czwartek, 7 kwietnia 2011

Beata Małecka-Libera nie ma zielonego pojęcia

Gdyby marihuana została zalegalizowana jako środek lecznicy, co miałby leczyć? Bezsenność, jak to przedstawiono w jednym z ostatnich odcinków serialu "Usta Usta"? Mielibyśmy wówczas kraj ludzi bezsennych. Zioło wyleczy Polaków z Alzheimera i Parkinsona? Dane statystyczne nie dowiodłyby tego, bo automatycznie wzrosłaby ich liczba.

W Polsce trwa debata na temat legalizacji posiadania małych ilości marihuany na własny użytek. Jak to bywa, wypowiadają się osoby, które nie mają na ten temat zielonego (zwłaszcza zielonego) pojęcia, albo chcą na tym coś ugrać. - Marihuana nie jest lekiem, jest środkiem, który odurza i ogromnie uzależnia, nie zabija od razu, ale z czasem powoduje, że młody człowiek staje się osobą chorą - powiedziała posłanka PO, doktor medycyny, Beata Małecka-Libera.

Zastanawiam się czy Pani Małecka-Libera wypowiadając to wierutne kłamstwo zrobiła to świadomie, a dokładniej, celowo? Na pewno znalazły się bowiem osoby, które w to uwierzyły, po drugie Pani Beacie udało się przesunąć kierunek debaty na inny tor. Niektórzy ludzie po takiej wypowiedzi zadadzą sobie pytanie: czy marihuana leczy bądź nie, a nie: czy marihuana powinna być legalna czy nie. A może po prostu wypowiedź miała się spodobać premierowi, którego chcący legalizacji muszą zmienić?

W legalizacji konopi indyjskich jako środka leczniczego widzę jedną, ale poważną wadę - wzrośnie wówczas korupcja w polskiej służbie zdrowia. Lekarze będą przepisywać nowy lek wszystkim cierpiącym na bezsenność, Parkinsona, Alzheimera et cetera, gdy tylko pacjent o to poprosi. Albo zapłaci. Takie rozwiązanie to niejako stanięcie w rozkroku między delegalizacją, a legalizacją. Więc dlaczego komplikować sobie życie? Weźmy przykład z Czechów.

Racjonalnie patrząc nowelizacja ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii nie zmieni nic albo zmieni niewiele. Będzie więcej zależało od policji, a interpretacja prawa będzie dowolna. W pozytywnej wersji wypadków policja zacznie rozróżniać dilerów od szarych konsumentów, a prokuratora rzeczywiście będzie umarzała takie sprawy.

Meller w wersji jeszcze bardziej lajt

Marcin Meller wczorajszy wieczór poświęcił na spotkanie ze studentami dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Sytuacja oczywiście nie wymagała zbyt dużej powagi, czy też rozwagi (która Panu Marcinowi w kwestii słownictwa by się przydała) to też redaktor Meller nie był wcale, ale to wcale spięty.

Marcin Meller podczas spotkania cytował swoje smsy, a kwieciste anegdotki ubarwiał równie kwiecistymi cytatami. Mimo że miał problem z trzymaniem języka na wodzy, to zostanie zapamiętany z powodu licznych anegdot, którymi podzielił się ze studentami.

Marcin Meller może czuć się spełniony. W swoim życiu posmakował już każdego typu medium. Pisał do Polityki, jest naczelnym znanego miesięcznika dla panów. Swoim specyficznym słownictwem zabawiał nas w programie "Drugie śniadanie mistrzów" w TVN24, a w radiu Roxy prezentuje niszową muzykę państw egzotycznych w autorskiej audycji "Mellina". Wcześniej prowadził reality show "Agent" i był w duecie z Kingą Rusin w "Dzień dobry TVN". W maju tego roku na półkach w księgarniach pojawi się książka Marcina Mellera, którą napisał wraz ze swoją żoną.

Wydawać by się mogło, że redaktor naczelny Playboya, któremu z powodu posady zazdrości większość mężczyzn w Polsce, nie musi posiadać dużej wiedzy. Może nie musi, ale posiada. A już na pewno przeogromnie duży bagaż doświadczeń, no i znajomości. Bo gdy Staszewski nie chciał przesłuchać piosenek tureckiego zespołu, bo nie były na oryginalnej płycie, Pan Meller zadzwonił do kolegów z Istambułu i oryginalna płyta przyleciała. A Kapuściński osobiście dał mu 300 dolarów na wyjazd do Afryki mówiąc: - To takie stypendium na cole.

Prowadzący program "Drugie śniadanie mistrzów" potrafił opowiadać anegdotkę w anegdocie i w niektórych momentach sam się gubił, o czym miał właściwie mówić. W każdym razie, ze wszystkich omawianych kwestii, wśród których był temat Playboyu czy pasja radiowa redaktora, za najciekawszą opowieść uznałem tę o Gruzji. Kraj ten przypadł do gustu dziennikarzowi do tego stopnia, że wraz z żoną napisał o nim książkę. Pierwszy w życiu semi-autorski tytuł Mellera pojawi się w księgarniach już za dwa miesiące. - Jestem tym strasznie podjarany - tłumaczył na spotkaniu Marcin Meller.

Meller powiedział, że Tibilisi zna tak dobrze jak Warszawę i często zdarza mu się wpaść do miasta, by spotkać się ze znajomymi Gruzinami. Kilka razy wypił też za Lecha Kaczyńskiego, czy to przed wydarzeniami 10 kwietnia czy po, mimo że, jak mówił, Kaczyński i on to inna bajka. Ta gościnność narodu gruzińskiego w stosunku do Polaków, nie pojawiła się tylko i wyłącznie z powodu prezydentury Lecha Kaczyńskiego. Skąd się wzięła? Może dowiemy się tego w maju z nowej książki Mellera.

Aktorzy z Poznania

Do Warszawy przyjechali aktorzy z Poznania. Nie mieli dużo gadżetów, najczęściej odbijali między sobą piłkę, choć podobno był to owczy pęcherz. Ten element na pewno dodawał dramaturgi sztuce aktorów z Poznania.

Aktorzy z Poznania stanęli na przeciwko mało doświadczonych aktorów z Warszawy. Wynik rywalizacji był z góry znany. Tak grać potrafią tylko aktorzy z Poznania.

W sztuce dużo było elementów baletu, bowiem aktorzy z Wielkopolski bardzo lubili kontakt z glebą, z którą szybko się nie rozstawiali. W wielu sytuacjach widz miał wątpliwości czy kontakt ten był zamierzony, czy może zupełnie niezależny od aktora. W takich momentach na scenę wbiegali asystenci, którzy sprawdzali czy wszystko gra, a po chwili, gdy okazywało się, że to wszystko było w planach, posuwistym krokiem schodzili z murawy. Mimo że nie zmieścili się w grupie jedenastu aktorów, to ich rola była nieoceniona.

Główna rola należała jednak do arbitra, którego widzowie nazywali też pajacem. Nie dość, że miał bardzo duży wpływ na bieg wydarzeń, to wydawało się, że bardzo dobrze przestudiował scenariusz przez spektaklem. Spektaklem obfitym w niezwykłą grę aktorską. Widz mógł podziwiać liczne symulacje, kontakt z glebą i inne tricki aktorskie. Mistrzem w swojej roli okazał się czarnoskóry Kolumbijczyk, prawdziwy człowiek teatru. Miał on duże pole do zaprezentowania swoich umięjętności. Liczne kontakty cielesne z mało doświadczonymi odtwórcami ról z Warszawy, dawały mu szanse na ulubiony kontakt z glebą. Wówczas doświadczony aktor z Poznania ostetacyjnie wymachiwał rękami bądź nogami, po tym jak pajac przerwał akcje, ten wstawał i jak gdyby nigdy nic zaczynał grać dalej.

Zwycięsko ze spotkania wyszli aktorzy z Poznania. Przesądziły o tym niebywałe umięjętności aktorskie, to przecież oni jako jedyni reprezentowali Polskę na europejskich salonach. Jest to grupa aktorów, która na rodzimym podwórku również może dużo zdziałać. Są przecież mistrzami.

Tak grać potrafią tylko aktorzy z Poznania.

czwartek, 24 lutego 2011

Balet to wymagająca sztuka, czyli "Tristan" w Operze Narodowej

Balet wydaje się być dla mnie jedną z najbardziej wymagających form sztuki. Dzieło Krzysztofa Pastora w dwóch aktach, zostało przedstawione na deskach Teatru Wielkiego Opery Narodowej w Warszawie. Jak zawsze, frekwencja dopisała.

Gdy oglądam przedstawienia, jak Anna Karenina, czy ostatnio Tristan, mam wrażenie, że przenoszę się w inny świat. W symboliczny, bajeczny świat, w którym tancerze, niczym nakręcane laleczki, odgrywają skomplikowane choreografie na scenie. Albo jestem amatorem albo jestem mało spostrzegawczy (może nawet jedno i drugie), ale ciężko było dostrzec jakiekolwiek błędy w wykonaniu choreografii, którą również przygotował Krzysztof Pastor. To najbardziej stanowiło o wielkości tej sztuki. Ile pracy cały zespół musiał włożyć w przygotowanie sztuki? Wolałem sobie nawet nie wyobrażać. Wystarczyło mi, że na sam koniec na scenę wyszło kilkadziesiąt osób, w różnym wieku, a publiczność nagrodziła występ gromkimi brawami.

Rolę młodego rycerza, Tristana, odegrał Paweł Koncewoj. Jego piękną, jasnowłosą księżniczkę zagrała niezwykle doświadczona i utalentowana Ukrainka, Aleksandra Liashenko, która w "Annie Kareninie" zagrała Kitty. Trwający dwie godziny pokaz umiejętności, symboliczne przedstawienie o miłości przypadkowej, acz ogromnej, w żadnym momencie nie nużył. Trzymająca w napięciu muzyka, którą słyszeliśmy za sprawą Orkiestry Opery Narodowej w pełni komponowała się czy to z choreografią, czy nawet scenografią, którą przygotowała Katarzyna Nesteruk. Kostiumami zajął się Maciej Zień. Były one lekkie i zwiewne, a także charakterystyczne. Łatwo można było dostrzec, że na scenie pojawiają się rodzice Tristana jako duchy.

Koneserów sztuki pewnie nie muszę zachęcać, ale wszystkim pozostałym, naprawdę polecam. Balet jest sztuką wyrafinowaną, najwyższych lotów. Dla kogoś, kto nie interesuje się tą formą sztuki na co dzień, wartości przedstawienia mogą nie być zbyt wyraźne, co więcej, pisanie o tym może sprawiać trudności. Stąd właśnie moja recenzja taka krótka.

Zdjęcia autorstwa Ewa Krasuckiej. Materiały prasowe Teatru Wielkiego Opery Narodowej

Dziś będzie o balecie. "Anna Karenina" na deskach Opery Narodowej

Sala Moniuszki Teatru Wielkiego Opera Narodowa była w sobotni wieczór wypełniona niemal po brzegi. Utalentowany choreograf, Alexei Ratmansky, ze starej opowieści zrobił niesamowite, nowoczesne widowisko.

Do Opery Narodowej dotarłem bezpośrednio po obejrzeniu nowej komedii Piotra Wereśniaka "Och Karol 2". Choć za sprawą wizualizacji z projektora podczas baletowej inscenizacji powieści Tołstoja widz mógł mieć wrażenie, że ogląda film, to jednak miejsce w jakim przyszło mi się znajdować nie pozostawiało złudzeń i przenosiło widzów w inny wymiar sztuki.

Anna Karenina opowiada o dramatycznej historii kobiety, która była emocjonalnie rozdarta między zimnym i ustabilizowanym mężem, a pełnym młodzieńczej energii i wdzięku kochankiem. Musiała dokonać wyboru: albo dotychczasowe, przepełnione rutyną życie albo pójście za głosem serca. Fabuła została oparta na miłosny wątku dziewiętnastowiecznej, psychologicznej powieści Lwa Tołstoja o tym samym tytule.

Wizualizacje, które stanowiły tło wydarzeń na scenie dodawały baletowi nowoczesności i świeżości. Obecnie, widzowie lubią, kiedy w sztuce wykorzystuje się elementy dwudziestopierwszowiecznej techniki. Utalentowany choreograf, Alexei Ratmansky, ze starej opowieści zrobił nowoczesne widowisko.

Wrażenie mogła robić liczba aktorów na scenie, która niejednokrotnie oscylowała wokół 30-40 osób. Łącznie na scenie wystąpiło czy też zatańczyło, ponad 80 ludzi, wspieranych muzycznie przez licznie obsadzoną filharmonię, której dyrygował Evgeny Volynsky.

Widać było błysk w oczach widzów, gdy Anna Karenina (Natalia Wojciechowska) wraz ze swoim kochankiem Wrońskim (Sergey Popov) tańczyli na scenie. Ponadto, Anna Karenina Rodiona Szczedrina mogła się wielu osobom podobać, choćby ze względu na nierzadko skomplikowane i atrakcyjne układy taneczne czy ciekawą choreografię, która mimo swojej ascetyczności, przy wsparciu nowoczesnych technik, robiła wrażenia. Zwłaszcza, gdy na scenie pojawiła się spuszczona z góry brama, wielki, złoty żyrandol czy wagon pociągu.

Zdjęcie autorstwa Dream Dottie, wykorzystane na licencji CC.

wtorek, 11 stycznia 2011

Jak żyć? W "Nienasyceniu" nie znajdziesz odpowiedzi

Spektakl „Nienasycenie” w reżyserii Tomasza Hynka spotkał się z wieloma bardzo pochlebnymi, jak i bardzo krytycznymi recenzjami. Jest to przekaz o specyficznej formie. Na pewno nie jest to zwykłe przedstawienie, ale czy jest niezwykłe?

Obejrzenie w skupieniu całego spektaklu, zwłaszcza gdy za murami Pałacu Kultury i Nauki wybuchały salwy fajerwerków z okazji „światełka do nieba”, nie było wcale łatwe. Mimo że, oparty na powieści Stanisława Ignacego Witkiewicza, notabene patrona Teatru Studio, spektakl nie nużył. Prowokował, niektórzy powiedzą, że nierzadko brzydził, ale także w pewnym momencie rozśmieszał.

Fabuła obrała dwa tory. Pierwszy, to historia młodzieńca, 18-latka tuż po maturze, uwikłanego w historię przedwojennej Polski. Pragnie studiować literaturę, gdyż, jak twierdzi, jest w niej więcej życia niż w jego własnym. Reżyser bez żadnych ogródek unaocznia widzom jego młodzieńcze, erotyczne fantazje, obawy czy wizje. Chociaż wyrażenie „erotyczne fantazje” brzmi w tej sytuacji jak eufemizm.

Drugi tor to próba przedstawienia Polski jako przedmurza chrześcijańskiej Europy. Przedmurza, które ma stawić czoło chińskiej inwazji. Te dwa tory fabuły niejednokrotnie się zazębiają, uwznioślając przemyślenia głównego bohatera, Genezypa, w którego rolę umiejętnie wcielił się debiutujący Krzysztof Kwiatkowski. Jego rola w Hotelu 52 w porównaniu do roli w „Nienasyceniu” to niebo, a ziemia, z tym, że „Nienasycenie” to niebo.

Trzeba lubić twórczość Witkacego, aby spektakl ten trafił do czyjegoś gustu. Nie powiem, było
w nim coś intrygującego. Najbardziej w pamięci utkwiła mi scena, w której aktorzy wychodzą przed scenę i z powolnego „przechodzenia” do płaczu, śmieją się po chwili do rozpuku, powodując przy tym burzę śmiechu na widowni. Scena się kończy. Pozostaje pytanie: dlaczego?

Podobne pytania może widz stawiać tyle, ile pauz robili w całym spektaklu aktorzy. Nieskończenie wiele. Jak żyć? - pyta osiemnastoletni syna piwowara, Genezyp Kapena, drapiąc się po swoich genitaliach. Nonsens?

Aktorzy na scenie prezentują różne filozofie życia i różne wartości. Widać rządzę władzy, egoizm i przerost ambicji. Łatwo zauważyć momenty, w których ukazywane jest zniewolenie ciała i umysłu. Widać nienasycenie ciałem i nienasycenie wiedzą. Przekazywane filozofie często są prezentowane przez dwie, trzy osoby w jednej chwili. Obłęd i trans w jakim je wypowiadają powodują totalny bełkot. Taka, jest przyczyna tego, że ich nie słychać, a nie jak twierdzi Wojciech Janiszewski w swojej recenzji, słabe nagłośnienie. Taka filozoficzna papka może niektórych nas motywować do życia według swojej idei, filozofii i we własny sposób.

Jak wspomniałem na początku, spektakl, do którego scenografię przygotował Mirosław Kaczmarek, ma swoich sympatyków jak i opozycjonistów. Ja chyba pozostanę neutralny. Dzieło reżysera Tomasza Hynka zrodziło we mnie wiele pytań, na które niestety nie zaserwowano odpowiedzi. Parafrazując słowa Tadeusza Kończyńskiego z recenzji sztuki „Wygnany Eros”, mogę powiedzieć, że: warto chodzić. A jeśli się już pójdzie, warto pisać. Jeśli się już napisze, warto drukować. Jeśli się wydrukuje, warto czytać. Jacyś ludzie nauczyli się tego na pamięć. Przedziwne.

niedziela, 26 grudnia 2010

Jaki pasożyt przeżyje wszystko? Idea

Wyobrażenie zaszczepienia idei leży u podstaw pomysłu twórców wielopoziomowego filmu "Incepcja". Autorzy chcieli zaprezentować złożony proces, a raczej jego wyobrażenie, w pełnometrażowym filmie, który wydawał się trwać wieczność.

Główny bohater, pan Cobb, w którego rolę wcielił się Leonardo DiCaprio, balansuje na skraju rzeczywistości i snu, na skraju realności i wyobraźni. Kierowanie podświadomością jest kluczem do sukcesu, a zaszczepienie idei jest jedyną drogą do doraźnego, jednorazowego wpłynięcia na czyjąś podświadomość. Jak tego dokonać? Tylko Pan Cobb potrafił to zrobić. Już raz zaszczepił komuś ideę. Doprowadziła ona do tragedii, którą mógł przewidzieć, ale nie mógł jej zapobiec.

Pewnego dnia, od Saito, właściciela gigantycznej spółki w branży elektrycznej, pan Cobb dostaje zlecenie zaszczepienia idei. Celem ma być spadkobierca korporacji, która jako jedyna może zagrozić firmie Saito. Idea ma być prosta – spadkobierca, czyli pan Fisher, ma zrezygnować z przejęcia firmy po ojcu, która zgodnie z testamentem ma wówczas zostać podzielona na kilkanaście mniejszych spółek. Operacja „incepcji” jest bardzo złożona, przeszkadzają w niej projekcje, lub jaśniej – wizje i urojenia pana Cobba.

Widzowi bardzo trudno jest spamiętać każdy z wątków w filmie. Przenosimy się pomiędzy wyobrażeniami różnych bohaterów. Wraz z „włączeniem” do projektu nowej osoby, która ma zaprojektować każdy z poziomów podświadomości, widz jest zaznajamiany z tajnikami samej sztuki zaszczepienia idei.

Obraz „Incepcja” może się wielu osobom podobać. Jest to film akcji o podłożu psychologicznym z wątkiem miłosnym i domieszką sensacji oraz dramatu. Zaspakaja rozmaite gusta i każdy odnajdzie fragment, który będzie bliski jego oczekiwaniom i wyobrażeniom.

Być może już raz śniłeś o tym samym, co przytrafia się bohaterom albo pojawiła się w twojej głowie podobna wizja. Faktem jest jednak, że nigdy nie pamiętałeś początku twojego snu, choć zawsze znajdowałeś się w nim w centrum wydarzeń. Ludzie na Ciebie spoglądali i to Ty byłeś twórcą sennej wyobraźni…

Film "Incepcja" jest przemyślaną grą wyobrażeń, grą snów, która ma wpłynąć na ludzką podświadomość. Ma zaszczepić w każdym z oglądających chęć rozważań nad istnieniem podświadomości, nad jej celem, sensem. Po obejrzeniu obraza autorstwa Christophera Nolana przychodzi na myśl pytanie: czy moje życie jest kierowane podświadomie? Jeżeli tak – w jaki sposób, jeżeli nie – co wpływa na moje decyzje?

Film trzyma w napięciu od samego początku i wcale nie kończy się ono wraz z ostatnią klatką. To pod wpływem tego napięcia powstały te słowa.

sobota, 18 grudnia 2010

"Cieszę się, że przyszliśmy", czyli słowo po spektaklu

Podobno światopogląd ks. Józefa Tischnera bardzo odpowiada młodym, kreatywnym ludziom. Choć z poglądami tymi się nie zapoznawałem, to jeśli chodzi o spektakl "Filozofia po góralsku" duetu Ireny Jun i Wiesława Komasy, bardzo mi on "leży".

Premiera przedstawienia, opartego na książce ks. Józefa Tischnera pod tym samym tytułem, odbyła się już, bagatela, pięć lat temu w warszawskim Teatrze Studio. Trudno zatem dodać coś, co jeszcze o samym spektaklu nie zostało powiedziane. Muszę jednak powiedzieć, że nie zwykłem pisać recenzji spektakli, raz dlatego, że nie bywam zbyt często na takowych, dwa, że nie uważam, bym posiadał wiedzę by to robić, co w sumie wynika z pierwszego. Mogę jedynie zabawić się w zapisanie własnych odczuć po obejrzeniu spektaklu "Filozofia po góralsku" autorstwa Ireny Jun i Wiesława Komasy.

Wspomniany duet zajął się jednocześnie scenariuszem, reżyserią i odtworzeniem głównych ról. Włączenie do przedstawienia wątku młodej pary góralskiej miało, według mnie, ma celu uteatralnienie filozoficznego rozgadania. To oni, wchodząc na scenę, a raczej mały podest między krzesłami, prezentowali inną formę ekspresji niżeli tylko słowo mówione. Młoda góralka śpiewała, a jej silny głos przeszywał na wskroś. Rozdawała też widzom, wcześniej pokrojony na scenie, oscypek. Jej narzeczony robił wybranym gościom zdjęcia z białym misiem, by na koniec spektaklu wręczyć im ich odbitki. Ta góralska para ubrana była w tradycyjne stroje, co nadawało walory estetyczne. Widzowie, w liczbie zaledwie 60 osób, w pewnym sensie uczestniczyli w spektaklu. Łatwo można było poczuć, że słowa ze sceny kierowane są do każdego z obecnych.

Wszyscy dobrze wiemy, że Tales z Miletu to tak naprawdę Stasek Nędza z Pardałówki. Wszelkie greckie mity i legendy kończyły się tragicznie, a filozofom góralskim zależało na pogłębianiu szczęścia i radowaniu. Z tego właśnie powodu prawdy przez nich głoszone są lepsze i należy się do nich stosować. Tak została przedstawiona jedna z góralskich tez. Aktorzy góralską gwarą i z przejęciem przekonywali, że "cłek jest miarą wszystkiego", czyli "to, co dla ciebie jest dobre, dla mnie jest złe, a co dla ciebie jest złe, dla mnie jest dobre."

Dialog między wiekowym już małżeństwem górali był bardzo autentyczny. Przypominał sposób rozmowy babci, która z przejęciem opowiada o tym, co ostatnio, bądź też lata temu, wydarzyło się na wsi. Filozofia góralska została okraszona dowcipem, co jeszcze bardziej ułatwiało jej przyswajanie. Wyszedłem z kameralnej sali z przeświadczeniem, że warto kochać, cieszyć się każdą chwilą i że lepiej "bardziej być, niż bardziej mieć".

Wychodząc już z samego teatru usłyszałem: "Cieszę się, że zdecydowaliśmy się przyjść". Jestem pewien, że nie była to odosobniona wypowiedź, po obejrzeniu spektaklu "Filozofia po góralsku" w Teatrze Studio. Choć podczas tego czwartkowego wieczoru byłem również na koncercie Hey, trudno jest mi powiedzieć, co mi się bardziej podobało. Wiem jednak, co mnie bardziej "przejęło".

Zdjęcie opublikowane na licencji CC, autorstwa
Małopolskiego Instytutu Kultury.

poniedziałek, 22 listopada 2010

Reggaeneracja po wrocławskim festiwalu One Love

Występy niektórych artystów i konkretne kawałki przez nich wykonywane podczas One Love Sound Fest we Wrocławiu, doprowadzały tłum do apogeum ekstazy, wibracji ciał i całej, gigantycznej hali.

Po kilku godzinach podróży pociągiem w stronę Wrocławia woń marihuany w wagonie już nikogo nie dziwiła. Dredy, jamajskie i rastafariańskie flagi, lew na koszulce i czapki w kolorach rasta. Nieco przymknięte oczy i uśmiech na twarzy. Po siedmiu godzinach, z zaledwie godzinnym opóźnieniem, docieramy do stolicy reggae.

Na ulicach Wrocławia mogliśmy tego dnia zobaczyć wielu kibiców w zielonych bluzach i szalikach. Fani Śląska Wrocław pod spożywczakami posilają się przed meczem lokalnym piwem, znanym zresztą w całej Polsce. Robiąc zakupy w jednym z osiedlowych sklepów zaczepiają nas pytając o ogień. - Nie macie?! Same debile. Widać, że kałamarze, studenciaki.

Atmosfera przed ich świętem jest inna niż przed naszym. Przyjechaliśmy kilkaset kilometrów, by delektować się słodkimi rytmami reggae, roots, dub czy ragga. Nie chwalimy się skąd jesteśmy i nikogo nie zaczepiamy. Dlaczego zaczepiają nas? Odpowiedź brzmi: alkohol. Kibiców zbierało się przed stadionem coraz więcej, paradowali z piwami nie zważając na przejeżdżające obok policyjne radiowozy. To ich święto, to ich dzień.

Tego dnia wydarzyło się jednak we Wrocławiu coś większego. Coś, co każdego roku sprowadza do miasta tysiące osób. Sprowadziło także i nas. Gdy zbliżała się godzina 16, przed Halą Stulecia zbierał się tłum, sporadycznie ktoś pił piwo. Ludzie, mimo wielkiego ścisku tuż przed otwarciem wejść, potrafili okiełznać emocje i nikomu krzywda się nie stała. Co więcej, wśród tych ludzi panowała atmosfera jedności, nie bez znaczenia festiwal to "Jedna Miłość". Powinienem pominąć kwestie "handlu" w samym centrum tłumu przed wejściem, ale nawet to udawało się za pośrednictwem kilku zupełnie nieznajomych osób.

To miejsce było bezpieczniejsze niż rejony stadionu wrocławskiego. Nikt nas nie zaczepiał i po kilku minutach lekkiego ścisku bezpiecznie weszliśmy do środka. A co działo się, trudno opisać słowami. Zwłaszcza to, co działo się w środku grupy fanów pod główną sceną. Występy niektórych artystów i konkretne kawałki przez nich wykonywane, doprowadzały tłum do apogeum ekstazy, wibracji ciał i całej, gigantycznej hali.

Zespół Natural Dread Killaz wielkim uderzeniem zainaugurował festiwal One Love. To na koncert tego zespołu i niemieckiego artysty muzyki reggae, Gentlemana, zjechało się najwięcej fanów. Poza nimi do Wrocławia przyjechało dziewięciu innych artystów, którzy na dwóch scenach rozgrzewali przybyłych w liczbie około 10 tysięcy.

Nie wytrzymaliśmy do występu Vavamuffin, ostatniego tej nocy. Stwierdziliśmy, że skoro ekipa jest z Warszawy, to na pewno kiedyś będziemy mieli okazję pójść na ich koncert. Poza tym mieliśmy pociąg o 5.18. Podróż powrotna minęła jak z płatka, budzeni tylko przez kontrolę biletów wróciliśmy do Warszawy, zmęczeni, ale naładowani pozytywną energią, trochę wyciszeni, ale to pewnie już jutro się zmieni.

Niedziela w naszym warszawskim mieszkaniu jest niezwykle spokojna. Dwójka z nas śpi, pozostali surfują po sieci. W tle brzmią spokojne rytmy reggae, które wczoraj królowało na siódmej edycji festiwalu One Love.

Podsumowując, największy halowy festiwal reggae w Europie uznajemy za niezwykle udany. Szkoda, że nie zwiedziliśmy Wrocławia, w przyszłym roku obowiązkowo musimy poświęcić na ten wyjazd więcej czasu. Mimo braku wspólnego grupowego zdjęcia, jestem pewien, że ten dzień pozostanie w naszej pamięci na zawsze.

czwartek, 19 sierpnia 2010

Bergen op Zoom - zwykłe niezwykłe miasto

W Holandii każde miasto wydaje się być podobne, wąskie uliczki w centrum, podobna architektura osiedli. Jednak nie ma dwóch takich samych miast. Każde ma swoją duszę, niepowtarzalny urok, któremu łatwo ulec. Zapraszam do Bergen.

Sportowy tryb życia to domena Holendrów. W taki pogodny dzień, oczywiście wietrzny, można zobaczyć tu wielu windsurferów.

Miasto to zostało zapamiętane z powodu licznych artystów cyrkowych i innych ludzi zajmujących się występami na jarmarkach.

Bergen oddalony jest o 17 km na zachód od Roosendaalu. Miasto położone jest nad zatoką w Północnej Brabancji.


Zobacz więcej zdjęć w galerii zdjęć w serwisie Wiadomości24.pl