Film godny polecenia. Martin Lechowicz zawarł wszystko na temat żałoby narodowej w jednej piosence. Gratuluję.
czwartek, 16 kwietnia 2009
Przymusowa żałoba narodowa. Video
sobota, 4 października 2008
Obszerny wywiad z Tomaszem Lisem
Pierwsza część wywiadu.
Druga część wywiadu.
Zapraszam do oglądania.
wtorek, 30 września 2008
Tomasz Lis - My, naród
Oto wstęp do owej książki:
Na pomysł napisania tej książki wpadłem w Chinach, w 2007 roku, w czasie spotkania Młodych Globalnych Liderów (dość pretensjonalna nazwa, przyznaję). Młodzi ludzie z całego świata, którzy już zdążyli osiągnąć sukces w biznesie, w działalności charytatywnej czy w mediach, przyjechali tam, by zastanawiać się, co właśnie oni mogą zrobić, by pomóc rozwiązać niektóre problemy świata. Całe towarzystwo podzieliło się na podgrupy, by wypracować jakieś rozwiązania, a to w sprawie głodujących dzieci w Afryce, a to w sprawie dostępu do edukacji w krajach Trzeciego Świata, a to w sprawie dystrybucji komputerów za 100 dolarów. Było to imponujące, bo większość zebranych stanowili milionerzy albo multimilionerzy, od założyciela Wikipedii, przez wiceszefa Google’a, po wiceprezydenta nowojorskiej giełdy, a wszyscy nie żałowali czasu i energii, by zmierzyć się z problemami, które, dokładnie rzecz ujmując, w najmniejszym stopniu nie były ich problemami. Jest w Ameryce takie sformułowanie, określające część motywacji ludzi próbujących się zmierzyć z problemami większymi niż oni sami – to make the difference – uczynić różnicę, krótko mówiąc, sprawić, że w kwestii X, Y czy Z coś się ruszy, choćby o parę centymetrów. Młodzi, a ściślej mówiąc, jeszcze młodzi ludzie, przyjechali do Dalian w Chinach właśnie po to, by „uczynić różnicę”. Pełen szacunku dla nich wszystkich pomyślałem wtedy jednak, że zanim zajmę się problemami globalnymi, chciałbym spróbować zmierzyć się z problemami lokalnymi, naszymi, polskimi.
W 2003 roku napisałem książkę "Co z tą Polską?" Pisałem o tym, co trzeba zrobić w naszym kraju, byśmy naprawdę ruszyli z kopyta. Prawdę mówiąc, pisałem jednak głównie o tym, co powinni zrobić politycy. I co? Niewiele, niemal nic. Po tych pięciu latach mam więc głębokie przekonanie, że stratą czasu jest pytanie, co politycy powinni zrobić dla nas. Wolę zapytać, co my sami powinniśmy zrobić dla siebie. Bo jeśli spadło bezrobocie, to dzięki zaradności, przedsiębiorczości i pomysłowości Polaków, a nie dzięki państwu. Coś się więc udało raczej mimo państwa, a nawet wbrew państwu niż dzięki niemu. Stop. Dobry moment, by wyciągnąć z tego wnioski. Otóż to, co w Polsce ma sens i ma przyszłość, dzieje się raczej dzięki obywatelom niż dzięki politykom, a więc jeśli chcemy, by zmieniło się jeszcze więcej, dużo więcej, powinniśmy się do roboty wziąć sami, sami odrobić zadanie domowe.
Była w 1980 roku taka wspaniała wystawa w krakowskim Muzeum Narodowym – Polaków portret własny. Przed muzeum stały ogromne kolejki. Najwyraźniej odczuwaliśmy głęboką potrzebę, by przejrzeć się w lustrze. Nie po to, żeby się przekonać, jacy wspaniali jesteśmy. Raczej po to, by odpowiedzieć na pytanie, jacy byliśmy, skąd jesteśmy, dlaczego jesteśmy, jacy jesteśmy i co zrobić, by, jakby powiedział Jan Paweł II, odmieniło się „oblicze ziemi, tej ziemi”. Wystawa była przebojem zimy 1980 roku. Kilka miesięcy później narodziła się Solidarność. Dziś o pomyśle podobnej wystawy nic nie słychać, ale mam wrażenie, że gdzieś w powietrzu krążą na nowo zadawane pytania: skąd jesteśmy? kim jesteśmy? w jakim punkcie jesteśmy? dokąd powinniśmy iść? Taki nasz nowy Polaków portret własny. Portret, który pozwoliłby nam odpowiedzieć na pytanie, jakim jesteśmy społeczeństwem, gdy już możemy być takim społeczeństwem, jakim chcemy; jak dziś wykorzystujemy olbrzymią historyczną szansę, którą dostaliśmy; czy rację mieli wieszczowie, którzy uważali, że jesteśmy wielkim narodem, ale żadnym społeczeństwem; czy rację mają ci, którzy mówią, że jesteśmy zasługującym na szacunek narodem niezbyt zasługujących na szacunek jednostek – wspaniałym narodem kiepskich, małych ludzi.
Zamiast więc załamywać ręce, bo jest tak strasznie, wolę odnotować, jak wiele nam się udało, jak wielu ludzi każdego dnia pokazuje, że potrafią wykorzystać swą szansę, jak bardzo nieuzasadnione są nasze kompleksy. Nie chcę tu serwować ani czarnej propagandy, ani propagandy sukcesu, choć kilka rozdziałów dalej będę czytelników przekonywał, że racjonalna propaganda sukcesu bardzo by się nam przydała. Padnie tu wiele bardzo gorzkich słów, ale wierzę, że jest w niej też wiele rzeczy pokrzepiających, nie z prozy wziętych – czy w prozie ujętych – ale z życia. I nie mam ochoty bawić się w buchalterię – na każdy przykład czegoś złego jeden przykład czegoś dobrego. Piszę o tym, co złe, i o tym, co dobre, by pokazać, że naszej jaźni, naszej postawy, naszego stanu umysłu nie da się sprowadzić do jakiegoś prostego wzoru. Piszę o tym, co dobre, by udowodnić, że czarnowidztwo nie jest uzasadnione, a piszę o tym, co złe, bo wciąż do wykonania mamy wielką pracę.
W chińskim Dalian pomyślałem sobie, że trzeba Polsce programu „Polska na tak”, a właściwie „Polacy na tak”. Hasło łatwo obśmiać, przypominając trenera naszej narodowej reprezentacji, który głosił hasło „futbol na tak”, po czym pojechał z piłkarzami na mistrzostwa świata i dostał tęgie lanie. Hasło nie było jednak złe, tylko wykonawstwo fatalne. A więc „Polacy na tak”. Co to znaczy w praktyce? Może na początek pozornie małe rzeczy i guzik mnie obchodzi, że zaraz od tego i owego usłyszę, że to banalna wyliczanka, że to rzeczy nieważne. One są niezwykle proste i niezwykle ważne. Życzliwość wobec sąsiada, uprzejmość wobec nieznajomych, nieprzypisywanie ludziom z założenia jak najgorszych motywacji, niedoszukiwanie się w czyichś działaniach zwykle nieistniejącego drugiego i trzeciego dna, pozytywne myślenie o sobie, o nas, o tym, co przed nami, duma, która nie jest w żaden sposób tożsama z poczuciem wyższości wobec innych, ani nie jest też banalną odruchową reakcją na odczuwane przez wielu poczucie niższości.
Co zrobić, by nie tylko „Polska rosła w siłę i ludzie żyli dostatniej” (to też), ale przede wszystkim, by nam tutaj, na tych ponad 320 tysiącach kilometrów kwadratowych, było naprawdę wygodnie? Byśmy dobrze się czuli w swojej skórze i w swoim kraju, ale też byśmy, świadomi własnej wartości, spokojnie stanęli do globalnego wyścigu, w którym organizacja, struktura, porządek, wspólnota zawsze odniosą zwycięstwo nad egoistycznym indywidualizmem i zwykłym egoizmem? Słyszę już tego i owego, że z naszym charakterem narodowym daleko nie zajedziemy. Ten i ów nie ma racji. Bo z tym niby-skazującym nas na klęski wszelakie charakterem narodowym jesteśmy w najlepszym punkcie naszej historii. A jeśli, jako się rzekło, odrobimy narodowe zadanie domowe, będziemy w punkcie jeszcze lepszym. Gdy to się uda, wtedy spokojnie powiemy, że nie zawiedliśmy ani tych, którzy nam wywalczyli wolność, ani tych, którzy przyjdą po nas. To jest nasze zadanie – make the difference, uczynić różnicę, dać w sztafecie pokoleń dobrą zmianę, przekazać sprawy innym w poczuciu, że naprawdę zrobiliśmy swoje. Tylko tyle. Aż tyle. W tym celu musimy jednak naprawdę wnikliwie spojrzeć w lustro i podjąć próbę odpowiedzi na pytanie już nie „co z tą Polską”, ale „co z nami, Polakami”.
Sęk w tym, że większość w naszej polityce stanowią nie ci, którzy idą do niej, bo im się coś w życiu udało, ale ci, którzy trafiają do niej, bo nigdzie nic im się nie udało, a chcieliby, by bez ryzyka udało im się w życiu cokolwiek. Do tego system polityczny jest hermetyczny, zawłaszczony przez tych, co już w układzie są, i choć toczą oni ze sobą gorszące potyczki, w gruncie rzeczy są naturalnymi sojusznikami, którzy zjednoczą się, gdy ktokolwiek będzie próbował do tego systemu wejść i reguły w nim obowiązujące zmienić.
Wstęp do książki czytany przez Tomasza Lisa możesz odsłuchać na wiadomościach24.pl
Zobacz również trailer wywiadu z Tomaszem Lisem, w którym uczestniczyłem.
niedziela, 21 września 2008
Dzień dobry, tak łatwo powiedzieć
Do napisania tego tekstu skłoniła mnie zawiść i chamstwo Polaków. Mógłbym wymieniać wiele przykładów chamskich zachowań, ale nie chce was zanudzać.
Bardzo dużo pisze o tym Tomasz Lis w swojej najnowszej książce (premiery jeszcze nie było :) pt. "My, naród". Zwraca szczególną uwagę na to, że nie mówimy pospolitego "dzień dobry" lub "cześć" do ludzi nieznajomych. Nie zwracamy się do nich, nie pytamy o nic (no, może oprócz godziny). Tomasz Lis, który w USA spędził 4 lata, poznał się na Amerykanach z bardzo dobrej strony. Podczas porannego joggingu pytali się jak mu idzie, co słychać, ile do przebiegnięcia mu zostało. Któregoś dnia na wakacjach w Stanach musiał odwiedzić tamtejszy szpital, bo nerka dawała we znaki. Obcokrajowiec, Polak, był w Stanach obsługiwany przez personel szpitala na paluszkach. I płacić od razu nie musiał. Przykładów było wiele. Przykładów chamstwa w Polsce jeszcze więcej i każdy z Was mógłby dopisać kilka kolejnych. W taki sam sposób jak Tomasz Lis opowiada o Amerykanach, ja mógłbym opowiadać np. o Holendrach. Dziennie średnio 5 do 10 osób mówiło mi „hoi” (cześć) podczas ostatnich wakacji. Teraz pytanie do Was, czy nie lepiej było by żyć w kraju, w którym ludzie są dla siebie mili, pozdrawiając nieznajomych, a nie warcząc na nich? Zadajcie sobie pytanie ile razy na dzień mówicie „dzień dobry” sąsiadom, nieznajomym w autobusie, pociągu, w sklepie stojąc w kolejce lub na przystanku..
Po rozum do głowy poszli Włosi. Zauważyli tendencje zniżkową mówienia pospolitego u nich „ciao”. Przez 70 lat z 30 razy na dzień spadło do ośmiu. Światowy Dzień Witania obchodzony jest po raz pierwszy w Turynie. Efekt? 10 tys. ludzi włączyło się do akcji, podczas której musieli pozdrowić 10 razy nieznajomych w ciągu dnia. Na pewno średnia skoczyła do góry.
Potrzebujemy takiej samej akcji, nie uważacie?
piątek, 6 czerwca 2008
To my Polacy!
Po co zużywać energię na zmianę naszego polskiego charakteru, skoro i tak wiadomo, że starania zakończyłyby się fiaskiem? Lubimy się napić, lubimy się pobawić, dobrze zjeść, później pochorować i na dodatek kogoś skrytykować albo wdać się w jakąś jatkę i powulgaryzować. Tacy jesteśmy i lepiej to zaakceptować, bo nie ma innego takiego kraju. Niemcy przed niedzielnym meczem emitują reklamę (w domyśle) o Polskich kibicach-złodziejach? Nic to! Przeto miało być śmiesznie. Sęk w tym, że nie lubimy jeżeli ktoś o nas tak mówi, a sami potrafimy mówić wiele, czasem o wiele za dużo. Ale to właśnie my, Polacy!
Nie tylko potrafimy dobrze wypić i dobrze zjeść, ale jesteśmy też jednymi z najlepszych, o ile nie najlepszymi, kibicami na świecie. Jeżeli sobie obierzemy jakiś cel to za punkt honoru musimy do niego dotrzeć! Wiemy co to prawdziwa przyjaźń i mamy mocny łeb! Mamy bardzo dobrą kuchnie i piękny kraj. Mamy z czego być dumni!
"Holendrzy mądrze mówią, że nie warto walczyć z rzeczami których nie jesteśmy w stanie zmienić. Jak poznać, że Polak się w Holandii wynarodowił? Je drop i salmiak. Co robi Holender gdy nie ma co robić? Idzie do pubu. Co robi Polak gdy nie ma co robić? Idzie do przychodni."