Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 grudnia 2011

Polska i ja

W mijającym roku miało miejsce wiele bezprecedensowych wydarzeń. Które miały rzeczywiste znaczenie, a które tylko robiły na mnie chwilowe wrażenie? Co trapiło Polaków, którzy w 2011 roku zadali dwa symboliczne pytania? Śpieszę z odpowiedzią.

Mój polonocentryzm każe mi myśleć - również wedle tego, co powiedział Bronisław Wildstein – że najważniejszym wydarzeniem 2011 roku były wybory parlamentarne. I rzeczywiście tak było. Gdyby jednak spojrzeć na Polskę z lotu ptaka, a to spojrzenie obejmowałoby całą Europę, na pierwszy plan wysuwa się kasa. Kasa, której brakuje niektórym permanentnym leniom, a którą biedna Polska naturalnie przekaże. Czyli mowa oczywiście o ostatnim szczycie ostatniej szansy.

Jak uniesiemy się jeszcze wyżej i spojrzymy na świat z perspektywy kosmosu, widać coś innego. Co? Wydarzenie kosmicznie ważne – „Arabska wiosna ludów”, która odbiła się czkawką i ukróciła dyktatorskie zapędy północno-afrykańskich władców. W tekście skupię się jednak na dokonaniach Polaków w ostatnim roku, a więc o wyborach będzie, czy tego chcecie czy nie.

Po pierwsze Polska

Analiza wyników ostatnich wyborów parlamentarnych była pierwszym tematem na naszym blogu, który powstał właśnie w tamtym czasie. Skomentowaliśmy zatem 1/4 wydarzeń kończącego się za cztery dni roku. Ale najpierw sięgnijmy pamięcią wstecz, a do jej odświeżenia posłużyłem się, niestety, portalem tvn24.pl. Co, jak co, ale w podawaniu informacji to oni są dobrzy. Gorzej im wychodzi ich komentowanie. Ale do rzeczy.

TVN24.pl opublikował zestawienie 10 najważniejszych wydarzeń w Polsce i na świecie. Nie odnotowano tam faktu powstania tego bloga, ale ustępując pola Adamowi Małyszowi, wcale nie czujemy się urażeni. W głosowaniu na najważniejsze wydarzenie 2011 roku prowadzą wybory parlamentarne w Polsce (a tuż za nimi awaryjne lądowanie kapitana Wrony...) i trzęsienie ziemi w Japonii. Ja zmieniłbym jednak trzęsienie na arabską rewolucję, bo niby jaka jest symbolika, wyższy wymiar katastrofy w krainie kwitnącej wiśni? A wydarzenia z północy Afryki wskazują jednoznacznie, że ludzie będą walczyć o wolność do ostatniej kropli krwi.

Wracając do wyborów. Ich wyniki pokazały jednoznacznie, że Polaków łatwo kupić. Wystarczy zestaw szytych na miarę garniturów dla zespołu, piękne uśmiechy, obietnice i inne ustawiane szopki. Wyborczy sukces Palikota tylko to potwierdza.

"Jak żyć" obok "Co ja pacze" były najczęściej zadawanymi pytaniami w kończącym się roku. O ile z drugiego można się śmiać, o tyle z pierwszego nie wypada. Jak odpowiedzieć na te pytania? Żyć należy według własnych wartości, ciężko walczyć o to, co dla nas najważniejsze i cieszyć się małymi rzeczami, mimo wszelkich przeciwności losu. Nad drugim nie ma sensu się rozwodzić.

W 2012 roku będziemy spierać się kształt Unii. Są tacy, którzy woleliby, żeby w ogóle nie istniała. Miejmy nadzieję, że wyjaśni się też pozycja Polski, która stara się być krajem bardziej decyzyjnym. Obecnie jednak jesteśmy przydupasami Merkel. Na przyszłość w tej kwestii patrzę jednak z ogromnymi obawami.

Po drugie ja

W maju uczestniczyłem w pierwszej manifestacji w swoim dość krótkim życiu. Marsz Wyzwolenia Konopi w Warszawie był po to, aby powiedzieć ludziom, że marihuanę palą zwykli ludzie. I ja takim zwykłym człowiekiem właśnie jestem. Czerwiec? Rozpocząłem pracę w Informacyjnej Agencji Radiowej, gdzie przez trzy kolejne miesiące szlifowałem warsztat reporterski. W międzyczasie byłem na rozmowie kwalifikacyjnej w Chilli Zet – było naprawdę blisko, a dostałbym pracę marzeń (zarząd skrócił długość newsów na antenie, które ja miałem czytać). Później rozmowa w TVP Warszawa – nie udało się, zero odzewu. Nic to, jeszcze będą żałować.

Profil iktomaracje.pl na Facebooku – 562 fanów. Plus jeden? »

Ale wracając do IAR. W trzy miesiące nauczyłem się bardzo wiele. Czego dokładnie? Sumienności, taktu i odporności na stres. Kilkukrotne rozmowy z Januszkami (Korwin i Palikot), rozmowa w gabinecie Marszałka Senatu, Bogdana Borusewicza, i wiele innych, nie były pracą samą w sobie, były przyjemnością, a nawet spełnieniem marzeń. Obecnie takim spełnieniem marzeń jest fakt, że ja piszę, a Ty to czytasz. Niby nic nadzwyczajnego, ale właśnie po to istnieje ta strona. Miło, że tu jesteś.

Dla Was nam się chce

Tysiące czytelników, 331 komentarzy, 75 wpisów, 3 miesiące w sieci. Za to wszystko dziękuję. Dla Was tworzymy, dla Was komentujemy, robimy wywiady. Bardzo istotnym wydarzeniem w 2011 roku było powstanie tego bloga. Przynajmniej w moim życiu. Tematami, które na naszym blogu wzbudziły największe zainteresowanie były: Marsz Niepodległości oraz Zmiana prawa narkotykowego.

Lubię komentować, choć nie jestem w tym mistrzem. Nie zamierzam jednak się na nikim wzorować, bo choć blog, z racji podejmowanych tematów, nazywaliśmy blogiem publicystycznym, mnie bliżej do blogera właśnie. Zwykłego człowieka, który nie tylko zadaje sobie pytanie „Jak żyć”, ale stara się na nie odpowiedzieć.

W 2012 roku życzę Wam jednego Drodzy Czytelnicy – znajdźcie odpowiedź na to znamienne pytanie. „Odpowiedzi szukaj, czasu jest tak wiele” – śpiewał Marek Grechuta. I tym akcentem przywitajmy następny rok. Oby lepszy.

Czytaj także wywiad podsumowujący rok 2011 z Bronisławem Wildsteinem.

piątek, 2 grudnia 2011

Nutka autopromocji

Od 8 tygodni w sieci funkcjonuje blog publicystyczny trójki młodych blogerów. Idea jest taka, że my dodajemy swoje wypociny, a internauci oceniają, kto ma rację. Poza tym debatujemy na tematy wybrane przez czytelników bloga w ankiecie. Co poniedziałek publikujemy wywiad z expertami w danej dziedzinie.

Zapraszam do obejrzenia krótkiego filmiku zrobionego zupełnie spontanicznie (polecam obejrzeć w dużym oknie):

wtorek, 18 października 2011

iktomaracje.pl - nowy blog w sieci

Jak widzicie ten blog umarł śmiercią naturalną. Od dłuższego czasu nic tutaj nie dodawałem, co nie oznacza, że nic nie pisałem. Mogliście czytaj moje teksty na salonie, ale od teraz zapraszam na iktomaracje.pl.

Strona iktomaracje.pl powstała z pasji tworzenia, kreowania i wpływania na rzeczywistość. Chcemy zmienić podejście ludzi, chcemy aby byli bardziej otwarci na opinię inną od ich własnych. Chcemy dzielić się własnymi poglądami, tak by ludzie przejrzeli na oczy w kwestiach ważnych dla nas samych. Komentujemy aktualne wydarzenia nie pod kątem ich przebiegu i scenariusza, ale pod kątem ich zasadności i celowości. Nic nie dzieje się bez przyczyny. Chcemy, aby nasze pisanie też miało swój szczytny cel. Celem jest stworzenie miejsca do dyskutowania młodych ludzi o tematach, na które każdy ma swoje poglądy, a przy tym zachowujemy szacunek do odmiennych poglądów.

Projekt „iktomaracje.pl” to nie tylko strona internetowa, na której przeczytasz teksty trzech młodych blogerów. To miejsce, w którym debata na tematy polityczne, sportowe, społeczne i każde inne, prowadzona jest w sposób kulturalny. Wiedząc, że ludzie między 20. a 25. rokiem życia najchętniej czytają blogi, wybraliśmy właśnie taką formę komunikacji. Stwierdziliśmy, że młodzi ludzie potrzebują miejsca, w którym otwarcie powiedzą jakie jest ich zdanie na ważny dla nas wszystkich temat i nie ich opinia zostanie oceniona.

W tym tygodniu zajęliśmy się tematem lewicy. Zapraszam do odwiedzania www.iktomaracje.pl!

wtorek, 16 marca 2010

Wieje nam pod narty czy może w plecy?

Podczas sobotniego wykładu Tomasza Lisa w ramach Akademii Europejskiej nie mogłem się oprzeć przed zadaniem pytania najlepszemu dziennikarzowi w Polsce.

Moje pytanie brzmiało: Napisał Pan w swojej książce ostatniej "My, naród" takie zdanie: "W Polsce mamy szansę zrobić coś wyjątkowego, złamać stereotypy z przeszłości, dokonać cywilizacyjnego skoku na miarę pokoleń." Mam pytanie czy obecnie są ku temu dobre warunki, czy wieje nam pod narty czy może w plecy i jak nam idzie dokonanie tego skoku?

Jak odpowiedział Tomasz Lis? Odpowiedź możesz odsłuchać poniżej:




sobota, 6 marca 2010

Jacek Żakowski o mediach - posłuchaj kolejnego wykładu

Zapraszam do odsłuchania kolejnego wykładu Akademii Europejskiej prof. Dariusza Rosatiego, który dzisiaj w murach Wyższej Szkoły Handlu i Prawa im. Łazarskiego wygłosił dziennikarz Jacek Żakowski.

Dariusz Rosati opisał jednego z najlepszych polskich dziennikarzy w następujący sposób: "Pan redaktor Jacek Żakowski jest dziennikarzem tygodnika "Polityka", jest stałym komentatorem "Gazety Wyborczej", jest autorem i gospodarzem cotygodniowego programu w radiu TOK FM. Jest to jeden z najciekawszych, najlepszych, najbardziej obiektywnych dziennikarzy, jakich mamy w Polsce. Jest autorem wielu książek na tematy polityczne, społeczne. Pan Jacek Żakowski ma piękną kartę opozycyjną, działał w opozycji demokratycznej w czasach PRL. Obecnie jest również wykładowcą na Collegium Civitas. Jest nie tylko ekspertem ds. mediów, ale jako dziennikarz uczestnikiem procesu działania mediów."

Temat wykładu: Wpływ mediów na demokrację. 6 marca 2010
Wykład Jacka Żakowskiego "Rola mediów w procesie umacniania demokracji":






Autorem zdjęcia jest Adam Stępień.

poniedziałek, 9 lutego 2009

Dobromir Sośnierz: Jesteśmy niewolnikami państwa

- Szkolnictwo wymusza posłuszeństwo i konformizm. Z punktu widzenia państwa to jest chyba najważniejsza funkcja szkoły - mówi Dobromir Sośnierz w rozmowie z Bartłomiejem Graczakiem.


Dobromir Sośnierz, syn Andrzeja Sośnierza, ukończył studia na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Śląskiego. Pracuje jako informatyk. Z partią UPR związany jest od 1990 roku, a jako członek partii od 1994 roku. Przez wiele lat znajdował się w zarządzie tego ugrupowania. W wywiadzie przyznał jednak, że ostatnio opuścił szeregi UPR-u, choć nadal jest to jedyna partia, do której poglądów jest mu najbliżej. Dobromir Sośnierz znany jest z ciętego języka, czego możemy być świadkiem oglądając program telewizyjny "Młodzież konta", w którym zwykł udzielać się mój rozmówca.

Można powiedzieć, że zainteresowanie polityką zostało zapisane w Pańskim kodzie genetycznym?

- Poza moim ojcem i mną nie ma w rodzinie jakiegoś parcia w tę dziedzinę. Nie jest to długa dynastia w polityce, trudno uogólniać.

Tylko dlaczego nie podąża Pan drogą taką, jaką obrał pański ojciec, Andrzej Sośnierz? Dlaczego UPR?

- Bo UPR ma rację. Mój ojciec też był w UPR w latach 90. Myślę, że nadal w większości spraw ma poglądy nieodległe. Raczej postawił na pragmatyzm tak, jak on go rozumie.

UPR ma rację, bo...?

- W jednym zdaniu trudno odpowiedzieć. Ma rację, bo stawia zdroworozsądkowe, spójne, logiczne postulaty. Reszta to tylko różne koncepcje okradania obywateli. No dobra, w kilku punktach UPR też nie ma racji. Ale to są pojedyncze sprawy.

Na przykład?

- Na przykład ordynacja większościowa, osławione jednomandatowe okręgi wyborcze. Tego nie pojmuję, co taki postulat robi w naszym programie? Jedną z podstawowych wad demokracji jest właśnie to, że zamiast na program ludzie głosują na najmodniejszy kolor krawata, a ordynacja większościowa tylko może pogłębić taką tendencję. Wtedy partie zupełnie tracą na znaczeniu, liczą się sławne gęby. Nie widzę nic wolnościowego w takim postulacie, nie wydaje mi się też, żeby jakkolwiek sprzyjał zwycięstwu wolnościowych kandydatów. Raczej to będzie ostateczny koniec marzeń o oddolnej, antysystemowej, niezależnej partii w parlamencie.

Wśród Pańskich poglądów znajduje się również powszechna prywatyzacja. Jak wyobraża sobie Pan całkowitą prywatyzację na przykład szkolnictwa?

- Tak samo, jak wyobrażano to sobie w czasach, kiedy szkolnictwo było prywatne. Edukacja jest prywatną sprawą obywatela. Nie ma tu miejsca na przymus i ingerencję państwa. Trzeba zlikwidować obowiązek szkolny i jedyny odgórny program. Prywatyzacja może już przebiegać w swoim tempie, tego nie da się zrobić na już. Najważniejsze jest zniesienie ograniczeń.

W jaki sposób według Pana polskie szkolnictwo ogranicza?

- Po pierwsze zmusza mnie do uczenia się przez całą młodość, a wesoła ekipa łżeliłberałów z PO właśnie przegłosowała rozszerzenie tego przymusu. Większość rzeczy, których uczymy się w szkole, jest nikomu do niczego nie potrzebna, wbrew gorącym zapewnieniom nauczycieli. Przy okazji, jeśli któryś z nich to czyta, pragnę poinformować, że nadal czekam, aż ta wiedza przyda mi się w praktyce, jak mi to obiecywano. Po drugie jest mnóstwo regulacji: nie mogę posłać dziecka na naukę do kogo mi się podoba, tylko do tego, kogo urzędnicy RP uznali za odpowiednią osobę, dając prawo do oficjalnego nauczania. Jeśli ja chcę, żeby moje dziecko kształciło się u kowala, to jest to u licha moja sprawa i nikogo to nie powinno interesować. Ktoś uważa, że zna jedynie słuszną drogę, jaką należy w życiu podążać i nie waha się ustawowo przymuszać do tego innych. Co więcej oficjalna edukacja jest obciążona światopoglądowo, od najbardziej skrajnych przypadków, jakim jest lansowanie śmiesznej tezy, że homoseksualizm nie jest żadną dewiacją do bardziej subtelnych, gdzie na przykład historia jest pisana w sposób odpowiadający państwowej ideologii.

Po drugie szkolnictwo ogranicza poprzez swoją jednolitość. Wszyscy uczą się tego samego, w ten sam sposób, a to strasznie zubaża kulturę i wymusza posłuszeństwo i konformizm. Z punktu widzenia państwa to jest chyba zresztą najważniejsza funkcja szkoły. Ludzie, którzy dadzą się zmusić do ćwiczenia się w równaniach z dwiema niewiadomymi, przyzwyczajają się znosić wszystkie bezcelowe kaprysy doraźnej większości w sejmie.

Jeśli chodzi o homoseksualizm, to w programie "Młodzież kontra" wypowiedział Pan takie słowa: „Popęd płciowy jest wbudowany w organizm, żeby się reprodukować, nie po to, żeby komuś wchodzić w kakao”. Widzę, że nadal Pan podtrzymuje swoją tezę. Skąd takie zdanie na temat homoseksualizmu?

- To jest właśnie uzasadnienie. Jeśli funkcją popędu płciowego jest reprodukcja - a tego chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie neguje - to homoseksualizm jest skłonnością dysfunkcjonalną po prostu, a więc biologiczną patologią. Dyskutowanie nad tym jest, proszę wybaczyć, ale żałosne. Żeby to podważyć, trzeba by wykazać, że homoseksualizm pełni jednak jakąś istotną biologiczną funkcję, a dokładniej, że jednak w jakiś sposób zwiększa szansę na przekazanie genów samego homoseksualisty dalej. Byłoby to możliwe jedynie w ramach koncepcji doboru krewniaczego, ale wymagałoby też spełnienia kilku warunków, których po prostu nie spełnia to zjawisko u ludzi. Nie chcę zanudzać szczegółami, ale jak do tej pory nie udało się tego nikomu wykazać, a większość ludzi powtarzających te dziwne przesądy o równoprawnych orientacjach, nawet nie wie o co w tym chodzi, więc skąd w ogóle to wymądrzanie i mentorski ton?

Kogo ma Pan na myśli?

- Wszystkich po kolei homolatrów, ten pseudonaukowy bełkot, który towarzyszy promocji poglądów o równouprawnieniu różnych „orientacyj”... Sierakowski był dobrym przykładem, owszem.

Tak, o nim myślałem.

- W odpowiedzi na moje naukowe argumenty odpowiedział demagogicznie: „A Pan się tylko popędem kieruje?”. Litości... czym się kieruje, to już nie jest problem naukowy i nie ma wpływu na odpowiedź na pytanie „czy homoseksualizm jest chorobą czy nie?”.

W programie telewizyjnym „Młodzież kontra”, chociażby tydzień temu, mogliśmy usłyszeć Pana cięty język, ale i trafne stwierdzenia. W programie tym powiedział Pan, że posłowie, głosując za ustawą o wprowadzeniu jednej osoby w firmie odpowiedzialnej za pomoc i ewakuację podczas pożaru, potwierdzają, iż mają problemy z głową. Teraz zacytuję Pana: „skąd w ogóle to wymądrzanie?”.

- Akurat tej sprawy nikt już chyba nie broni, co jest dowodem na słuszność wymądrzania. Sam Kalinowski przecież — tak pokrętnie jak umiał, ale jednak — przyznał się do błędu. W tym przypadku absurd był tak jaskrawy, że pytanie było adekwatne, jak sądzę. Wyjaśnienie jest proste — nikt tego nie czytał, jak zwykle, wszyscy głosowali jak reszta. To jest kolejny krok w mroczną głębię demokratycznej legislacji — ci ludzie nie czytają tego, nad czym głosują, parę osób wie, o co chodzi, a lobbyści dopisują „lub czasopisma” i nikt się zwykle nawet nie orientuje, kiedy i dlaczego. Powtarzam: nawet Sejm, nasza wytwórnia prawa, nie wie, nad czym głosuje. Nie ma się co łudzić, że stoi za tym społeczny mandat, jakaś spójna idea czy dobro państwa — to są koncepcje tworzone wyłącznie na użytek wyborów. A najśmieszniejsze, że sejm głosujący bez czytania, wyobraża sobie, że ludzie będą to prawo znali i go przestrzegali. Ot, próbka tego, jak powstaje ustrój, w jakim żyjemy.

W 2006 roku startował Pan w wyborach na prezydenta Katowic. Nie udało się. Napisał Pan na swojej stronie, że ludzie bardziej niż na poglądy i program zwracają uwagę na to, jak jest kandydat ubrany, z jakiego środowiska się wywodzi i ile plakatów nakleił w mieście. Z kolei w „Młodzież kontra” powiedział Pan, że udowodniono, że na wynik głosowania wpływa na przykład kolor tła plakatu kandydata. Czym to może być spowodowane?

- Tym, że głupich jest więcej niż mądrych po prostu. A głos mają wszyscy taki sam. Ludzie, którzy nie mają bladego pojęcia o zawiłościach ekonomii, są gonieni do urn, ba — wpiera się im, że to ich obywatelski obowiązek — i to jest efekt. Czym mają się kierować, skoro nie wiedzą, nad czym naprawdę głosują? Tym, co jest dla nich uchwytne — że ten jest sympatyczniejszy, ładnie mówi, ma klasę, długą listę kierowniczych stanowisk w życiorysie itd. Nie można oczekiwać niczego innego. Skoro nie decydują względy merytoryczne, bo są zbyt zawiłe, to decydują sprawy przypadkowe albo siódmorzędne. Proszę zwrócić uwagę, że mimo to większość polityków (i Kościół — dlaczego nawet Kościół ?) wzywa do stadnego głosowania — „wiesz czy nie wiesz, powiedz jak ma być...”. Jak Pan myśli, dlaczego?

Dlaczego kościół wzywa do stadnego głosowania? Z ambony najłatwiej, bo bezpośrednio, skutecznie, bo często. Taka symbioza polityk-ksiądz często może skutkować dość dużym poparciem elektoratu, zwłaszcza jeśli w grę wchodzą stanowiska takie jak: wójt, sołtys itp.

- Ale tu nie mówimy o zachęcaniu do głosowania na kogoś — to nie byłoby takie złe, gdyby biskupi znali się jeszcze na ekonomii — bo teraz niestety popierają praktycznie wyłącznie szkodników. Ale zadziwiający jest udział w kampanii na rzecz wysokiej frekwencji — domniemywanie, że wszyscy, do których ten głos zachęty dotrze, zagłosują zgodnie z chrześcijańskim sumieniem, byłoby chyba strasznie naiwne. Więc to raczej skutek bezrefleksyjnego ulegania wpływom dominującej ideologii politycznej. Kiedyś monarchię zaszczycano Bożym pomazaństwem, a teraz bierzemy niestety udział w kulcie demokracji. Niestety w sprawach poza teologicznych Kościół jest niekompetentny.

Czy kandydowanie w przyszłości na prezydenta Katowic wchodzi jeszcze w grę?

- Nie wiem, skąd mogę wiedzieć?

W takim razie spytam inaczej. Czy wiąże Pan swoją przyszłość z polityką w jakiejkolwiek formie?

- Problem z odpowiedzią na to pytanie jest taki, że dla typowego wolnościowca udział w polityce nie jest wcale celem samym w sobie. My tylko walczymy o swoją wolność, a nie pchamy się do koryta. Gdyby ktoś inny to wszystko doprowadził do porządku, to pewnie nie miałbym powodu brnąć w politykę. Jak długo jest o co walczyć, to na pewno będę brał w tym udział
i jeśli ktoś uzna, że mogę się jakoś przydać, kandydując gdzieś na przykład, to jestem na to otwarty. Ale czy będę w stanie pomóc, to trudno przewidzieć.

LPR pod koniec 2007 roku uznała, że może się Pan "jakoś przydać" wpisując Pana na swoją listę kandydujących do sejmu?

- Nie, to była raczej kwestia mało wiarygodnej informacji GW. LPR-owi ja się nie chcę na nic przydawać, bo to jeszcze jedna partia ludzi chcących nakazywać innym, co mają robić. Pomysł z tym wspólnym startem był rozpaczliwie fatalny, obawiam się, że odium tego „sojuszu” będzie się za nami długo jeszcze ciągnęło.

Prawda jest taka, że gdyby Pan chciał dojść daleko w polityce, to by Pan doszedł. Nie mówię o korycie, ale na przykład o zdobyciu stanowiska, z którego więcej osób dostrzegłoby pańskie poglądy, a później może spojrzało na sprawę rozsądniejszym okiem. Na samym początku powiedział Pan, że nie zgadza się ze wszystkim, co głosi UPR i w kilku kwestiach nie macie racji. Czy rozważał Pan kiedykolwiek opuszczenie szeregów partii?

- Rozważyłem i opuściłem jej szeregi. Od jakiegoś czasu nie jestem formalnie członkiem, ale nadal jest to partia, do której mi najbliżej, potem jest długa pusta przestrzeń i dopiero cała reszta w jakiejś kosmicznej odległości. Taki wallenrodyczny scenariusz był już testowany wiele razy i jakoś nic to nie dawało. Nadal jesteśmy niewolnikami państwa, nawet coraz bardziej. Mój ojciec też jakoś rzeki nie zawrócił, więc nie ma co się łudzić. Właśnie między innymi dlatego jest tak źle, że ludzie, którzy wiedzą, że mamy rację, wybierają usprawnianie tego systemu zamiast walki z nim. Mowa zarówno o politykach jak i wyborcach.

Do PO odeszło wiele osób, co do których autentycznie liberalnych poglądów nie mam wątpliwości, bo uwierzyli, że w ten sposób pomogą zrobić mały krok w dobrym kierunku. Podobnie wiele osób nie głosuje na UPR, bo nie chce „zmarnować głosu” — i w efekcie marnuje całe życie głosując na nie różniące się praktycznie niczym ugrupowania pasożytnicze. Skutki nie są warte komentarza, choć jestem ciekaw, jak na przykład panowie zdrajcy — Leszek Piechota czy Andrzej Misiołek — uzasadnialiby teraz swoją przeprowadzkę do Platformy. Jeśli nawet my też niczego nie zmienimy, to przynajmniej się nie zbłaźnimy firmowaniem takich przedsięwzięć, jak przymusowa szkoła dla sześciolatków. Moim zdaniem współpraca z pasożytami to droga donikąd. Zresztą myślę, że oni też niekoniecznie wierzyli, że coś pomogą. Sądzę że w wielu przypadkach dobrze wiedzieli, że to nic nie da, ale presja wieku, chęć zaznaczenia się jakoś przed emeryturą i poczucie — uzasadnionej przecież ! — frustracji wobec faktu, że totalne tumany robią karierę w polityce, a oni, dużo lepsi „marnują się” na marginesie — to wszystko w pewnym momencie bierze górę i ludzie zaciągają się na żołd „systemu”.

W pańskiej sytuacji nie ma takiej opcji, by zaciągnąć się na żołd "systemu"?

- Nie widzę sensu. Chyba że miałbym cynicznie uznać, że skoro nie mogę go pokonać, to przecież mogę — nie gorzej niż sejmowe tumany — sprawdzić się w roli pasożyta i żyć z krwawicy naiwniaków wierzących, że państwo się nimi „opiekuje”. Na razie nie dostrzegam takiego niebezpieczeństwa.

Dziękuję za rozmowę.
- Dziękuje również.

Zobacz Dobromira Sośnierza w akcji - w rozmowie z: Jarosłąwem Kalinowskim, cz. pierwsza, i cz. druga i Ryszardem Bugajem.

sobota, 10 stycznia 2009

Anna Musiałówna: Fotografia to moja życiowa pasja

Anna Musiałówna, reporterka tygodnika Polityka, to niesłychanie wrażliwa osoba o niezwykłym usposobieniu. Rozmawialiśmy o jej pasji, jaką jest fotografia, o kondycji dzisiejszych mediów i o dziennikarzach obywatelskich. Anna Musiałówna znalazła chwilkę na po wernisażu galerii zdjęć pt. "Polska lat 70.", której jest kuratorką.

Bartłomiej Graczak: Czy kiedykolwiek spotkała się pani z osobami, które mówią o sobie: jestem dziennikarzem obywatelskim?
Anna Musiałówna: Nie.

- Oto jestem. Jako dziennikarze obywatelscy przekazujemy rzetelne informację z regionu, piszemy o tym, co nas dotyczy, interweniujemy u władz miasta... Po prostu: piszemy, fotografujemy i filmujemy wszystko to, co się wokół nas dzieje. Wszystko to w słusznej sprawie, nie za pieniądze.
- Bardzo szczytna akcja. Jeżeli coś takiego naprawdę istnieje, ja bardzo chętnie mogę spotkać się z takimi ludźmi i wymienić doświadczenia. Ostatnio założyłam Stowarzyszenie Dokumentalistów, pragnę wciągnąć w to młodych ludzi, którzy nie są profesjonalistami. Staram się zwrócić uwagę młodego człowieka na otoczenie, w którym żyje. Na jego życie.

Mnie na przykład interesuje wszystko, co jest indywidualne, co należy do jakiegoś regionu - lokalna architektura, obyczaje - to wszystko, z czego człowiek wyrasta. Nie można tego wymazać, wykreślić, to zostaje w nas. Nie kupimy w supermarkecie nowego życia, które nie ma żadnych fundamentów. Jeżeli są ludzie, którzy tworzą tylko i wyłącznie z pasji samego tworzenia, to wspaniale. Jestem gotowa podjąć z nimi współpracę.

- Co spowodowało, że pasjonuje się Pani fotografią reporterską?
- Wyrosłam w domu fotografa. Miałam fantastyczną mamę, która niestety nie żyje od zeszłego roku. Potrafiła ona utworzyć w domu wspaniałą atmosferę. Zapraszała wszystkich do swojej kuchni. Do takiego fotografa przyjeżdżały kobiety z różnych wsi, na przykład z Bodzentyna. Ja przysłuchiwałam się ich rozmowom o życiu. Jako dziecko byłam świadkiem, słuchałam tego, co ludzie opowiadają. Bardziej interesowała mnie ludzka opowieść, która nie była przeznaczona dla uszu dziecka, niż na przykład jakieś zabawki. Często jako dziecko fotografowałam.
Skończyłam szkołę baletową, byłam artystką baletu, tańczyłam główne role w Teatrze Wielkim. Pewnego dnia miałam wypadek, wskutek którego zwichnęłam rzepkę i nie mogłam wykonywać zawodu. Nie był to jednak dla mnie problem. Do tej pory fotografowałam wtedy, gdy miałam czas. Po próbach chodziłam na ulicę, obserwowałam świat, ludzi. Od tamtego momentu poświęciłam się w całości fotografii.

- Można więc powiedzieć, że fotografia jest Pani życiową pasją?
- Tak, chyba tak.

- W jaki sposób nawiązała się Pani współpraca z tygodnikiem Polityka?- W bardzo prosty sposób. Do Polityki przeszło wielu moich znajomych z czasopisma "itd". Miałam tam znajomych i pewnego dnia, po długim urlopie macierzyńskim, postanowiłam do nich dołączyć. Współpraca z tymi ludźmi jest wspaniała, wszyscy wiemy, co każdy z nas jest w stanie zrobić i wzajemnie się uzupełniamy. Atmosfera jest fantastyczna, nawzajem się szanujemy. Polityka to nie jest świat nowych mediów, tych odczłowieczonych, reprezentuje ona jeszcze jakąś klasę dziennikarstwa.
- Czy według Pani dzisiejsze media potrafią podejść do realizacji reportażu... po ludzku?- Uważam, że dzisiaj prawdziwy reportaż już nie istnieje. Gdzie mamy reportaż? Staramy się, aby on jakoś wyglądał w Polityce; "Duży format" jeszcze reprezentuje jakiś poziom. Reszta to reportaże wojenne, w których brak jest uczuć pojedynczych ludzi, ich historii, przeżyć. Teraz liczy się szok. Nikt bowiem nie zajmuje się przeciętnym człowiekiem, bo jego historia nie jest dla innych ciekawa, a na pewno nie podniesie oglądalności. Zamiast haseł, które mieliśmy wtedy: "Rzetelna praca więcej warta niż pieniądze", dzisiaj hasła głoszą odwrotnie: "Bogaćmy się!". Żebyśmy się pobytem na Jamajce, Sardynii pochwalili przed sąsiadami. Jeszcze kilkanaście lat temu dziennikarstwo reprezentowało jakieś wartości, a to dlatego, że wtedy wszyscy byli równo biedni. A teraz różnica klasowa jest ogromna.
- Jakie słowa przekazałaby Pani wszystkim dziennikarzom obywatelskim, tworzącym dla sprawy, nie dla pieniędzy?- Na pewno serdecznie gratuluję. Warto to robić. Zadowolenia na przykład z pozytywnego rozwiązania sprawy, nawet z samej publikacji, za pieniądze nie da się kupić. Róbcie to nadal! Obserwujcie rzeczywistość, myśląc przy tym i przetwarzajcie świat własnymi oczami, własną wrażliwością. Wrażliwość to podstawa tworzenia. Bez niej nie stworzymy niczego dobrego. Wszystko, co jest naszą twórczością, musi przez nas przejść.
W imieniu p. Anny Musiałówny przekazuję serdecznie pozdrowienia dla wszystkich dziennikarzy obywatelskich.

Zobacz w serwisie Wiadomości24.pl galerię zdjęć z wystawy, której kuratorką jest moja rozmówczyni.

Życie w obiektywie Anny Musiałówny

Anna Musiałówna, reporterka tygodnika "Polityka", odwiedziła 9 stycznia Ostrowiec Świętokrzyski w Galerii Fotografii MCK po to, by opowiedzieć o swojej pasji jaką niewątpliwie jest fotografia oraz wziąć udział w otwarciu wystawy pt. "Polska lat 70.".

Przed spotkaniem autorskim z reporterką nastąpiło otwarcie wystawy zdjęć pt. "Polska lat 70.", której Anna Musiałówna jest kuratorką. Prezentowane na wystawie zdjęcia można zobaczyć w Galerii Fotografii Miejskiego Centrum Kultury w Ostrowcu Świętokrzyskim do 27 stycznia. Dziennikarka "Polityki" opowiadała o historiach związanych ze swoimi zdjęciami i nie tylko. Tłumnie zebrani ostrowczanie z zainteresowaniem słuchali artystki. Na projektorze wyświetlano jej fotografie, a Anna Musiałówna z ogromnym przejęciem o nich opowiadała. Zapraszam do obejrzenia zdjęć i posłuchania opowieści reporterki:



Zobacz galerię zdjęć z wystawy w serwisie wiadomości24.pl

sobota, 12 kwietnia 2008

Marek Raczkowski i polska flaga w kupie

W wyemitowanym ponad dwa tygodnie temu programie Kuby Wojewódzkiego rysownik "Przekroju", Marek Raczkowski, podczas rozmowy o niesprzątanych psich odchodach, wsadził polską flagę w kupę. Zaraz po nim zrobił to drugi gość programu aktor Stelmaszyk, a potem uległ Kuba i również zabawił się z panami gośćmi.

Sprawa trafiła do prokuratury. Mnie nasuwa się jedna myśl, a raczej pytanie. Dlaczego nie? Że niby bezczeszczenie symboli narodowych? Dobra, zgadza się. Tylko, że nawet tak dosadny sposób manifestacji swoich poglądów to nic w porównaniu jak wielkie bagno robią z Polski politycy, jeżeli można ich tak nazwać.
Pamiętam, gdy kiedyś na lekcji wiedzy o społeczeństwie mieliśmy temat: "Jaki powinien być polityk?". Czytaliśmy te dyrdymały, że powinien być dobry, uczciwy, nieskorumpowany, prawy, mający na celu dobro ludzi i być przedstawicielem ich interesów. Śmialiśmy się wszyscy. Nauczycielka też.

Każdy kolejny, mniej lub bardziej dosadny, sposób manifestacji poglądów i braku poparcia dla polskiego bagna, owszem niech trafia do prokuratury, ale jeżeli nic się nie zmieni, to niech będą. A ja je poprę.

Zobacz fragment z programu Kuby:

wtorek, 18 marca 2008

Wolność Tybetu! Nie dla igrzysk w Chinach!

Zgodnie z prośbą blogerów Salon24.pl oraz Edwina Bendyka, publikuję tekst apelu związanego z wydarzeniami w Tybecie:

National museum of China 2008 countdown clockW Tybecie znów się leje krew. Chińskie oddziały rządowe strzelają do ludzi. Znów przypomniano nam o brutalnej i wieloletniej kolonizacji Tybetu przez komunistyczne Chiny. Zapewne w natłoku tysięcy nowych faktów już za kilka dni świat zapomni o tych ludziach i wydarzeniach. Sprawa wolności Tybetu i łamania prawa człowieka w Chinach wróci na półkę spraw godnych i przegranych. Nie pozwólmy na to. Zwłaszcza dziś, na kilka miesięcy przez organizowanymi hucznie przez komunistyczne Chiny Igrzyskami Olimpijskimi.

Idea olimpijska to idea ludzi wolnych, idea pokoju a nie zniewolenia. Byłoby wielką niesprawiedliwością, gdyby ogrom nieszczęścia ofiar komunistycznego reżimu został zasłonięty olimpijskim sztandarem. Dlatego namawiamy ludzi mediów, narodowe komitety olimpijskie, samych sportowców, by nie zapominali o grzechach ich organizatorów. By także tam, w Chinach, biorąc udział w igrzyskach i relacjonując je głośno o tym mówili. Prosimy sportowców, by podczas każdej konferencji prasowej, każdego wywiadu przed i w trakcie Igrzysk wypowiedzieli choć jedno zdanie na temat łamania praw człowieka w Chinach. Apelujemy do dziennikarzy, internautów, kibiców: naciskajcie na swoich ulubieńców, na sportowców, by mówili o tym. Jedno zdanie, jedno słowo o tym, że w Chinach łamane są prawa człowieka. Na każdej konferencji prasowej.

Publikujcie ten tekst na swoich blogach, w swoich gazetach, stacjach radiowych i telewizyjnych. Albo podpiszcie się pod naszym apelem na tym blogu. Namawiajcie do tego swoich przyjaciół.

Blogerzy Salon24.pl:

Sławomir Sierakowski "Krytyka Polityczna”
Edwin Bendyk “Polityka”
Ernest Skalski
Paweł Wroński “Gazeta Wyborcza”
Wojciech Sadurski
Igor Janke “Rzeczpospolia”
Bogdan Chrabota “Polsat”
Kataryna
Jan Wróbel “Dziennik”
Jan Pospieszalski TVP
Tomasz Sakiewicz “Gazeta Polska”