Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat Książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat Książki. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 października 2008

Polemika z Tomaszem Lisem

Poniżej zamieszczam trzy fragmenty książki Tomasza Lisa "My, naród", na które postaram się odpowiedzieć argumentami "na nie" postawionej przez Lisa tezie.

Pierwszy fragment, (wyrwany nieco z kontekstu): "W przypadku społeczeństwa obywatelskiego ponownie bokiem wychodzi nam to, że niemal zupełnie sobie nie ufamy.Wyróżnikiem współczesnej Polski pewnie w większym stopniu niż tradycyjna polska gościnność jest tradycyjna polska nieufność. (...)"

Odpowiedź: Jeśli chodzi o pierwszy fragment, to dość łatwo jest dobrać argumenty, które oczywiście obalą wyrwaną z kontekstu tezę. Potrafimy być mili, a z gościnności słyniemy. Nie udawanej, lecz prawdziwej. Czasem gościnność miesza się z nieufnością (bo przecież tyle złego w tv) i pewnie stąd wrażenie, że nieufność staje się tradycją. Argumenty? Na ten moment przypomina mi się artykuł p. Jadwigi Kowalczyk, która wpuściła na szklankę wody zmęczonego wędrowca z TP, pomimo, że wcześniej nachodziło ją wielu innych z jego firmy i nachalnie proponowało nową, ponoć lepszą, ofertę. Zatem gościnność górą. Przykład z dzisiaj, spotykają się dwie panie:
- O cześć! Co tam?
- W porządku, idę na autobus.
- Wiesz co, my jedziemy do sklepu i później od razy do domu. Zabierzesz się z nami?
- Chętnie!

Pan też opowiadał, co miłego spotkało go na ostatnich wakacjach w USA. Panie Tomaszu, w Polsce też jest miło.


Druga myśl: "Złe rządy, złe drogi, piłkarze kiepsko grają, pogoda pod psem, ceny rosną, w telewizji na święta nic porządnego nie dają - taka standardowa polska litania, malkontenctwo a la polonaise. Coś w tym jest, bo przyjeżdżającym do Polski obcokrajowcom, w każdym razie tym, którzy jeszcze nie zdążyli się przejechać po naszych drogach, w oczy rzucają się od razu dwie rzeczy. Tylu ludzi milkliwych, ponurych, a w rozmowie najczęściej tylko narzekają i mówią co im nie wyszło, co im nie wychodzi albo co im na pewno nie wyjdzie. (...)

Odpowiedź II: Drogi są coraz lepsze, wystarczy trochę pojeździć po Polsce. Co prawda wolno to się wszystko poprawia, ale poprawia. Piłkarze kiepsko grają? Nie zawsze. Potrafią zaskoczyć, co udowodnili np. w sobotę. Oby tak dalej. Pogoda ostatnio całkiem dobra. Jutro może popadać przelotnie, ale damy radę. Jak widać, punkt widzenia, zależy od punktu siedzenia. Różne spojrzenie mają ludzie na różne aspekty życia. Są tacy, którzy potrafią się cieszyć ze zwykłych rzeczy: udanych zakupów, ładnej pogody, uśmiechu dziecka etc. Może ta szara stolyca tak na Pana wpływa albo za dużo ogląda Pan telewizji? Tam puszczają tylko złe newsy, bo to się lepiej sprzedaje, sam Pan wie. Jeżeli ktoś narzeka, że aż się nie da słuchać, to może.. trzeba mu o tym powiedzieć?

I trzecia myśl: "Polsce potrzebna jest propaganda sukcesu. Nie nachalna, ordynarna i fałszywa propaganda jaką serwowano nam w czasach Gierkowskich, która z kraju żyjącego na kredyt uczyniła dziesiątą potęgę gospodarczą świata. Potrzebujemy tej propagandy w podwójnym sensie. Propagandy gigantycznego, fantastycznego sukcesu, który odnieśliśmy w 1989 roku i później oraz propagandy sukcesu jako pojęcia, wartości, celu, do którego trzeba i warto dążyć.

Odpowiedź III: W Polsce nie jest potrzebna propaganda sukcesu. Wiele już było obiecanek-cacanek i budujących słów. Mówiono o budowie drugiej Irlandii, Japonii, czy Szwajcarii w Polsce. A u nas wciąż to samo. Sukces może i był. Jednak zamiast siać propagandę sukcesu niech dzieci uczą się dokładnie o tym, niewątpliwie ważnym wydarzeniu w szkołach i niech budowana będzie w nich postawa dumnego Polaka, znającego swoją historię i z rozsądkiem patrzącego na świat.

Poza tym, potrzeba nam "dobrych mediów". By nie emitowali tego co się sprzedaje, ale to co jest ważne i budujące. Że nie tylko się zabijają, ale i leczą, że nie tylko niszczą, ale i budują. U nas szala na tej wadze, zdecydowanie chyli się ku jednej stronie.
Kilka miesięcy temu w Rumunii wprowadzono nakaz dla serwisów informacyjnych, aby połowę czasu emitowano wiadomości dobre, a drugą połowę te złe. Brzmi niby dość sarkastycznie, ale gdyby się tak głębiej zastanowić...

zdjęcie pochodzi ze strony fotografia.wordpress.com

wtorek, 30 września 2008

Tomasz Lis - My, naród

4 października ukaże się w księgarniach najnowsza książka Tomasza Lis pt. "My, naród", w której jeden z najlepszych polskich dziennikarzy i publicystów zastanawia się, co My jako Naród możemy zrobić w sprawie polskiej.

Oto wstęp do owej książki:

Na pomysł napisania tej książki wpadłem w Chinach, w 2007 roku, w czasie spotkania Młodych Globalnych Liderów (dość pretensjonalna nazwa, przyznaję). Młodzi ludzie z całego świata, którzy już zdążyli osiągnąć sukces w biznesie, w działalności charytatywnej czy w mediach, przyjechali tam, by zastanawiać się, co właśnie oni mogą zrobić, by pomóc rozwiązać niektóre problemy świata. Całe towarzystwo podzieliło się na podgrupy, by wypracować jakieś rozwiązania, a to w sprawie głodujących dzieci w Afryce, a to w sprawie dostępu do edukacji w krajach Trzeciego Świata, a to w sprawie dystrybucji komputerów za 100 dolarów. Było to imponujące, bo większość zebranych stanowili milionerzy albo multimilionerzy, od założyciela Wikipedii, przez wiceszefa Google’a, po wiceprezydenta nowojorskiej giełdy, a wszyscy nie żałowali czasu i energii, by zmierzyć się z problemami, które, dokładnie rzecz ujmując, w najmniejszym stopniu nie były ich problemami. Jest w Ameryce takie sformułowanie, określające część motywacji ludzi próbujących się zmierzyć z problemami większymi niż oni sami – to make the difference – uczynić różnicę, krótko mówiąc, sprawić, że w kwestii X, Y czy Z coś się ruszy, choćby o parę centymetrów. Młodzi, a ściślej mówiąc, jeszcze młodzi ludzie, przyjechali do Dalian w Chinach właśnie po to, by „uczynić różnicę”. Pełen szacunku dla nich wszystkich pomyślałem wtedy jednak, że zanim zajmę się problemami globalnymi, chciałbym spróbować zmierzyć się z problemami lokalnymi, naszymi, polskimi.

W 2003 roku napisałem książkę "Co z tą Polską?" Pisałem o tym, co trzeba zrobić w naszym kraju, byśmy naprawdę ruszyli z kopyta. Prawdę mówiąc, pisałem jednak głównie o tym, co powinni zrobić politycy. I co? Niewiele, niemal nic. Po tych pięciu latach mam więc głębokie przekonanie, że stratą czasu jest pytanie, co politycy powinni zrobić dla nas. Wolę zapytać, co my sami powinniśmy zrobić dla siebie. Bo jeśli spadło bezrobocie, to dzięki zaradności, przedsiębiorczości i pomysłowości Polaków, a nie dzięki państwu. Coś się więc udało raczej mimo państwa, a nawet wbrew państwu niż dzięki niemu. Stop. Dobry moment, by wyciągnąć z tego wnioski. Otóż to, co w Polsce ma sens i ma przyszłość, dzieje się raczej dzięki obywatelom niż dzięki politykom, a więc jeśli chcemy, by zmieniło się jeszcze więcej, dużo więcej, powinniśmy się do roboty wziąć sami, sami odrobić zadanie domowe.


Była w 1980 roku taka wspaniała wystawa w krakowskim Muzeum Narodowym – Polaków portret własny. Przed muzeum stały ogromne kolejki. Najwyraźniej odczuwaliśmy głęboką potrzebę, by przejrzeć się w lustrze. Nie po to, żeby się przekonać, jacy wspaniali jesteśmy. Raczej po to, by odpowiedzieć na pytanie, jacy byliśmy, skąd jesteśmy, dlaczego jesteśmy, jacy jesteśmy i co zrobić, by, jakby powiedział Jan Paweł II, odmieniło się „oblicze ziemi, tej ziemi”. Wystawa była przebojem zimy 1980 roku. Kilka miesięcy później narodziła się Solidarność. Dziś o pomyśle podobnej wystawy nic nie słychać, ale mam wrażenie, że gdzieś w powietrzu krążą na nowo zadawane pytania: skąd jesteśmy? kim jesteśmy? w jakim punkcie jesteśmy? dokąd powinniśmy iść? Taki nasz nowy Polaków portret własny. Portret, który pozwoliłby nam odpowiedzieć na pytanie, jakim jesteśmy społeczeństwem, gdy już możemy być takim społeczeństwem, jakim chcemy; jak dziś wykorzystujemy olbrzymią historyczną szansę, którą dostaliśmy; czy rację mieli wieszczowie, którzy uważali, że jesteśmy wielkim narodem, ale żadnym społeczeństwem; czy rację mają ci, którzy mówią, że jesteśmy zasługującym na szacunek narodem niezbyt zasługujących na szacunek jednostek – wspaniałym narodem kiepskich, małych ludzi.

Jeśli daliśmy coś światu poza podobno czysto polskim wynalazkiem widelca, to było tym czymś słowo „Solidarność”. To przecież my nadaliśmy mu konkretny wymiar. Jedno z najpiękniejszych słów, i jeszcze tak pięknie solidarycą pisane. Ale, ośmielam się twierdzić, właśnie test solidarności przegrywamy z kretesem. Wielki Polak, pewnie największy z Polaków, mówił w swej słynnej homilii: „Solidarność to znaczy zawsze jeden z drugim, nigdy jeden przeciw drugiemu”. No to kiepsko wypadamy w skoku przez tak stawianą poprzeczkę. Bo u nas frazesów bez liku, odwołań do Solidarności i solidarności ile dusza zapragnie, a w praktyce? Za grosz nie mamy do siebie zaufania i że pod względem wzajemnej nieufności absolutnie przodujemy wśród państw cywilizowanych. Nie lubimy ani siebie, ani siebie nawzajem. Mamy tonę kompleksów, które odreagowujemy w formie niechęci i agresji wobec innych. Żadna niespodzianka. Cóż, często bywamy bardzo niefajni, obcy dla siebie, a czasem dla siebie podli. Podkreślam – bywamy. Bo obok polityków troglodytów jest jednak w naszej polityce grupa ludzi poważnych, bo obok draństwa jest masa altruizmu i dobroci, bo obok medialnego bandytyzmu (obcokrajowiec Beenhakker mówi, a ja nie mam argumentów, by z nim polemizować, że 30 procent polskich mediów zajmuje się wyłącznie rozpowszechnianiem kłamstw – rozumiem tylko, że owe 30 procent, to przez grzeczność) jest też masa przykładów dziennikarstwa z klasą, że obok ludzi i sytuacji świadczących o naszych kompleksach jest też multum przykładów, że z kompleksami sobie radzimy, wyrzucając je na śmietnik, bo obok ludzi karmiących się zawiścią są miliony Polaków, które wzięły i biorą swój los w swoje ręce, podejmują wielkie ryzyko i zwykle wygrywają.
Zamiast więc załamywać ręce, bo jest tak strasznie, wolę odnotować, jak wiele nam się udało, jak wielu ludzi każdego dnia pokazuje, że potrafią wykorzystać swą szansę, jak bardzo nieuzasadnione są nasze kompleksy. Nie chcę tu serwować ani czarnej propagandy, ani propagandy sukcesu, choć kilka rozdziałów dalej będę czytelników przekonywał, że racjonalna propaganda sukcesu bardzo by się nam przydała. Padnie tu wiele bardzo gorzkich słów, ale wierzę, że jest w niej też wiele rzeczy pokrzepiających, nie z prozy wziętych – czy w prozie ujętych – ale z życia. I nie mam ochoty bawić się w buchalterię – na każdy przykład czegoś złego jeden przykład czegoś dobrego. Piszę o tym, co złe, i o tym, co dobre, by pokazać, że naszej jaźni, naszej postawy, naszego stanu umysłu nie da się sprowadzić do jakiegoś prostego wzoru. Piszę o tym, co dobre, by udowodnić, że czarnowidztwo nie jest uzasadnione, a piszę o tym, co złe, bo wciąż do wykonania mamy wielką pracę.
Dziś wyjechać z Polski jest tak łatwo jak nigdy. A przecież jakoś, nie tylko ze strachu przed nowym, wyjeżdżać nie chcemy (powiedzmy – większość nie chce), przecież w głębi serca, wcale nie na jego dnie, jest w nas wiara, że możemy być fajnym społeczeństwem żyjącym w fajnym kraju, jest w nas przekonanie, że nie mamy powodów do wstydu (no parę by się znalazło), ale mamy wiele powodów do dumy, że naprawdę jesteśmy w stanie odrobić naszą narodową pracę domową, czyniąc Polskę lepszą i nasze życie lepszym. Czasem ta wiara zderza się z naprawdę mocnymi argumentami, naprawdę uderzającymi faktami, ale nic nie poradzę – wierzę w nas. Coś tam złego pewnie po przodkach dziedziczymy, pewnie nawet niemało, ale już pokazaliśmy, że potrafimy ciężką pracą obalić parę antypolskich stereotypów. Dziś, prawie 20 lat po odzyskaniu własnego państwa, nie piszą już nigdzie o polnische Wirtschaft, polskiej dziadowskiej gospodarce. Nikt już nie mówi o narodzie leni i nieudaczników. Nikt nie mówi, że dla Polaków można coś zrobić, ale z Polakami nie, a sami Polacy dla siebie to już absolutnie nie. Ale nic za darmo, nic na skróty, wysiłku z naszej strony trzeba jeszcze wielkiego. Pot, krew i łzy? Dzięki Bogu już bez krwi, może z paroma łezkami, ale z całą pewnością z hektolitrami potu.
W chińskim Dalian pomyślałem sobie, że trzeba Polsce programu „Polska na tak”, a właściwie „Polacy na tak”. Hasło łatwo obśmiać, przypominając trenera naszej narodowej reprezentacji, który głosił hasło „futbol na tak”, po czym pojechał z piłkarzami na mistrzostwa świata i dostał tęgie lanie. Hasło nie było jednak złe, tylko wykonawstwo fatalne. A więc „Polacy na tak”. Co to znaczy w praktyce? Może na początek pozornie małe rzeczy i guzik mnie obchodzi, że zaraz od tego i owego usłyszę, że to banalna wyliczanka, że to rzeczy nieważne. One są niezwykle proste i niezwykle ważne. Życzliwość wobec sąsiada, uprzejmość wobec nieznajomych, nieprzypisywanie ludziom z założenia jak najgorszych motywacji, niedoszukiwanie się w czyichś działaniach zwykle nieistniejącego drugiego i trzeciego dna, pozytywne myślenie o sobie, o nas, o tym, co przed nami, duma, która nie jest w żaden sposób tożsama z poczuciem wyższości wobec innych, ani nie jest też banalną odruchową reakcją na odczuwane przez wielu poczucie niższości.
Co zrobić, by nie tylko „Polska rosła w siłę i ludzie żyli dostatniej” (to też), ale przede wszystkim, by nam tutaj, na tych ponad 320 tysiącach kilometrów kwadratowych, było naprawdę wygodnie? Byśmy dobrze się czuli w swojej skórze i w swoim kraju, ale też byśmy, świadomi własnej wartości, spokojnie stanęli do globalnego wyścigu, w którym organizacja, struktura, porządek, wspólnota zawsze odniosą zwycięstwo nad egoistycznym indywidualizmem i zwykłym egoizmem? Słyszę już tego i owego, że z naszym charakterem narodowym daleko nie zajedziemy. Ten i ów nie ma racji. Bo z tym niby-skazującym nas na klęski wszelakie charakterem narodowym jesteśmy w najlepszym punkcie naszej historii. A jeśli, jako się rzekło, odrobimy narodowe zadanie domowe, będziemy w punkcie jeszcze lepszym. Gdy to się uda, wtedy spokojnie powiemy, że nie zawiedliśmy ani tych, którzy nam wywalczyli wolność, ani tych, którzy przyjdą po nas. To jest nasze zadanie – make the difference, uczynić różnicę, dać w sztafecie pokoleń dobrą zmianę, przekazać sprawy innym w poczuciu, że naprawdę zrobiliśmy swoje. Tylko tyle. Aż tyle. W tym celu musimy jednak naprawdę wnikliwie spojrzeć w lustro i podjąć próbę odpowiedzi na pytanie już nie „co z tą Polską”, ale „co z nami, Polakami”.
Sęk w tym, że większość w naszej polityce stanowią nie ci, którzy idą do niej, bo im się coś w życiu udało, ale ci, którzy trafiają do niej, bo nigdzie nic im się nie udało, a chcieliby, by bez ryzyka udało im się w życiu cokolwiek. Do tego system polityczny jest hermetyczny, zawłaszczony przez tych, co już w układzie są, i choć toczą oni ze sobą gorszące potyczki, w gruncie rzeczy są naturalnymi sojusznikami, którzy zjednoczą się, gdy ktokolwiek będzie próbował do tego systemu wejść i reguły w nim obowiązujące zmienić.
Dajmy im jednak spokój. Na razie. Na nich przyjdzie czas później. Teraz zajmijmy się sobą. Bo właśnie teraz sami sobie musimy dać odpowiedź na najważniejsze z pytań: kim naprawdę jesteśmy? Właśnie teraz. Bo, że potrafimy radzić sobie w warunkach absolutnie anormalnych, to już wiemy. Pytanie, czy jesteśmy sobie w stanie poradzić w warunkach normalnych. Czy może przygniecie nas do ziemi ta nieznośna lekkość normalności? Dostaliśmy największą szansę w polskiej historii. A wielka szansa to i wielkie ryzyko. Można wygrać wszystko. Można też ogromną okazję przegapić i zasłużyć na szyderstwo. Otóż my damy radę. Zamiast jednak zaczynać od wskazywania palcem tamtych, winnych, złych, „onych”, zacznijmy od siebie. Jak pisał poeta, jeden z naszych największych, „plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi”.
Wstęp do książki czytany przez Tomasza Lisa możesz odsłuchać na wiadomościach24.pl
Zobacz również trailer wywiadu z Tomaszem Lisem, w którym uczestniczyłem.