Zapraszam do odsłuchania wykładu: Czy w Polsce potrzebna jest zmiana konstytucji? (27 marca 2010):
niedziela, 28 marca 2010
Włodzimierz Cimoszewicz: Czy w Polsce potrzebna jest zmiana Konstytucji?
Zapraszam do odsłuchania wykładu: Czy w Polsce potrzebna jest zmiana konstytucji? (27 marca 2010):
niedziela, 5 kwietnia 2009
Młodzi Francuzi pokażą w Ostrowcu pięć twarzy Antygony
13 kwietnia o godz. 18, francuska grupa teatralna wystąpi w Ostrowcu Św., w ramach artystycznej wymiany francusko-polskiej organizowanej przez Liceum Ogólnokształcące nr III im. Wł. Broniewskiego.
Autorami spektaklu teatralnego, który odbędzie się w sali widowiskowej kina "Etiuda" w Ostrowcu, jest francuskie Stowarzyszenie Przyjaciół Muzyki i Teatru w Albertville. Młodzi francuscy aktorzy (od 13. do 17. roku życia) przedstawią spektakl pod tytułem "Pod prąd. 5 twarzy Antygony" (z franc. Vent Debout. 5 visages d’Antigone)."Pięć twarzy Antygony" to opowieść o losach pięciu niezwykłych kobiet, które miały istotny wpływ na swoją epokę. Françoise Giroud (dziennikarka, obrończyni praw kobiet), Simone de Beauvoir (pisarka), Lucie Aubrac (jedna z założycieli francuskiego ruchu oporu), Sonia Rykiel (kreatorka mody) oraz anonimowa bohaterka I wojny światowej to prawdziwe „Antygony” XX wieku – kobiety niepokonane, które mimo wielu przeciwności losu, skutecznie walczyły o równe prawa kobiet i mężczyzn oraz o zmianę wizerunku kobiety w społeczeństwie.
Reżyserem spektaklu jest Oliver Quenard, zaś oprawą muzyczną zajęli się Christiane Tartarat i Nicolas Dornier. Libretto - Claude Bouverresse. Wstęp na przedstawienie jest darmowy.
Młodzi Francuzi przyjadą do Polski na pięć dni, podczas których przedstawią spektakl, zwiedzą Kraków oraz Kurozwęki. Kontynuacją tematu równouprawnień kobiet i mężczyzn będzie debata polsko-francuska na temat miejsca kobiety we współczesnym świecie. Grupa francuskiej młodzieży wyjeżdża z Polski 16 kwietnia, a młodzież z ostrowieckiego liceum wyjedzie do Francji ze swoim przedstawieniem już 20 kwietnia.
poniedziałek, 9 lutego 2009
Dobromir Sośnierz: Jesteśmy niewolnikami państwa
- Szkolnictwo wymusza posłuszeństwo i konformizm. Z punktu widzenia państwa to jest chyba najważniejsza funkcja szkoły - mówi Dobromir Sośnierz w rozmowie z Bartłomiejem Graczakiem.
Dobromir Sośnierz, syn Andrzeja Sośnierza, ukończył studia na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Śląskiego. Pracuje jako informatyk. Z partią UPR związany jest od 1990 roku, a jako członek partii od 1994 roku. Przez wiele lat znajdował się w zarządzie tego ugrupowania. W wywiadzie przyznał jednak, że ostatnio opuścił szeregi UPR-u, choć nadal jest to jedyna partia, do której poglądów jest mu najbliżej. Dobromir Sośnierz znany jest z ciętego języka, czego możemy być świadkiem oglądając program telewizyjny "Młodzież konta", w którym zwykł udzielać się mój rozmówca.
Można powiedzieć, że zainteresowanie polityką zostało zapisane w Pańskim kodzie genetycznym?
- Poza moim ojcem i mną nie ma w rodzinie jakiegoś parcia w tę dziedzinę. Nie jest to długa dynastia w polityce, trudno uogólniać.
Tylko dlaczego nie podąża Pan drogą taką, jaką obrał pański ojciec, Andrzej Sośnierz? Dlaczego UPR?
- Bo UPR ma rację. Mój ojciec też był w UPR w latach 90. Myślę, że nadal w większości spraw ma poglądy nieodległe. Raczej postawił na pragmatyzm tak, jak on go rozumie.
UPR ma rację, bo...?
- W jednym zdaniu trudno odpowiedzieć. Ma rację, bo stawia zdroworozsądkowe, spójne, logiczne postulaty. Reszta to tylko różne koncepcje okradania obywateli. No dobra, w kilku punktach UPR też nie ma racji. Ale to są pojedyncze sprawy.
Na przykład?
- Na przykład ordynacja większościowa, osławione jednomandatowe okręgi wyborcze. Tego nie pojmuję, co taki postulat robi w naszym programie? Jedną z podstawowych wad demokracji jest właśnie to, że zamiast na program ludzie głosują na najmodniejszy kolor krawata, a ordynacja większościowa tylko może pogłębić taką tendencję. Wtedy partie zupełnie tracą na znaczeniu, liczą się sławne gęby. Nie widzę nic wolnościowego w takim postulacie, nie wydaje mi się też, żeby jakkolwiek sprzyjał zwycięstwu wolnościowych kandydatów. Raczej to będzie ostateczny koniec marzeń o oddolnej, antysystemowej, niezależnej partii w parlamencie.
Wśród Pańskich poglądów znajduje się również powszechna prywatyzacja. Jak wyobraża sobie Pan całkowitą prywatyzację na przykład szkolnictwa?
- Tak samo, jak wyobrażano to sobie w czasach, kiedy szkolnictwo było prywatne. Edukacja jest prywatną sprawą obywatela. Nie ma tu miejsca na przymus i ingerencję państwa. Trzeba zlikwidować obowiązek szkolny i jedyny odgórny program. Prywatyzacja może już przebiegać w swoim tempie, tego nie da się zrobić na już. Najważniejsze jest zniesienie ograniczeń.
W jaki sposób według Pana polskie szkolnictwo ogranicza?
- Po pierwsze zmusza mnie do uczenia się przez całą młodość, a wesoła ekipa łżeliłberałów z PO właśnie przegłosowała rozszerzenie tego przymusu. Większość rzeczy, których uczymy się w szkole, jest nikomu do niczego nie potrzebna, wbrew gorącym zapewnieniom nauczycieli. Przy okazji, jeśli któryś z nich to czyta, pragnę poinformować, że nadal czekam, aż ta wiedza przyda mi się w praktyce, jak mi to obiecywano. Po drugie jest mnóstwo regulacji: nie mogę posłać dziecka na naukę do kogo mi się podoba, tylko do tego, kogo urzędnicy RP uznali za odpowiednią osobę, dając prawo do oficjalnego nauczania. Jeśli ja chcę, żeby moje dziecko kształciło się u kowala, to jest to u licha moja sprawa i nikogo to nie powinno interesować. Ktoś uważa, że zna jedynie słuszną drogę, jaką należy w życiu podążać i nie waha się ustawowo przymuszać do tego innych. Co więcej oficjalna edukacja jest obciążona światopoglądowo, od najbardziej skrajnych przypadków, jakim jest lansowanie śmiesznej tezy, że homoseksualizm nie jest żadną dewiacją do bardziej subtelnych, gdzie na przykład historia jest pisana w sposób odpowiadający państwowej ideologii. Po drugie szkolnictwo ogranicza poprzez swoją jednolitość. Wszyscy uczą się tego samego, w ten sam sposób, a to strasznie zubaża kulturę i wymusza posłuszeństwo i konformizm. Z punktu widzenia państwa to jest chyba zresztą najważniejsza funkcja szkoły. Ludzie, którzy dadzą się zmusić do ćwiczenia się w równaniach z dwiema niewiadomymi, przyzwyczajają się znosić wszystkie bezcelowe kaprysy doraźnej większości w sejmie.
Jeśli chodzi o homoseksualizm, to w programie "Młodzież kontra" wypowiedział Pan takie słowa: „Popęd płciowy jest wbudowany w organizm, żeby się reprodukować, nie po to, żeby komuś wchodzić w kakao”. Widzę, że nadal Pan podtrzymuje swoją tezę. Skąd takie zdanie na temat homoseksualizmu?
- To jest właśnie uzasadnienie. Jeśli funkcją popędu płciowego jest reprodukcja - a tego chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie neguje - to homoseksualizm jest skłonnością dysfunkcjonalną po prostu, a więc biologiczną patologią. Dyskutowanie nad tym jest, proszę wybaczyć, ale żałosne. Żeby to podważyć, trzeba by wykazać, że homoseksualizm pełni jednak jakąś istotną biologiczną funkcję, a dokładniej, że jednak w jakiś sposób zwiększa szansę na przekazanie genów samego homoseksualisty dalej. Byłoby to możliwe jedynie w ramach koncepcji doboru krewniaczego, ale wymagałoby też spełnienia kilku warunków, których po prostu nie spełnia to zjawisko u ludzi. Nie chcę zanudzać szczegółami, ale jak do tej pory nie udało się tego nikomu wykazać, a większość ludzi powtarzających te dziwne przesądy o równoprawnych orientacjach, nawet nie wie o co w tym chodzi, więc skąd w ogóle to wymądrzanie i mentorski ton?
Kogo ma Pan na myśli?
- Wszystkich po kolei homolatrów, ten pseudonaukowy bełkot, który towarzyszy promocji poglądów o równouprawnieniu różnych „orientacyj”... Sierakowski był dobrym przykładem, owszem.
Tak, o nim myślałem.
- W odpowiedzi na moje naukowe argumenty odpowiedział demagogicznie: „A Pan się tylko popędem kieruje?”. Litości... czym się kieruje, to już nie jest problem naukowy i nie ma wpływu na odpowiedź na pytanie „czy homoseksualizm jest chorobą czy nie?”.
W programie telewizyjnym „Młodzież kontra”, chociażby tydzień temu, mogliśmy usłyszeć Pana cięty język, ale i trafne stwierdzenia. W programie tym powiedział Pan, że posłowie, głosując za ustawą o wprowadzeniu jednej osoby w firmie odpowiedzialnej za pomoc i ewakuację podczas pożaru, potwierdzają, iż mają problemy z głową. Teraz zacytuję Pana: „skąd w ogóle to wymądrzanie?”.
- Akurat tej sprawy nikt już chyba nie broni, co jest dowodem na słuszność wymądrzania. Sam Kalinowski przecież — tak pokrętnie jak umiał, ale jednak — przyznał się do błędu. W tym przypadku absurd był tak jaskrawy, że pytanie było adekwatne, jak sądzę. Wyjaśnienie jest proste — nikt tego nie czytał, jak zwykle, wszyscy głosowali jak reszta. To jest kolejny krok w mroczną głębię demokratycznej legislacji — ci ludzie nie czytają tego, nad czym głosują, parę osób wie, o co chodzi, a lobbyści dopisują „lub czasopisma” i nikt się zwykle nawet nie orientuje, kiedy i dlaczego. Powtarzam: nawet Sejm, nasza wytwórnia prawa, nie wie, nad czym głosuje. Nie ma się co łudzić, że stoi za tym społeczny mandat, jakaś spójna idea czy dobro państwa — to są koncepcje tworzone wyłącznie na użytek wyborów. A najśmieszniejsze, że sejm głosujący bez czytania, wyobraża sobie, że ludzie będą to prawo znali i go przestrzegali. Ot, próbka tego, jak powstaje ustrój, w jakim żyjemy.
W 2006 roku startował Pan w wyborach na prezydenta Katowic. Nie udało się. Napisał Pan na swojej stronie, że ludzie bardziej niż na poglądy i program zwracają uwagę na to, jak jest kandydat ubrany, z jakiego środowiska się wywodzi i ile plakatów nakleił w mieście. Z kolei w „Młodzież kontra” powiedział Pan, że udowodniono, że na wynik głosowania wpływa na przykład kolor tła plakatu kandydata. Czym to może być spowodowane?
- Tym, że głupich jest więcej niż mądrych po prostu. A głos mają wszyscy taki sam. Ludzie, którzy nie mają bladego pojęcia o zawiłościach ekonomii, są gonieni do urn, ba — wpiera się im, że to ich obywatelski obowiązek — i to jest efekt. Czym mają się kierować, skoro nie wiedzą, nad czym naprawdę głosują? Tym, co jest dla nich uchwytne — że ten jest sympatyczniejszy, ładnie mówi, ma klasę, długą listę kierowniczych stanowisk w życiorysie itd. Nie można oczekiwać niczego innego. Skoro nie decydują względy merytoryczne, bo są zbyt zawiłe, to decydują sprawy przypadkowe albo siódmorzędne. Proszę zwrócić uwagę, że mimo to większość polityków (i Kościół — dlaczego nawet Kościół ?) wzywa do stadnego głosowania — „wiesz czy nie wiesz, powiedz jak ma być...”. Jak Pan myśli, dlaczego?
Dlaczego kościół wzywa do stadnego głosowania? Z ambony najłatwiej, bo bezpośrednio, skutecznie, bo często. Taka symbioza polityk-ksiądz często może skutkować dość dużym poparciem elektoratu, zwłaszcza jeśli w grę wchodzą stanowiska takie jak: wójt, sołtys itp.
- Ale tu nie mówimy o zachęcaniu do głosowania na kogoś — to nie byłoby takie złe, gdyby biskupi znali się jeszcze na ekonomii — bo teraz niestety popierają praktycznie wyłącznie szkodników. Ale zadziwiający jest udział w kampanii na rzecz wysokiej frekwencji — domniemywanie, że wszyscy, do których ten głos zachęty dotrze, zagłosują zgodnie z chrześcijańskim sumieniem, byłoby chyba strasznie naiwne. Więc to raczej skutek bezrefleksyjnego ulegania wpływom dominującej ideologii politycznej. Kiedyś monarchię zaszczycano Bożym pomazaństwem, a teraz bierzemy niestety udział w kulcie demokracji. Niestety w sprawach poza teologicznych Kościół jest niekompetentny.
Czy kandydowanie w przyszłości na prezydenta Katowic wchodzi jeszcze w grę?
- Nie wiem, skąd mogę wiedzieć?
W takim razie spytam inaczej. Czy wiąże Pan swoją przyszłość z polityką w jakiejkolwiek formie?
- Problem z odpowiedzią na to pytanie jest taki, że dla typowego wolnościowca udział w polityce nie jest wcale celem samym w sobie. My tylko walczymy o swoją wolność, a nie pchamy się do koryta. Gdyby ktoś inny to wszystko doprowadził do porządku, to pewnie nie miałbym powodu brnąć w politykę. Jak długo jest o co walczyć, to na pewno będę brał w tym udział
i jeśli ktoś uzna, że mogę się jakoś przydać, kandydując gdzieś na przykład, to jestem na to otwarty. Ale czy będę w stanie pomóc, to trudno przewidzieć.
LPR pod koniec 2007 roku uznała, że może się Pan "jakoś przydać" wpisując Pana na swoją listę kandydujących do sejmu?
- Nie, to była raczej kwestia mało wiarygodnej informacji GW. LPR-owi ja się nie chcę na nic przydawać, bo to jeszcze jedna partia ludzi chcących nakazywać innym, co mają robić. Pomysł z tym wspólnym startem był rozpaczliwie fatalny, obawiam się, że odium tego „sojuszu” będzie się za nami długo jeszcze ciągnęło.
Prawda jest taka, że gdyby Pan chciał dojść daleko w polityce, to by Pan doszedł. Nie mówię o korycie, ale na przykład o zdobyciu stanowiska, z którego więcej osób dostrzegłoby pańskie poglądy, a później może spojrzało na sprawę rozsądniejszym okiem. Na samym początku powiedział Pan, że nie zgadza się ze wszystkim, co głosi UPR i w kilku kwestiach nie macie racji. Czy rozważał Pan kiedykolwiek opuszczenie szeregów partii?
- Rozważyłem i opuściłem jej szeregi. Od jakiegoś czasu nie jestem formalnie członkiem, ale nadal jest to partia, do której mi najbliżej, potem jest długa pusta przestrzeń i dopiero cała reszta w jakiejś kosmicznej odległości. Taki wallenrodyczny scenariusz był już testowany wiele razy i jakoś nic to nie dawało. Nadal jesteśmy niewolnikami państwa, nawet coraz bardziej. Mój ojciec też jakoś rzeki nie zawrócił, więc nie ma co się łudzić. Właśnie między innymi dlatego jest tak źle, że ludzie, którzy wiedzą, że mamy rację, wybierają usprawnianie tego systemu zamiast walki z nim. Mowa zarówno o politykach jak i wyborcach.
Do PO odeszło wiele osób, co do których autentycznie liberalnych poglądów nie mam wątpliwości, bo uwierzyli, że w ten sposób pomogą zrobić mały krok w dobrym kierunku. Podobnie wiele osób nie głosuje na UPR, bo nie chce „zmarnować głosu” — i w efekcie marnuje całe życie głosując na nie różniące się praktycznie niczym ugrupowania pasożytnicze. Skutki nie są warte komentarza, choć jestem ciekaw, jak na przykład panowie zdrajcy — Leszek Piechota czy Andrzej Misiołek — uzasadnialiby teraz swoją przeprowadzkę do Platformy. Jeśli nawet my też niczego nie zmienimy, to przynajmniej się nie zbłaźnimy firmowaniem takich przedsięwzięć, jak przymusowa szkoła dla sześciolatków. Moim zdaniem współpraca z pasożytami to droga donikąd. Zresztą myślę, że oni też niekoniecznie wierzyli, że coś pomogą. Sądzę że w wielu przypadkach dobrze wiedzieli, że to nic nie da, ale presja wieku, chęć zaznaczenia się jakoś przed emeryturą i poczucie — uzasadnionej przecież ! — frustracji wobec faktu, że totalne tumany robią karierę w polityce, a oni, dużo lepsi „marnują się” na marginesie — to wszystko w pewnym momencie bierze górę i ludzie zaciągają się na żołd „systemu”.
W pańskiej sytuacji nie ma takiej opcji, by zaciągnąć się na żołd "systemu"?
- Nie widzę sensu. Chyba że miałbym cynicznie uznać, że skoro nie mogę go pokonać, to przecież mogę — nie gorzej niż sejmowe tumany — sprawdzić się w roli pasożyta i żyć z krwawicy naiwniaków wierzących, że państwo się nimi „opiekuje”. Na razie nie dostrzegam takiego niebezpieczeństwa.
Dziękuję za rozmowę.
- Dziękuje również.
Zobacz Dobromira Sośnierza w akcji - w rozmowie z: Jarosłąwem Kalinowskim, cz. pierwsza, i cz. druga i Ryszardem Bugajem.
piątek, 30 stycznia 2009
Król Artur nie dał rady w walce z niezwyciężonymi Chorwatami
Na tak ważnej imprezie, jaką są Mistrzostwa Świata w piłce ręcznej, "parkiet" odklejał się podczas gry. W takich sytuacjach przerywano grę i wybijano z rytmu obie drużyny. Przerw takich było mniej więcej sześć i za każdym razem kilkoro Chorwatów dreptało z taśmą po boisku i przyklejało "parkiet". Można się śmiać, ale tak było.
Polacy szczęśliwie awansując do półfinału, chyba nie za bardzo wierzyli, że mogą pokonać naszpikowaną gwiazdami Chorwację. W pierwszej połowie, która zakończyła się 14:13 dla Chorwatów jeszcze jako tako nam szło, jednak druga odsłona gry, to popis umiejętności "Krawaciarzy". Z naszej strony nie było ani ataków ze skrzydła, ani skutecznej obrony, ani nawet dobrego podania. Często piła się wyślizgiwała i strata punktowa się powiększała, w szczytowym momencie aż do dziewięciu bramek. O sile naszej ekipy tak naprawdę stanowili tylko dwaj gracze: "Król" Artur Siódmiak i Krzysztof Lijewski, reszta zima. U Chorwatów było wszystko: przyjęcie, podanie, mocny strzał, obrona w strefie, obrona bramkarza. Dali nam niezłego kopa. Nawet Boguś Wenta nie miał recepty na zwycięstwo.
Teraz czas na Duńczyków. Z nimi już raz wygraliśmy. Czy stać nas na kolejną wygraną?
Zdjęcie autorstwa Toma Cornera, wykorzystane na licencji CC.
poniedziałek, 19 stycznia 2009
Opór przeciwko filmowi "Opór"
W liście czytamy m.in.:
"My niżej podpisani stanowczo protestujemy przeciw emisji, tak w Polsce, jak i na świecie kłamliwego, całkowicie fałszującego prawdę historyczną filmu "Defiance", który przedstawiając zwykłych zbrodniarzy jako bohaterów, obraża pamięć setek bezbronnych polskich cywilów, zamordowanych w czasie wojny.
31.XII 2008 r. wszedł na ekrany amerykańskich kin film "Defiance" z Danielem Craigiem w roli głównej.
W Ameryce film ten otrzymuje entuzjastyczne recenzje zachwyconych nim krytyków. Wszyscy są wzruszeni pięknem i "autentyzmem", historii braci Bielskich i ich żydowskiego oddziału, który w filmowej fikcji dzielnie walczy z hitlerowskim okupantem, ratując przed holocaustem tysiące ludzi. Scenariusz filmu oparty jest na cząstce prawdy, a charakter działalności braci Bielskich w nim zarysowany, z bezwzględnych rozbójników, czyni bohaterów.
Wbrew temu, co można obejrzeć w filmie "Defiance" oddział braci Bielskich, w świetle swoich własnych oświadczeń, mimo swej znacznej liczebności, nie prowadził prawie żadnych walk z Niemcami. Na terenie pobliskiej miejscowości Naliboki, w puszczy gromadzili się rozbitkowie z Czerwonej Armii, tam też chroniła się ludność żydowska. Żydzi utworzyli dwa duże "obozy rodzinne". Pierwszym zawiadywali bracia Bielscy (Tewje, Asael, Zus i Aron). Schronili się w nim uciekinierzy z Naliboków i pobliskich miejscowości. W 1944 r. liczył on 941 osób, w tym sporo kobiet i dzieci. Tylko 162 osoby były uzbrojone. Obóz drugi, pod dowództwem Simchy Zorina, gromadził uciekinierów z gett. Liczył 562 osoby (w tym 73 uzbrojone) i przez cały okres wojny nie stoczył żadnej znaczącej potyczki z Wehrmachtem.
Film "Defiance" pokazuje walki "partyzantów" Bielskiego z hitlerowcami. W rzeczywistości największą i najsłynniejszą "bitwą", jaką stoczył w czasie wojny jego oddział, był pogrom polskiej ludności cywilnej w Nalibokach, którego żydowska bojówka dokonała razem z "partyzantami" sowieckimi 8 maja 1943 r. W czasie tej masakry zginęło ok. 120 bezbronnych osób, w tym kobiety i dzieci. (...)
Media w każdym kraju powinny być głosem opinii społecznej, głosem narodu. Tymczasem media w Polsce nie tylko nie stanęły w obronie honoru Polaków. Niektóre z nich, postawiły sobie za cel utrwalenie kłamliwej wizji historii, przedstawionej w filmie "Defiance". Szczególnie haniebną rolę odgrywa tu redakcja "Gazety Wyborczej", które od pond roku próbuje rozmyć prawdę o "partyzantach" Bielskiego i zbrodni dokonanej w Nalibokach. Dlatego zdecydowanie protestujemy również przeciwko skandalicznej postawie dziennikarzy "Gazety Wyborczej" i kompromitującym ich samych artykułom, w których starają się oni promować braci Bielskich jako "polskich bohaterów", co najwyżej "nieco kontrowersyjnych". (...).
w imieniu społeczności blogerskiej http://www.blogmedia24.pl
Franciszek Gajek"
Całość listu czytaj na stopklatka.pl
czwartek, 15 stycznia 2009
Wspomnienia o Holandii...
Opiewałem ją w niejednym artykule i ukazywałem jej piękno w wielu galeriach. Nietuzinkowe, nizinne krajobrazy, nieskazitelnie czyste miasta, miasteczka, piękne wybrzeża, plaże, zabytki - wszystko to sprawia, że Holandia, choć bardzo malutka, może równać się innymi pięknymi państwami. Holandia to nie tylko fauna i flora, ale również ludzie. A może nawet przede wszystkim ludzie. Holandia, jako jedna z trzech państw Europy, całkowicie legalizuje związki homoseksualistów. W Holandii bez problemu zakupimy marihuanę i inne lekkie narkotyki (warunek - 18 lat). Piwa możemy się napić na ławce w parku już od 16. roku życia. Żyją w tym kraju ludzie o każdym kolorze skóry, którzy w domowym zaciszu mówią w najprzeróżniejszych językach. Pomimo wymieszania kultur i osób o różnych orientacjach, ale i zboczeniach, w Holandii rzadko spotykamy się z rasizmem i agresją. Oczywiście wyjątki się zdarzają, bo niestety nie jest to Idylla dla młodych i pięknych, ale jest to kraj mogący być wzorcem dla Polski. Mieszkańcy naszego kraju, my wszyscy, musimy zmienić swoje nastawienie choćby do homoseksualistów. Biedroń w programie "Rozmowy w toku" powiedział, że nie oczekuje, że w Polsce szybko to się zmieni. Trudno w ogóle to sobie wyobrazić. Ma on jednak nadzieję, jak i inni geje, że Polska wreszcie zrozumie realia życia w 21. wieku i będzie tolerowała takie osoby. Głosy za i przeciw wciąż się jednak u nas kłócą. Musimy również zdać sobie sprawę z tego, że w kraju, w którym na co dzień używa się takich słów jak "dziękuję", "przepraszam", "dzień dobry" i "do widzenia" po prostu żyje się lepiej.
Dlaczego znów pisałem o Holandii? A no, dlatego, że jest ona częścią mojego życia, wiąże się z nią wiele miłych, wakacyjnych wspomnień, wspaniałych przeżytych chwil. Dla mnie wszystko to, co miłe, wiąże się właśnie z tym państwem. Mam tam rodzinę, a odwiedziłem ten kraj już chyba 7 razy. Za każdym razem odkrywam nowe miejsca, które robią na mnie gigantyczne wrażenie. Przed wami kompilacja zdjęć z mojego ostatniego pobytu w Holandii, jakże ważnego, bo spędzonego z ukochaną osobą.
środa, 5 listopada 2008
Wyprawa rowerowa, czyli zobaczyłem to z bliska
Pierwsza niedziela listopada, promienie jesiennego słońca rozjaśniały złociste konary drzew. Piękne krajobrazy i ciekawe zabytki. Tak! Tak właśnie wyglądało miejsce, do którego wyruszyłem i to zaledwie 20 kilometrów od mojego miasta.
Zanim jednak dojechałem na miejsce (tak, zaraz napiszę jakie miejsce) musiałem pokonać dość trudną drogę. Jadąc głównie po ulicy obawiałem się, czy mnie zaraz jakieś auto nie trzaśnie, albo czy przejeżdżający tir nie zdmuchnie mnie gdzieś na pobliskie drzewa. Obyło się jednak bez tego.
Z przykrością stwierdzam, że przez całą trasę po drodze przeznaczonej dla rowerów jechałem zaledwie 50 metrów! W stolicy naszego państwa, Warszawie, łączna długość dróg rowerowych wynosi... 100 km. Warto zwrócić uwagę na fakt, że w Amsterdamie przy większości ulic jest wyznaczony specjalny pas dla rowerów, a około 30 proc. całego ruchu odbywa się na rowerach. W Polsce jeszcze długo, długo tak nie będzie.
Dobra, przebrnąłem jakoś przez te trudne kilometry. Wszystko po to, by ujrzeć wspaniały widok. Co prawda jest to widok na powstały w 2005 roku zbiornik retencyjny na rzece Świślinie, w Górach Świętokrzyskich, ale w jesiennej szacie i wśród promieni słońca wyglądało to wspaniale. A wkoło parkingi, zadbane ławki, nowa droga, a sama zapora europejskiej jakości.
Zaledwie dwa kilometry od zapory znajduje się miasteczko Kałków, którego nie mogłem nie odwiedzić. O Kałkowie pisał już w 1578 roku Jan Długosz, pomimo tego, że zajmował on teren zaledwie "ośmiu łanów kmiecych". W czasie II wojny światowej stacjonował tutaj niemiecki oddział kawalerii. Jednak nie z tego słynie Kałków. W latach 80.
Ostatnio zbudowano również... zoo. Tak, na terenie sanktuarium znajduje się mini zoo, w którym zobaczyć możemy dziki, pawie, lamy, emu, osły, sarenki, różne antylopy i przedziwne kury. W Kałkowie znajduje się również kompleks mieszkań dla ludzi starszych oraz Dom Pielgrzyma. To dużo jak na jedno miasteczko, w którym mieszka kilkaset osób.
Jak widać warto czasem wyciągnąć z piwnicy zakurzony rower i wybrać się na przejażdżkę po okolicy, podczas której na pewno odkryjemy wiele miejsc, o których do tej pory w ogóle nie wiedzieliśmy. Poza tym porządnie się dotlenicie i zrzucicie zbędne kalorie. Ja swoje już zrzuciłem.
Zobacz galerię zdjęć z przejażdżki.
wtorek, 30 września 2008
Tomasz Lis - My, naród
Oto wstęp do owej książki:
Na pomysł napisania tej książki wpadłem w Chinach, w 2007 roku, w czasie spotkania Młodych Globalnych Liderów (dość pretensjonalna nazwa, przyznaję). Młodzi ludzie z całego świata, którzy już zdążyli osiągnąć sukces w biznesie, w działalności charytatywnej czy w mediach, przyjechali tam, by zastanawiać się, co właśnie oni mogą zrobić, by pomóc rozwiązać niektóre problemy świata. Całe towarzystwo podzieliło się na podgrupy, by wypracować jakieś rozwiązania, a to w sprawie głodujących dzieci w Afryce, a to w sprawie dostępu do edukacji w krajach Trzeciego Świata, a to w sprawie dystrybucji komputerów za 100 dolarów. Było to imponujące, bo większość zebranych stanowili milionerzy albo multimilionerzy, od założyciela Wikipedii, przez wiceszefa Google’a, po wiceprezydenta nowojorskiej giełdy, a wszyscy nie żałowali czasu i energii, by zmierzyć się z problemami, które, dokładnie rzecz ujmując, w najmniejszym stopniu nie były ich problemami. Jest w Ameryce takie sformułowanie, określające część motywacji ludzi próbujących się zmierzyć z problemami większymi niż oni sami – to make the difference – uczynić różnicę, krótko mówiąc, sprawić, że w kwestii X, Y czy Z coś się ruszy, choćby o parę centymetrów. Młodzi, a ściślej mówiąc, jeszcze młodzi ludzie, przyjechali do Dalian w Chinach właśnie po to, by „uczynić różnicę”. Pełen szacunku dla nich wszystkich pomyślałem wtedy jednak, że zanim zajmę się problemami globalnymi, chciałbym spróbować zmierzyć się z problemami lokalnymi, naszymi, polskimi.
W 2003 roku napisałem książkę "Co z tą Polską?" Pisałem o tym, co trzeba zrobić w naszym kraju, byśmy naprawdę ruszyli z kopyta. Prawdę mówiąc, pisałem jednak głównie o tym, co powinni zrobić politycy. I co? Niewiele, niemal nic. Po tych pięciu latach mam więc głębokie przekonanie, że stratą czasu jest pytanie, co politycy powinni zrobić dla nas. Wolę zapytać, co my sami powinniśmy zrobić dla siebie. Bo jeśli spadło bezrobocie, to dzięki zaradności, przedsiębiorczości i pomysłowości Polaków, a nie dzięki państwu. Coś się więc udało raczej mimo państwa, a nawet wbrew państwu niż dzięki niemu. Stop. Dobry moment, by wyciągnąć z tego wnioski. Otóż to, co w Polsce ma sens i ma przyszłość, dzieje się raczej dzięki obywatelom niż dzięki politykom, a więc jeśli chcemy, by zmieniło się jeszcze więcej, dużo więcej, powinniśmy się do roboty wziąć sami, sami odrobić zadanie domowe.
Była w 1980 roku taka wspaniała wystawa w krakowskim Muzeum Narodowym – Polaków portret własny. Przed muzeum stały ogromne kolejki. Najwyraźniej odczuwaliśmy głęboką potrzebę, by przejrzeć się w lustrze. Nie po to, żeby się przekonać, jacy wspaniali jesteśmy. Raczej po to, by odpowiedzieć na pytanie, jacy byliśmy, skąd jesteśmy, dlaczego jesteśmy, jacy jesteśmy i co zrobić, by, jakby powiedział Jan Paweł II, odmieniło się „oblicze ziemi, tej ziemi”. Wystawa była przebojem zimy 1980 roku. Kilka miesięcy później narodziła się Solidarność. Dziś o pomyśle podobnej wystawy nic nie słychać, ale mam wrażenie, że gdzieś w powietrzu krążą na nowo zadawane pytania: skąd jesteśmy? kim jesteśmy? w jakim punkcie jesteśmy? dokąd powinniśmy iść? Taki nasz nowy Polaków portret własny. Portret, który pozwoliłby nam odpowiedzieć na pytanie, jakim jesteśmy społeczeństwem, gdy już możemy być takim społeczeństwem, jakim chcemy; jak dziś wykorzystujemy olbrzymią historyczną szansę, którą dostaliśmy; czy rację mieli wieszczowie, którzy uważali, że jesteśmy wielkim narodem, ale żadnym społeczeństwem; czy rację mają ci, którzy mówią, że jesteśmy zasługującym na szacunek narodem niezbyt zasługujących na szacunek jednostek – wspaniałym narodem kiepskich, małych ludzi.
Zamiast więc załamywać ręce, bo jest tak strasznie, wolę odnotować, jak wiele nam się udało, jak wielu ludzi każdego dnia pokazuje, że potrafią wykorzystać swą szansę, jak bardzo nieuzasadnione są nasze kompleksy. Nie chcę tu serwować ani czarnej propagandy, ani propagandy sukcesu, choć kilka rozdziałów dalej będę czytelników przekonywał, że racjonalna propaganda sukcesu bardzo by się nam przydała. Padnie tu wiele bardzo gorzkich słów, ale wierzę, że jest w niej też wiele rzeczy pokrzepiających, nie z prozy wziętych – czy w prozie ujętych – ale z życia. I nie mam ochoty bawić się w buchalterię – na każdy przykład czegoś złego jeden przykład czegoś dobrego. Piszę o tym, co złe, i o tym, co dobre, by pokazać, że naszej jaźni, naszej postawy, naszego stanu umysłu nie da się sprowadzić do jakiegoś prostego wzoru. Piszę o tym, co dobre, by udowodnić, że czarnowidztwo nie jest uzasadnione, a piszę o tym, co złe, bo wciąż do wykonania mamy wielką pracę.
W chińskim Dalian pomyślałem sobie, że trzeba Polsce programu „Polska na tak”, a właściwie „Polacy na tak”. Hasło łatwo obśmiać, przypominając trenera naszej narodowej reprezentacji, który głosił hasło „futbol na tak”, po czym pojechał z piłkarzami na mistrzostwa świata i dostał tęgie lanie. Hasło nie było jednak złe, tylko wykonawstwo fatalne. A więc „Polacy na tak”. Co to znaczy w praktyce? Może na początek pozornie małe rzeczy i guzik mnie obchodzi, że zaraz od tego i owego usłyszę, że to banalna wyliczanka, że to rzeczy nieważne. One są niezwykle proste i niezwykle ważne. Życzliwość wobec sąsiada, uprzejmość wobec nieznajomych, nieprzypisywanie ludziom z założenia jak najgorszych motywacji, niedoszukiwanie się w czyichś działaniach zwykle nieistniejącego drugiego i trzeciego dna, pozytywne myślenie o sobie, o nas, o tym, co przed nami, duma, która nie jest w żaden sposób tożsama z poczuciem wyższości wobec innych, ani nie jest też banalną odruchową reakcją na odczuwane przez wielu poczucie niższości.
Co zrobić, by nie tylko „Polska rosła w siłę i ludzie żyli dostatniej” (to też), ale przede wszystkim, by nam tutaj, na tych ponad 320 tysiącach kilometrów kwadratowych, było naprawdę wygodnie? Byśmy dobrze się czuli w swojej skórze i w swoim kraju, ale też byśmy, świadomi własnej wartości, spokojnie stanęli do globalnego wyścigu, w którym organizacja, struktura, porządek, wspólnota zawsze odniosą zwycięstwo nad egoistycznym indywidualizmem i zwykłym egoizmem? Słyszę już tego i owego, że z naszym charakterem narodowym daleko nie zajedziemy. Ten i ów nie ma racji. Bo z tym niby-skazującym nas na klęski wszelakie charakterem narodowym jesteśmy w najlepszym punkcie naszej historii. A jeśli, jako się rzekło, odrobimy narodowe zadanie domowe, będziemy w punkcie jeszcze lepszym. Gdy to się uda, wtedy spokojnie powiemy, że nie zawiedliśmy ani tych, którzy nam wywalczyli wolność, ani tych, którzy przyjdą po nas. To jest nasze zadanie – make the difference, uczynić różnicę, dać w sztafecie pokoleń dobrą zmianę, przekazać sprawy innym w poczuciu, że naprawdę zrobiliśmy swoje. Tylko tyle. Aż tyle. W tym celu musimy jednak naprawdę wnikliwie spojrzeć w lustro i podjąć próbę odpowiedzi na pytanie już nie „co z tą Polską”, ale „co z nami, Polakami”.
Sęk w tym, że większość w naszej polityce stanowią nie ci, którzy idą do niej, bo im się coś w życiu udało, ale ci, którzy trafiają do niej, bo nigdzie nic im się nie udało, a chcieliby, by bez ryzyka udało im się w życiu cokolwiek. Do tego system polityczny jest hermetyczny, zawłaszczony przez tych, co już w układzie są, i choć toczą oni ze sobą gorszące potyczki, w gruncie rzeczy są naturalnymi sojusznikami, którzy zjednoczą się, gdy ktokolwiek będzie próbował do tego systemu wejść i reguły w nim obowiązujące zmienić.
Wstęp do książki czytany przez Tomasza Lisa możesz odsłuchać na wiadomościach24.pl
Zobacz również trailer wywiadu z Tomaszem Lisem, w którym uczestniczyłem.
wtorek, 17 czerwca 2008
Na otarcie łez...
W 2002 roku na Mistrzostwach Świata w Korei i Japonii sędziowie wyraźnie gwizdali pod współgospodarzy - Koreę. Nie tylko my przez sędziów odpadliśmy z dalszych rozgrywek. Podobna sytuacja spotkała m.in. Włochów (1/8 MŚ) i Hiszpanię (ćwierćfinał). Zobaczcie sami:
poniedziałek, 16 czerwca 2008
Poznaj Chorwację przed meczem
I słówko ode mnie przed dzisiejszym meczem z Chorwacją: mam nadzieję, że piłkarze nie byli w tym kraju i nie będą mieli żadnych sentymentów, by dokopać Chorwatom przynajmniej 2:0 i pokazać pazur orła. Nie płaczmy jeśli nie wyjdziemy z grupy, bo Niemcy wygrają. Nie rozrywajmy szat jeśli nawet przegramy. Leo z ekipą się szybko nie rozstanie i już za dwa lata pokaże jak walczy polski orzeł.
piątek, 6 czerwca 2008
To my Polacy!
Po co zużywać energię na zmianę naszego polskiego charakteru, skoro i tak wiadomo, że starania zakończyłyby się fiaskiem? Lubimy się napić, lubimy się pobawić, dobrze zjeść, później pochorować i na dodatek kogoś skrytykować albo wdać się w jakąś jatkę i powulgaryzować. Tacy jesteśmy i lepiej to zaakceptować, bo nie ma innego takiego kraju. Niemcy przed niedzielnym meczem emitują reklamę (w domyśle) o Polskich kibicach-złodziejach? Nic to! Przeto miało być śmiesznie. Sęk w tym, że nie lubimy jeżeli ktoś o nas tak mówi, a sami potrafimy mówić wiele, czasem o wiele za dużo. Ale to właśnie my, Polacy!
Nie tylko potrafimy dobrze wypić i dobrze zjeść, ale jesteśmy też jednymi z najlepszych, o ile nie najlepszymi, kibicami na świecie. Jeżeli sobie obierzemy jakiś cel to za punkt honoru musimy do niego dotrzeć! Wiemy co to prawdziwa przyjaźń i mamy mocny łeb! Mamy bardzo dobrą kuchnie i piękny kraj. Mamy z czego być dumni!
"Holendrzy mądrze mówią, że nie warto walczyć z rzeczami których nie jesteśmy w stanie zmienić. Jak poznać, że Polak się w Holandii wynarodowił? Je drop i salmiak. Co robi Holender gdy nie ma co robić? Idzie do pubu. Co robi Polak gdy nie ma co robić? Idzie do przychodni."
wtorek, 13 maja 2008
Nowy hymn na EURO 2008?
Kibice reprezentacji Polski w piłce nożnej chcą zmienić hymn Polski na zbliżające się wielkimi krokami Mistrzostwa Europy.
Planowano, że na Euro kawałek pt. "Futbol" zaśpiewają: Kayah, Katarzyna Kurzawska, Sebastian Karpiel-Bułecka i Piotr Cugowski. Piosenka "Futbol" była hitem, ale w roku 74'. Teraz mamy rok 2008 i może przydałaby się lekka zmiana? Wersja zaproponowana przez kibiców nie wydaje mi się zła.
Sami oceńcie na ile wam się podoba:
A na ile "stary hymn" wam się nie podoba:
Jeżeli chcesz wypełnić petycję o zmianę hymnu na Euro wejdź TUTAJ.
sobota, 12 kwietnia 2008
Marek Raczkowski i polska flaga w kupie
Sprawa trafiła do prokuratury. Mnie nasuwa się jedna myśl, a raczej pytanie. Dlaczego nie? Że niby bezczeszczenie symboli narodowych? Dobra, zgadza się. Tylko, że nawet tak dosadny sposób manifestacji swoich poglądów to nic w porównaniu jak wielkie bagno robią z Polski politycy, jeżeli można ich tak nazwać.
Pamiętam, gdy kiedyś na lekcji wiedzy o społeczeństwie mieliśmy temat: "Jaki powinien być polityk?". Czytaliśmy te dyrdymały, że powinien być dobry, uczciwy, nieskorumpowany, prawy, mający na celu dobro ludzi i być przedstawicielem ich interesów. Śmialiśmy się wszyscy. Nauczycielka też.
Każdy kolejny, mniej lub bardziej dosadny, sposób manifestacji poglądów i braku poparcia dla polskiego bagna, owszem niech trafia do prokuratury, ale jeżeli nic się nie zmieni, to niech będą. A ja je poprę.
Zobacz fragment z programu Kuby: