie wypada. Jak odpowiedzieć na te pytania? Żyć należy według własnych wartości, ciężko walczyć o to, co dla nas najważniejsze i cieszyć się małymi rzeczami, mimo wszelkich przeciwności losu. Nad drugim nie ma sensu się rozwodzić.

W 2012 roku będziemy spierać się kształt Unii. Są tacy, którzy woleliby, żeby w ogóle nie istniała. Miejmy nadzieję, że wyjaśni się też pozycja Polski, która stara się być krajem bardziej decyzyjnym. Obecnie jednak jesteśmy przydupasami Merkel. Na przyszłość w tej kwestii patrzę jednak z ogromnymi obawami.

Po drugie ja

W maju uczestniczyłem w pierwszej manifestacji w swoim dość krótkim życiu. Marsz Wyzwolenia Konopi w Warszawie był po to, aby powiedzieć ludziom, że marihuanę palą zwykli ludzie. I ja takim zwykłym człowiekiem właśnie jestem. Czerwiec? Rozpocząłem pracę w Informacyjnej Agencji Radiowej, gdzie przez trzy kolejne miesiące szlifowałem warsztat reporterski. W międzyczasie byłem na rozmowie kwalifikacyjnej w Chilli Zet – było naprawdę blisko, a dostałbym pracę marzeń (zarząd skrócił długość newsów na antenie, które ja miałem czytać). Później rozmowa w TVP Warszawa – nie udało się, zero odzewu. Nic to, jeszcze będą żałować.

Profil iktomaracje.pl na Facebooku – 562 fanów. Plus jeden? »

Ale wracając do IAR. W trzy miesiące nauczyłem się bardzo wiele. Czego dokładnie? Sumienności, taktu i odporności na stres. Kilkukrotne rozmowy z Januszkami (Korwin i Palikot), rozmowa w gabinecie Marszałka Senatu, Bogdana Borusewicza, i wiele innych, nie były pracą samą w sobie, były przyjemnością, a nawet spełnieniem marzeń. Obecnie takim spełnieniem marzeń jest fakt, że ja piszę, a Ty to czytasz. Niby nic nadzwyczajnego, ale właśnie po to istnieje ta strona. Miło, że tu jesteś.

Dla Was nam się chce

Tysiące czytelników, 331 komentarzy, 75 wpisów, 3 miesiące w sieci. Za to wszystko dziękuję. Dla Was tworzymy, dla Was komentujemy, robimy wywiady. Bardzo istotnym wydarzeniem w 2011 roku było powstanie tego bloga. Przynajmniej w moim życiu. Tematami, które na naszym blogu wzbudziły największe zainteresowanie były: Marsz Niepodległości oraz Zmiana prawa narkotykowego.

Lubię komentować, choć nie jestem w tym mistrzem. Nie zamierzam jednak się na nikim wzorować, bo choć blog, z racji podejmowanych tematów, nazywaliśmy blogiem publicystycznym, mnie bliżej do blogera właśnie. Zwykłego człowieka, który nie tylko zadaje sobie pytanie „Jak żyć”, ale stara się na nie odpowiedzieć.

W 2012 roku życzę Wam jednego Drodzy Czytelnicy – znajdźcie odpowiedź na to znamienne pytanie. „Odpowiedzi szukaj, czasu jest tak wiele” – śpiewał Marek Grechuta. I tym akcentem przywitajmy następny rok. Oby lepszy.

Czytaj także wywiad podsumowujący rok 2011 z Bronisławem Wildsteinem.

piątek, 2 grudnia 2011

Nutka autopromocji

Od 8 tygodni w sieci funkcjonuje blog publicystyczny trójki młodych blogerów. Idea jest taka, że my dodajemy swoje wypociny, a internauci oceniają, kto ma rację. Poza tym debatujemy na tematy wybrane przez czytelników bloga w ankiecie. Co poniedziałek publikujemy wywiad z expertami w danej dziedzinie.

Zapraszam do obejrzenia krótkiego filmiku zrobionego zupełnie spontanicznie (polecam obejrzeć w dużym oknie):

video

czwartek, 24 listopada 2011

Ostatnia szansa Tuska

Nie możemy bezgranicznie wierzyć Tuskowi. To człowiek, który eliminowanie przeciwników politycznych, nawet tych potencjalnych, opanował do perfekcji. Widać to idealnie, gdy spojrzymy na skład Rady Ministrów. Skoro znowu mamy Tuska u władzy, musimy jasno i wyraźnie powiedzieć – Panie Premierze, zacznij Pan wreszcie rządzić Polską, a nie partią.

Skoro nie chcieliśmy ekspertów w parlamencie to musimy się zadowolić tym, co nam pozostało. A zostały nam miernoty. No, dobra. Średniacy, przed którymi stoją wielkie zdania. Szkoda, że dla Polaków liczą się znane nazwiska, partyjny rodowód, piękne twarze i kwieciste metafory wypływające z ust partyjnych agentów. Są one jedynie przedłużeniem filozofii Donalda Tuska. A ta, jak powiedział Tadeusz Cymański, polega tylko na zacumowaniu do portu. Czy cokolwiek się zmieni?

Dla mnie kryzys nie jest skutkiem. Jest narzędziem do inwigilacji społeczeństwa, wyciągania coraz większej ilości pieniędzy od ludzi, którzy tych pieniędzy i tak nie mają za wiele. Przestańmy się bać czegoś, co jest medialną fikcją i zacznijmy robić swoje. Nawet jeśli uznamy, że kryzys jest (czy dopiero będzie) zapłacimy bardzo wiele jeśli się na niego nie przygotujemy. Dlatego Panie Premierze, weź się Pan do roboty.

A tymczasem mamy kolejne obietnice. Mamy też nowy rząd, który jest całkowicie podyktowany partyjną układanką, którą Donald Tusk układał zapewne z Ostachowiczem, Bieleckim i Rostowskim. Panowie spędzili godziny nad dyskutowaniem o kształcie rządu popijając ekskluzywne trunki, których smak przeciętny zjadacz chleba może sobie tylko wyobrazić. O tym, że mam rację, świadczy chociażby fakt, że Joanna Mucha dowiedziała się o swojej nominacji, na dzień przed tym, kiedy dowiedzieliśmy się o tym wszyscy.

Donald, gospodarka głupcze!

Piotr Gabryel w swoim tekście „Polska AAA, czyli polish fiction” (Uważam Rze, 42/2011) nakreślił stan gospodarki i miejsce Polski, które moglibyśmy zajmować w świecie, gdyby Tusk nie zajmował się upupianiem Schetyny, a realizowaniem jedynie tego, co zapowiedział w swoim cudownym przemówieniu w 2007 roku. Co zrobił Tusk do tej pory? Zaliczanie na jego konto budowy stadionu narodowego jest śmieszne, zwłaszcza, że pozostawia ona wiele do życzenia. Jedyne, co mi przychodzi na myśl to likwidacja emerytur pomostowych. Za to wybraliście Tuska po raz drugi? Czy może dlatego, że boicie się radykalizmu Kaczyńskiego? Według mnie, pytanie retoryczne.

Profil iktomaracje.pl na Facebooku – 244 fanów. Plus jeden? »

Liczę, że ministrowie będą niepokorni, będą z pasją realizować się w zarządzaniu, a nie okażą się tylko pachołkami Tuska. Zobaczycie jednak, że minister, który zacznie pracować nie po myśli szefa, zakończy swoją polityczną karierę tak szybko, jak ją zaczął. Donald Tusk ledwo zaczął premierować, a już mamy spadki (kazus KGHM).

Nie bądźmy pożytecznymi idiotami

Rządzi nami partia centrowa, która będzie raz współpracowała z PSL, raz z Ruchem Palikota. Ale zawsze po to, by realizować swoje cele. Te jednak prowadzą do postępowania negatywnego zjawiska „BB”. Biedni biednieją, bogaci się bogacą. A to dlatego, że Platformę lobbują prezesi wielkich spółek, zabetonowanych struktur związków zawodowych czy biznesmeni spod ciemnej gwiazdy. Jeżeli zaczniemy być społeczeństwem obywatelskim (a nie społeczeństwem obywateli) być może Tusk posłucha głosu ludu? Nie możemy zatem bezgranicznie wierzyć Tuskowi i być pożytecznymi idiotami, dla których spokój i bezpieczeństwo to jedyne czego oczekują od państwa. Musimy wysyłać do rządu sygnały, że coś nam się nie podoba, bo na razie jedyne sygnały, jakie docierają do Tuska od jego popleczników brzmią: „Szefie, naród ma wszystko w dupie, więc robimy swoje”. Przepraszam za dosadność.

Na koniec, polecam film. Oczywiście proszę o przymrużenie oczu. Jednak to, co zobaczycie, może nazbyt przesadzone i podkoloryzowane, pokazuje zjawisko, któremu każdy szanujący wolność obywatel musi się przeciwstawić, a które za rządów Tuska niestety postępuje.

"Piekło tkwi w szczegółach", czyli exposé premiera Donalda Tuska

Nie dajmy się omamić i miejmy własne zdanie. Krytykujmy, mówmy głośno, co nam się nie podoba. Iktomaracje.pl daje ci taką okazję – odezwij się do nas, a udostępnimy Ci miejsce na naszych blogu i wypromujemy Twój tekst. Bo każde zdanie ma sens.

środa, 2 listopada 2011

Wrodzony pesymizm

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Ta zasada idealnie sprawdza się przy ocenie sukcesów Gryfa Wejherowo i Ruchu Zdzieszowice. Przypadek? Bynajmniej. Skazani na porażkę? Pewnie tak, ale co jeśli nie?

Większość piłkarzy trzecioligowego Gryfa pracuje w swoim zawodzie, a treningom poświęcają trzy wieczory w tygodniu. W ich rodzinnym mieście urastają do rangi cudotwórców, ale o takiej opinii wśród znawców dyscypliny mogą pomarzyć. Ćwierćfinał i wcześniejsze pokonanie dwóch drużyn z Ekstraklasy to za mało. Dlaczego? To przecież był przypadek. Ale czy na pewno?

Gryf ograł Koronę Kielce (wówczas Korona była liderem Ekstraklasy) i Górnika Zabrze. Skromnie, bo w obu meczach 1:0, ale w dwukrotnie to Gryf miał przewagę. To były najważniejsze dni w 90-letniej historii klubu z Wejherowa. Ruch gładko wygrał z Jagiellonią 3:1, a w 1/8 szczęśliwie trafił na MKS Kluczbork, z którym wygrał 1:0. W każdym przypadku drużyny te grały z rywalem lepszym o jedną lub dwie klasy rozgrywkowe.

Poczynania obu drużyn należy uznać za sukces. Za jego niedocenienie już beknął wiceprezydent Wejherowa, który odważył się powiedzieć, że to przez przypadek i słaby skład rywali – później władze miasta musiały przepraszać za urażoną dumę piłkarzy i kibiców. No, bo jak tak może mówić włodarz, który nigdy nie dołożył złotówki na rozwój klubu?

Przyznam się, że też ciężko jest mi wyobrazić sytuację, w której Gryf lub Ruch wygrywa Puchar Polski. Jedni wówczas powiedzą, że to dowód na to, że nasza liga jest piekielnie słaba, drudzy, że to argument potwierdzający tezę o wyrównanym poziomie lig i bardzo dobrej dyspozycji piłkarzy w tych rozgrywkach. Czy trenerzy i piłkarze obu drużyn mają receptę na sukces? Raczej nie – to wygląda bardziej na chwilowy wzrost formy, kosmiczne pokłady ambicji i zaangażowania. Ale, jak widać, to wystarcza!

Nawet jeśli zdarzy się cud (a przecież cuda się zdarzają) to sytuacja, w której wygrywa drużyna z III ligi raczej nie zapewni nam punktów w rankingach wszelkiej maści. Tym bardziej, że ostatnio komentatorzy zaczęli spekulować o szansach, aby także wicelider Ekstraklasy mógł startować w eliminacjach do Ligi Mistrzów.

Losowanie par w rozgrywkach 1/4 PP odbędzie się pod koniec listopada. Półfinalistów poznamy w marcu przyszłego roku. Czy któryś będzie z III ligi? Mimo wszystko – oby!

Tekst pochodzi ze strony www.iktomaracje.pl

środa, 26 października 2011

Zmierzch czystego PR

Sarko pokazał, że jest mistrzem kampanii grającej na emocjach. Czy ma szanse na zwycięstwo w wyborach prezydenckich, które odbędą się za pół roku? We Francji przeciwnicy urzędującego prezydenta już zacierają ręce, bo i konkurencja nie śpi, i Sarko jakiś taki bez pomysłu na najbliższe miesiące.

W marcu sondaże we Francji wskazywały, że I turę wyborów wygra Marine Le Pen, dziś liderka Frontu Narodowego (23 proc.). Nicolas Sarkozy miałby być na równi z zagorzałą polityk lewicy – Martine Aubry (po 21 proc.). Obecnie na scenie pojawił się kolejny gracz, Francois Hollande, który wygryzł Aubry i w powszechnych prawyborach (frekwencja 2,8 mln osób) został wybrany jedynym kandydatem Partii Socjalistycznej w przyszłorocznych wyborach. We Francji widać mocne poparcie dla idei, którą głoszą lewicowcy z PS, popularność zyskują też narodowcy z Frontu.

Czytaj także tekst Michała Gąsiora: Co ma piernik do wiatraka…

Po pierwsze: konkurencja

W Polsce przywykliśmy do bezjajecznych polityków, którzy boją się wejść w konflikt. Francuzi jednak wybierają mocne charaktery, polityków twardych, którzy walczyli o interesy ich kraju. Francois Hollande, który sam o sobie mówi „polityk zwyczajny”, ma jedną cechę, która wprowadza nową jakość – chce pracować nad jednością i rozwojem ponad partyjnymi podziałami. Jak wskazuje sondaż sprzed tygodnia Francuzi chwycili haczyk.

Dla Sarkozy’ego może być jeszcze gorzej. Zdobywająca coraz większą popularność Marine Le Pen z Frontu Narodowego ma szanse wygryźć Sarko. Le Pen zyskuje, bo mimo śmierci Kadafiego i zapowiedzi budowania demokracji w Libii, Francuzi boją się kolejnej fali emigrantów. Stąd właśnie popularność Frontu Narodowego. W najgorszym przypadku skończy się tak, że Holannde będzie walczył z Le Pen w II turze.

Czytaj wywiad tygodnia: dr Bartłomiej Biskup: Żona i córka pomogą Sarkozy’emu

Po drugie: przewidywalny PR

A córka? O niej na koniec, bo prawda jest taka, że kwestie wizerunku – skądinąd bardzo ważne – spadły we Francji z afiszu. Córka oczywiście nie zaszkodzi, ale jakoś specjalnie nie pomoże. Francuzi pokazali, że wcale nie lubią zaglądać do sypialni polityków. Sarko zrozumiał to w połowie kadencji, kiedy po publikacji wakacyjnych zdjęć z żoną w negliżu spadły mu notowania. Wówczas na dłuższy czas zniknął z mediów. Córeczka Giulia była planowana już w listopadzie 2010. Małżeństwo Sarkozych dokładnie wiedziało, kiedy należy urodzić dziecko. Już od marca 2012 Francuzi będą zalewani zdjęciami pięknej pary prezydenckiej w blasku wiosennego słońca.

Odpowiadając na pytanie postawione na początku: Sarko nie ma szans. Francuzi poznali się na PR-owskich sztuczkach. Córka, rzecz jasna, poprawi wizerunek, ale nie zapewni zwycięstwa. Sarkozy zaostrzy język (dzisiejsze „shut up” skierowane w kuluarowych rozmowach do premiera Camerona), zintensyfikuje swoje działania, uderzy w kilka czułych punktów. To za mało, by rządzić Francją przez kolejne 5 lat.

Tekst pochodzi ze strony www.iktomaracje.pl

czwartek, 20 października 2011

Sytuacja Lekko Dramatyczna

Politycy SLD szukając lidera lewicy zapomnieli, ze Polacy odnaleźli go przynajmniej 2 tygodnie temu. Ruch ekscentryka z Biłgoraja może nie odniósł spektakularnego zwycięstwa, ale wygrał z Sojuszem pokazując, że lewicowi wyborcy nie chcą anachronicznego SLD, tylko postępowego Palikota.

Czym innym jest spektakularny powrót Millera, jak nie spojrzeniem w lata politycznej dominacji, cofaniem się i rozpaczliwym łapaniem się brzytwy? Leszek Miller ma społeczne uznanie, doświadczenie i poparcie w SLD. To podpis tego polityka widnieje na traktacie akcesyjnym. Jednak poparcie dla jego partii topnieje każdego dnia, a jej czas skończył się dziewiątego dnia października.

Politycy „Sojuszu Ledwo Dyszącego” podejmują rozpaczliwe próby rekonstrukcji partii, a Palikot prowadzi radosną politykę laicyzacji, legalizacji i negacji. Najważniejsze błędy SLD? Brak perspektyw, brak kreatywności, słaby PR, zabetonowane struktury, te same twarze, zaszłości historyczne, brak postępowości… I tak dalej, i tak dalej. Błędów SLD uniknął biznesmen z lubelskiego.

Janusz Palikot jest postacią kontrowersyjną. Przeskakując od prawa do lewa, tarzając się w „oparach absurdu” osiadł ostatecznie na lewicowej mieliźnie. Na swój okręt zabrał brygadę podobnych do siebie ekscentryków, którym zapewnił władzę. Czy kompania jego majtków będzie słuchała się marynarza?

„Platforma Lewicy”, którą zaproponował Michał Gąsior być może ma rację bytu, ale wykluczenie z tego projektu Palikota, będzie błędem. Dlaczego? Przypomnijcie sobie wyniki wyborów. To nie SLD będzie łaskawie zapraszało RP do współpracy. Już przed wyborami ludzie SLD z podwiniętym ogonem uciekli do Palikota. A teraz dopiero się zacznie. Bawiąc się, wzorem Karola, we wróżbitę – wróżę, że w ciągu 100 dni przynajmniej 2 osoby z SLD przejdzie do RP. Zakład? Kopyciński już przeszedł.

Monika Olejnik, kpiąc sobie z Biedronia i przepytując go, co to jest Konwent Seniorów, zapomniała, że ten człowiek nie jest politykiem. A na pewno – jeszcze nie jest politykiem. Ten człowiek ma natomiast poparcie osób homoseksualnych. To coś więcej niż teoretyczna wiedza, którą – i tak pewnie nie wszyscy – posiedli partyjni funkcjonariusze. Jasne, można nie ufać Palikotowi za jego, przynajmniej, trójlicowość (OZON, PO, RP). Trzeba jednak zaczekać z osądami. Oni wszyscy już nami rządzi. RP jeszcze nie.

Poza tym – jesteśmy mega hipokrytami. Najpierw narzekamy na zatwardziałe struktury partyjne, kolesiostwo, nepotyzm i „ciągle te same twarze”, a potem narzekamy (czy też naśmiewamy vide Olejnik), że „nowe twarze” nie mają wiedzy, doświadczenia i w sumie to nie wiadomo, kto to w ogóle jest. Dziwne, co?

Tekst pochodzi ze strony www.iktomaracje.pl

wtorek, 18 października 2011

iktomaracje.pl - nowy blog w sieci

Jak widzicie ten blog umarł śmiercią naturalną. Od dłuższego czasu nic tutaj nie dodawałem, co nie oznacza, że nic nie pisałem. Mogliście czytaj moje teksty na salonie, ale od teraz zapraszam na iktomaracje.pl.

Strona iktomaracje.pl powstała z pasji tworzenia, kreowania i wpływania na rzeczywistość. Chcemy zmienić podejście ludzi, chcemy aby byli bardziej otwarci na opinię inną od ich własnych. Chcemy dzielić się własnymi poglądami, tak by ludzie przejrzeli na oczy w kwestiach ważnych dla nas samych. Komentujemy aktualne wydarzenia nie pod kątem ich przebiegu i scenariusza, ale pod kątem ich zasadności i celowości. Nic nie dzieje się bez przyczyny. Chcemy, aby nasze pisanie też miało swój szczytny cel. Celem jest stworzenie miejsca do dyskutowania młodych ludzi o tematach, na które każdy ma swoje poglądy, a przy tym zachowujemy szacunek do odmiennych poglądów.

Projekt „iktomaracje.pl” to nie tylko strona internetowa, na której przeczytasz teksty trzech młodych blogerów. To miejsce, w którym debata na tematy polityczne, sportowe, społeczne i każde inne, prowadzona jest w sposób kulturalny. Wiedząc, że ludzie między 20. a 25. rokiem życia najchętniej czytają blogi, wybraliśmy właśnie taką formę komunikacji. Stwierdziliśmy, że młodzi ludzie potrzebują miejsca, w którym otwarcie powiedzą jakie jest ich zdanie na ważny dla nas wszystkich temat i nie ich opinia zostanie oceniona.

W tym tygodniu zajęliśmy się tematem lewicy. Zapraszam do odwiedzania www.iktomaracje.pl!

wtorek, 7 czerwca 2011

Śmieją się z Solidarnych. To przykre

Prawie codziennie jestem na Krakowskim. Bardzo często widzę biały namiot - symbol Solidarnych 2010. Najczęściej popołudniami z megafonu rozbrzmiewają postulaty dymisji członków rządu z Tuskiem na czele. - Jak można oddać śledztwo w ręce Rosjan - wrzeszczą niestrudzenie.

Jeżeli ktoś poświęca tyle czasu na manifestacje poglądów, jakie by one nie były, musi być przekonany do swoich racji. Byłoby mi co najmniej przykro widząc przechodniów, którzy śmieją się ze mnie. Może nie są to salwy śmiechu, ale jakaś pogarda i zażenowanie w oczach jest widoczna. Turyści, wycieczki nie bardzo wiedzą co jest grane. Dla nich to kolejna atrakcja turystyczna, a dla Solidarnych to "Namiot Nadziei".

W życiu staram się być obiektywny i często w takich sytuacjach odwołuję się do emocji. Postawienie pytania: "A jak Ty byś się poczuł w takiej sytuacji" skłania do refleksji. Choć często ciśnie się uśmiech z pewną dozą pogardy i zażenowania trzeba zrozumieć ludzi, którzy spędzają godziny czy całe dnie na Krakowskim by wyrazić swój protest.

Często wtedy nacierają do głowy pewne spiskowe teorie. Ale szybko je odrzucam. Myślę: dlaczego tych ludzi jest garsteczka? Nie chce używać dobitnych słów, ale czy oni nie mają nic innego do roboty? Nie wiem. Jestem jednak pewien, że dopóki polityka rządu nie przeszkadza obywatelom w prowadzeniu normalnego, spokojnego żywota na ziemskim padole, dopóty oni nie będą wznosić buntu przeciwko rządzącym. Ciekaw jestem jednak jak wyglądałyby wyniki zbliżających się wyborów parlamentarnych, gdyby wszyscy Polacy, nawet Ci, którzy na co dzień mają to wszystko w nosie, poszli do urn? Wygraliby spiskowcy czy marketingowcy?

Teorie spiskowe są dla maniaków, ale oni też mają prawo je wyrażać. Powinni oni jednak pamiętać, że dla wielu spokojny spacer Krakowskim Przedmieściem znaczy więcej niż manifestacja poglądów.