środa, 31 grudnia 2008

"21" - prawdziwa historia młodego geniusza

Ben Campbell, niezwykle bystry student prestiżowego MIT, potrzebuje trzysta tysięcy dolarów, by opłacić czesne na Harvardzie. Jak zdobyć takie pieniądze? Ben, zupełnie przypadkiem, znajduje na to sposób.


Mądry i błyskotliwy chłopak zachwyca swoją wiedzą większość uczniów i profesorów bostońskiej uczelni MIT. Profesor statystyki, Micky Rosa, postanawia wykorzystać jego obeznanie z cyferkami i proponuje mu dołączenie do tajnego koła naukowego. Jak się okazuje, czwórka studentów i profesor liczą po godzinach, nie są to jednak zwykłe zajęcia, bowiem liczą oni... karty. Co weekend wyjeżdżają do Vegas, by wykorzystując opracowany przez siebie system, zgarnąć niezłe sumki z krupierskich stołów.

Black Jack, bo właśnie w tę popularną grę karcianą grają nasi bohaterowie, polega na uzyskaniu wyniku jak najbliżej (ale nie więcej niż) 21 punktów. Najwyższym układem kart jest Black Jack, czyli as i 10 lub figura, za który gracz dostaje 150 proc. zakładu. Istnieje wiele sposobów na oszukanie krupiera, jeden z nich, czyli liczenie kart, wykorzystują bohaterowie "21". Ben (Jim Sturgess) początkowo odmawiał, lecz w końcu przełamał się. Przede wszystkim musiał nauczyć się zasad gry, następnie uczył się sposobu liczenia kart. Musiał poznać system, jakim gra cała piątka, a w końcu przejść chrzest bojowy przed oficjalnym starciem w Vegas.

W światowym centrum hazardu Ben stawał się innym człowiekiem. Ze zwykłego młodziana przeistaczał się w pysznego syna milionera szastającego kasą na lewo i prawo, początkowo po to, by ukryć to, że wygrywa dzięki wypracowanemu systemowi, później jednak staje się to faktem. Dla Black Jacka i nowych przyjaciół, w tym również dla Jill (Kate Bosworth) - jego dziewczyny, porzucił starych kumpli, z którymi przygotowywał się do konkursu robotów 2.0.9., oraz dotychczasową pracę. W Vegas płacili o niebo więcej.

Dynamizmu akcji dodaje "przyspieszanie otoczenia" w brawurowym wykonaniu Russella Carpentera. Widzimy Bena i powiększające się kupki jego żetonów, rozmazane postacie ludzi przemieszczających się za nim, i jego samego w transie. Nieprzerwane pasmo zwycięstw sprawia, że Ben stawia coraz to więcej pieniędzy. Jednak szczęście nie dopisuje mu zawsze...

Film "21" w reżyserii Roberta Luketica można zaliczyć do popularnych ostatnio (albo przynajmniej ja na takie trafiam, (patrz recenzja "Siedmiu dusz") filmów o dynamicznych zwrotach akcji, tajemniczości i niespodziewanych, choć w tym przypadku również zabawnym, zakończeniach. Tajemniczości fabule dodaje postać profesora Micky Rosa (Kevin Spacey), który z pewnych przyczyn nie gra w Black Jack'a, lecz tylko instruuje studentów jak grać, by wygrać.

Jest to film, który zaskakuje i może się wielu osobom podobać. Główną rolę w filmie obok Sturgess'a, Specey'a i Bosworth gra muzyka. Dźwięki dobrane przez Davida Sardy'ego dodają dynamizmu. Nie są to popowe soundtracki, ale piosenki zahaczające trochę o electro house. Po dwugodzinnym seansie nie byłem zawiedziony i dzisiaj, chwilę przed napisaniem tej recenzji, obejrzałem go po raz drugi. Film nie nudzi, wręcz przeciwnie, zostajemy wciągnięci w wir hazardu razem z bohaterem, a gdy dostajemy po twarzy, razem z Benem krzyczymy: "Auć!".

Atrakcyjności filmowi dodaje fakt, iż jest oparty na prawdziwej historii Semyona Dukacha, emigranta z Rosji. Pomimo że jest to kolejne american dream, czyli "od pucybuta do milionera", obraz Luketica zachwyca i z pewnością jest godny polecenia. Jeżeli jeszcze ktoś z Was nie obejrzał tej produkcji, która swoją polską premierę miała w czerwcu kończącego się właśnie roku, bez obaw powinien to zrobić.

wtorek, 30 grudnia 2008

Siedem dusz - film o pomaganiu z zaskakującym finałem

Wyreżyserowany przez Gabriele Muccino film "Siedem dusz" jeszcze nie doczekał się premiery w Polsce. Już teraz jednak zachęcam do obejrzenia tej oryginalnej produkcji o przejmującej historii Tima Thomasa, w którego wcielił się Will Smith.


Timowi, który przez ponad połowę filmu znany jest nam jako Ben, traumatyczne przeżycia i wspomnienia z przeszłości nie pozwalają żyć w spokoju. Jego celem staje się pomoc siedmiu osobom. Podszywając się pod brata, urzędnika podatkowego, nasz bohater zdobywa dane osób, które tej pomocy potrzebują. Jako pierwszemu pomaga własnemu bratu, który choruje na raka płuc i potrzebuje przeszczepu dwóch płatów. Tim daje mu jeden z nich. Sześć miesięcy później oddaje prawą cześć wątroby zupełnie nieznanej mu kobiecie, o imieniu Holly, z którą później utrzymywać będzie bliski kontakt.

Wraz z rozwojem akcji stajemy się świadkami kolejnych aktów pomocy wobec innych osób. Tim bez znieczulenia oddaje szpik kostny młodemu chłopakowi, którego spotyka w szpitalu, podczas odwiedzin u Holly.

Tam również poznaje Emily, która, aby żyć, potrzebuje nowego serca. Tim Thomas cały czas podszywa się pod brata. Wykorzystuje to, aby spotkać się z Emily Posa, pod pozorem odebrania w imieniu rządu zaległych 56 tys. dolarów. Tim posiada o niej bardzo wiele informacji. Pyta ją nawet, czy wypowiedziała zdanie: "Uważam, że nie zasługuję na serce, bo moje życie w żaden sposób nie jest nadzwyczajne", co oczywiście ją szokuje. Pomimo że ich znajomość nie zaczyna się dobrze, coś między nimi iskrzy. Później spotykają się coraz częściej. Gdy chora na serce dziewczyna porusza kwestie poprzedniej miłości Tima, on złości się i zabrania pytań w tej sprawie. Tim nie chce się otwierać przed żadną osobą, której zamierza pomóc, bo jak sam mówi: - Nie jest to zawarte w umowie.

Mężczyzna pomaga również kobiecie bitej przez męża. Oddaje jej i jej dzieciom swój własny dom i samochód. Sam zamieszkuje w motelu. Kolejna osoba z jego krótkiej listy to Ezra Turner (Woody Harrelson), niewidomy sprzedawca psiej karmy on-line i pianista. Siódma osoba, której Tim pomaga to George, starszy mężczyzna, któremu oddaje swoją nerkę. Pewnego dnia Tim popełnia samobójstwo...

Nie jest to film z gatunku "wyciskaczy łez", nie ma tu romantycznych scen i nostalgicznych momentów, są problemy zwykłych ludzi i jeden człowiek, który im pomaga. Samo życie ukazane w nadzwyczajny sposób.
Gra aktorska głównych bohaterów, czyli Willa Smitha i Rosario Dawson, jest naprawdę dobra. Podobnie jak muzyka, za którą był odpowiedzialny Angelo Milli. Bardzo trudno jest się domyślić, co tak właściwie skłoniło Tima do pomocy tylu osobom oraz do popełnienia samobójstwa i oddania organów. To tajemnica, która towarzyszy nam przez cały film. Wraz z jedną z bohaterek - Emily, my widzowie dowiadujemy się prawdy dopiero na końcu filmu. Zaskoczenie jest ogromne.

Obraz polecam nawet najwybredniejszym kinomanom. Zapewniam, że dwie godziny, które poświęcicie na obejrzenie filmu, nie będą czasem straconym.

Światowa premiera amerykańskiej produkcji filmowej pt. "Siedem dusz" odbyła się 19 grudnia. W Polsce film na ekranach kin zobaczymy dopiero 13 marca 2009 roku. Zobacz zwiastun

niedziela, 28 grudnia 2008

Dwa grzechy główne

Piłeś? Nie jedź! Jeśli chcesz pić, sprawdź pochodzenie alkoholu! Mimo że te dwie życiowe prawdy są nam doskonale znane, nie przestrzegamy ich. Te święta obfitowały w dramatyczne wydarzenia, których czarnych bohaterem był alkohol.


Piątek. Ostatni weekend przed świętami. Pan Mieczysław * spożywa wraz z zięciem i jego ojcem rozrobiony z wodą spirytus, który zięć nabył na miejscowym bazarze. Na drugi dzień wstaje jak gdyby nigdy nic. Dzień jak każdy inny po wypiciu. Jednak późnym popołudniem coś zaczęło się z nim dziać. Nagłe zachwianie równowagi, niewydolność oddechowa. Mieczysław nie może wyraźnie mówić. Gdy stan się pogarsza, Pani Jadwiga, jego żona, postanawia zadzwonić po karetkę. Ta przybywa szybko, a wystawiona przez lekarza diagnoza jest zatrważająca. Zatrucie glikolem etylenowym. Organizm przestaje walczyć. Nerki nie pracują. Na drugi dzień Lekarze postanawiają wprowadzić pacjenta w śpiączkę farmakologiczną, aby ten nie czuł bólu, a jego organizm zaczął walczyć z toksynami. Te święta pani Jadwiga odpuściła, najważniejsze w tej chwili jest zdrowie jej męża. Nerki Mieczysława są codziennie poddawane czterogodzinnej dializie, która ma zmniejszyć obecność toksyn w organizmie. W sobotę nastąpiła próba wybudzenia pacjenta ze śpiączki. Udało się. Mieczysław widzi, słyszy, ale zachowuje się tak jakby nie wiedział, gdzie jest i dlaczego. Pomimo wybudzenia pogarsza się stan i pan Mieczysław znów zostaje podłączony do respiratora. Lekarze mówią wprost: - Tak może być przez najbliższy miesiąc, a nawet dłużej.

Czwartek. Już nie przed świętami, lecz w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia. Miejscowość Okół nieopodal Bałtowa. Młody, dwudziestopięcioletni, mężczyzna idzie poboczem na swoje zaręczyny. Czarnym oplem jadą dwaj mężczyźni pod wpływem alkoholu. Kierowca zatrzymuje się na poboczu i okazuje się, że cała trójka to znajomi. Kierowca proponuje podwózkę na owe zaręczyny. Niestety, zakończyła się ona tragicznie. Nagle kierowca rozpędzonego samochodu stracił kontrole nad pojazdem i tyłem z impetem uderzył w ogrodzenie posesji. Trzeźwy pasażer, niedoszły narzeczony, zmarł na miejscu. Kierowca z kolegą, obaj pijani, wyszli z tego bez większych obrażeń.

W obu sytuacjach alkohol zgarnął swoje makabryczne żniwo. Obie zdarzyły się w okresie przed i świątecznym, choć tak naprawdę mogły się zdarzyć kiedykolwiek indziej. W obu sytuacjach tragedię poniosły osoby niewinne i niczego nie świadome. Obie sprawią, że te święta długo zostaną w pamięci rodzin i ocalałych. Miejmy nadzieję, że sprawią również, że bohaterzy tych dramatycznych sytuacji przestaną spożywać alkohol. Dla mnie analogia jest jeszcze jedna - w większym lub mniejszym stopniu te tragedie wpłynęły na mnie samego.

Takich sytuacji jest niestety wiele. Nie będę apelował o rozwagę i rozsądek. Nie ma to najmniejszego sensu. Będę rad, kiedy zrozumiecie to, co chciałem Wam przekazać.

* Imiona bohaterów pozwoliłem sobie zmienić.

czwartek, 25 grudnia 2008

Tak niewielu, którym zawdzięczamy tak wiele

W historycznych opisach wojennych starć niemieckiej Luftwaffe i brytyjskiego RAF-u z roku 1940 pomijane są nazwiska szeregowych pilotów, od których zależało przecież najwięcej. Zwłaszcza tych, którzy nie walczyli za swój kraj.


Alex Kershaw w książce pt. "Tak niewielu", która pojawiła się w Polsce w listopadzie, opowiada właśnie o tych pilotach, którzy brali udział w Bitwie o Anglię, jednak nie byli ani Niemcami, ani Anglikami. Oprócz wielu Polaków i Rumunów w tej powietrznej bitwie uczestniczyli Amerykanie, którzy "sprzeciwili się ojczyźnie, by walczyć z Hitlerem".

Alex Kershaw, aby dowiedzieć się jak najwięcej o młodych, butnych i żądnych przygód Amerykanach, dociera do niezliczonej ilości materiałów. Rozmawia z rodzinami pilotów, wynajduje skrawki artykułów prasowych z tamtych lat, czyta biografie i książki, a nawet dzienniki pokładowe, które okazują się najlepszym i najdokładniejszym źródłem informacji o samych lotnikach, zarówno amerykańskich zaciągniętych do RAF-u, jak i niemieckich walczących w oddziałach Luftwaffe. Pod względem merytorycznym książka jest doskonała. Z tej fascynującej powieści najwięcej dowiadujemy się o Eugenie Tobinie, pseudonim "Red" (to zasługa jego włosów w kolorze miedzianym), Arthurze Donahue oraz o najniższym ze wszystkich pilotów RAF-u - Vernonie Keough, posiadającym pseudonim "Shorty". Oprócz nich poznajemy również historię Mistrza Olimpijskiego z roku 1928 i 1932 w bobsleju, Billy'ego Fiske'a, który zaciągnął się jako pierwszy Amerykanin do Królewskich Sił Powietrznych (RAF) i jako pierwszy zginął.*
Z książki tej dowiadujemy się również w jakich okolicznościach podpisywano akt kapitulacji Francji, co myślał i jak zachowywał się Churchill w chwili ataku na jego ojczyznę i podczas trwania walk. Dowiadujemy się wiele o Hermanie Goringu, niemieckim dowódcy lotnictwa wojskowego, którego podwładni nazywali "grubasem". Nie pozostaje nam obca historia asów Luftwaffe, Adolfa Galland'a i Wernera Moldersa, którzy do śmierci przeganiali się ilością zestrzelonych samolotów armii brytyjskiej. Poznajemy kulisy powstania pierwszego, w pełni amerykańskiego, dywizjonu 71. Autor książki nie umniejsza również roli polskich pilotów. W książce czytamy o znakomitych pilotach Tadeuszu Nowierskim i Piotrze Ostaszewskim. Znajdziemy w tej książce także wspaniałe, oddające dynamizm akcji, opisy powietrznych walk.


Jednak dzięki tej książce głównie poznajemy historię ludzi, którzy sprzeciwili się własnemu narodowi, by walczyć z niemieckim terrorem. Tobin i "Shorty" od małego byli zafascynowani lotnictwem, chcieli latać. Jako że podczas II wojny światowej amerykański rząd zachowywał neutralność (do ataku na Pearl Harbor), nie mogli walczyć z Hitlerem. Postanowili zdobyć kanadyjski paszport, by ominąć surowe przepisy i zaciągnąć się do francuskich sił powietrznych "Armée de l'Air". Po długiej i męczącej przeprawie przez Atlantyk dotarli do Francji. Niestety, na przydział samolotu się nie doczekali, a Francuzi szybko skapitulowali. Korzystając z okazji, jaką była ucieczka Anglików mieszkających we Francji promem do ojczyzny, dotarli na wyspę w celu dołączenia do brytyjskich sił powietrznych, by wreszcie stanąć oko w oko, dziób w dziób, z pilotem niemieckiego messerschmitta. Wraz ze swoim kolegą, Andrew'em Mamedoff'em, co prawda po długim oczekiwaniu i wielu problemach, dostali pozwolenie na dołączenie do dywizjonu 609. I wkrótce spełniły się ich marzenia. Wreszcie w kabinach spitfire'ów i hurricane'ów spotkali się w powietrzu z "bandytami".

Nie będę streszczał całej książki. Jeżeli będziecie mieli okazję nabyć ową książkę, to zróbcie to bez zastanowienia. Książka jest bowiem idealna nie tylko dla fanów lotnictwa, sympatyków historii, ale też dla wszystkich, którzy chcieliby poznać historię niesamowicie odważnych młodzieńców, którzy ryzykowali życie, by bronić obcy kraj przed terrorem Adolfa Hitlera. Walczyli w przestworzach z wielką wiarą w zwycięstwo, nieustraszeni, odważni. Historia tych ludzi chwyta za serce i wzrusza.

Ta znakomita powieść kończy się słowami: "Niemal co roku 4 lipca, w rogu cmentarza w Boxgrove w hrabstwie Sussex, na grobie (...) Bily'ego Fiske'a, pierwszego Amerykanina, który poniósł śmierć w bitwie o Anglię, pojawiają się kwiaty. Na kamiennym nagrobku widnieje inskrypcja: Obywatel amerykański, który zginął, by Anglia mogła żyć".

* W rzeczywistości pierwszym amerykańskim lotnikiem, który zginął w walce był kapitan lotnictwa Jimmy Davis z Dywizjonu 79. Został zestrzelony i zginął 25 czerwca 1940 roku, prawie dwa miesiące przed Fiskiem. Fakt ten wyszedł na jaw dopiero po wojnie.

niedziela, 7 grudnia 2008

Dziennikarzu obywatelski, kupuj lokalne gazety!

Nie, to nie jest reklama gazet. Wręcz przeciwnie. Jeżeli piszesz o wydarzeniach lokalnych powinieneś wiedzieć, co pojawia się na stronach gazet wydawanych w Twoim mieście. Dlaczego?
Wyrównaj z obu stron
Z prostego powodu. Mogą to być Twoje teksty! Dziennikarze lokalni mają niechlubny nawyk kopiowania tekstów na strony swojej gazety. Jedyne, co może ich usprawiedliwić to zarobki, marne zarobki, które na pewno nie motywują do wytężonej pracy i pisania autorskich tekstów. Łatwiej przecież jest skopiować albo napisać tekst na podstawie tekstu innych. Nie jest to oczywiście reguła. Nie wszyscy dziennikarze tak robią, ale warto wiedzieć, że tacy są. Żeby nie być gołosłownym przytoczę moje przygody z gazetą z mojego miasta. Do tej pory nie miałem nawyku sprawdzania, co też pojawia w tych gazetach i czy przypadkiem nie ma tam mojego tekstu.

Za pierwszym razem tekst pokazał mi kolega. Był prawie identyczny jak mój, dopisano jedynie wypowiedź trenera. Od razu skontaktowałem się z redakcją Wiadomości24.pl. Pamiętajcie, że redakcja w takich sytuacjach reaguje wręcz natychmiastowo. Już pod koniec tego samego tygodnia na redakcyjnym biurku owej gazety wylądował list od prawnika Polskapresse, który opisywał całą sprawę. W tym przypadku okazało się jednak, że to trener chłopaka, o którym jest tekst, wysłał artykuł do redakcji. Trener proponował zadośćuczynienie. Jako, że znam wszystkich bohaterów tekstu, a nawet jeden z nich to mój brat, nie chciałem przyjąć oferowanych mi pieniędzy. Zaproponowałem, że chłopaki dostaną darmowy miesiąc ćwiczeń w siłowni prowadzonej przez trenera. Uf, obyło się bez nazwisk.

Druga sytuacja zdarzyła się całkiem niedawno. Dziennikarz obywatelski z Ostrowca Św. pisujący dla Wiadomości24.pl zasygnalizował mi, że tekst, który pojawił się we wtorek, jest łudząco podobny do mojego. "Te same określenia, wątki, układ zdarzeń itp. Przypadek?" - opowiadał DO. Sprawdziłem. I rzeczywiście. Tekst jest bardzo podobny do mojego, ale jeżeli przyszłoby udokumentować sprawę to niestety, ale nie mogę jednoznacznie stwierdzić: ukradli mi tekst. Tekst się różni, jest krótszy, trochę dodali od siebie. Jednak, jak zauważył kolega, układ zdarzeń i wątki są identyczne. Powtórzę zatem za nim: przypadek?

Tym razem nie walczyłem o swoje, bo emocje moje ostudził redaktor Wiadomości24.pl mówiąc: - Tym razem byli mądrzejsi i nie przepisali artykułu słowo w słowo. Nie ma jak ich "ugryźć", bo Ci odpowiedzą, że po prostu - tekst jest podobny, bo Ty i reporter gazety byliście na tym samym wydarzeniu, więc nic dziwnego, że materiały są trochę podobne.

Bardzo ciężko byłoby udowodnić winę redaktora gazety. Warto jednak wiedzieć, że takie praktyki są stosowane, wtedy na pewno zmieni się Twoje zdanie o redaktorach w Twoim mieście.

Drodzy Dziennikarze Obywatelscy piszący lokalnie, kupujcie lub przynajmniej przeglądajcie gazety wydawane w Waszych miastach! Może się okazać bowiem, że jesteście niezatrudnionymi pracownikami lokalnej prasy.


wykorzystane zdjęcie (na górze) jest autorstwa Pameli Machado i jest wykorzystane na licencji Creative Comonns.

wtorek, 25 listopada 2008

Bezpośredni Sapkowski kontra napalczywi czytelnicy

Dzisiaj w Biurze Wystaw Artystycznych w Ostrowcu o godzinie 16 doszło do starcia pomiędzy autorem i czytelnikami. Narzędziem było słowo. Po jednej stronie barykady Andrzej Sapkowski, po drugiej żądni wiedzy czytelnicy.

A pytali o wszystko. Byli dokładni i szczegółowi. Andrzej Sapkowski nie mógł opędzić się od dociekliwych pytań, często pointował je śmieszną anegdotką, która rozbawiała tłumnie zebranych. Fani wybitnego artysty wreszcie mogli dowiedzieć się wielu rzeczy o samym artyście, dowiedzieli się, że jest zwykłym człowiekiem, zabawnym, trochę gubiącym się w tym, co mówi, ale potrafiącym się z tego śmiać, na pewno oczytanym i mądrym.

Czego dowiadujemy się od autora pięciotomowej sagi o przygodach Wiedźmina? Na przykład tego, że pełnometrażowy film, który powstał (rzekomo) na podstawie jego książki, powstał tak naprawdę na podstawie komiksu. Ludzie, którzy tworzyli ten film nie czytali książek i nie pofatygowali się nawet, aby skonsultować cokolwiek z samym autorem. W przeciwieństwie do autorów gry komputerowej, którzy wypytywali np. o mapę gry, o nazwy własne itp. Dowiedzieliśmy się, że za pierwsze opowiadanie Sapkowski dostał 200 zł, że dobre opowiadanie piszę się nawet pół roku i marne są z tego pieniądze. Dlatego pisał książki, a że okazały się wyśmienitym fantasy, to nic tylko dziękować Bogu.

Skąd czerpie inspiracje i pomysły? Z głowy. Z niczego więcej. Pisząc zamyka się w pokoju ze swoimi źródłami i nikt nie może mu przeszkadzać. Czasem w podróży lub podczas wakacji czyta teksty i poprawia. Czy cechy bohaterów były cechami otaczających go osób? - Nie, nikogo nie parodiuje, nie karykaturuję, to wszystko rodzi się tu. - wskazuje palcem na głowę Sapkowski. Na pytanie o najbardziej udaną książkę według niego samego, odpowiada: - Czyli, że mam powiedzieć, która z moich brzydkich córek jest najładniejsza? Nie, nie robię rankingów.

Jak sam tłumaczy, dla nas jego książki to piękne opisy przyrody, chwytające za serce przygody, ciekawe i intrygujące sytuacje, zachody słońca, bohaterowie, jednak dla niego to są tylko literki. Literki, które składa w wyrazy, wyrazy w zdania, a zdania w konkretny tekst. Dla niego to materiał, dla nas produkt, jakże wyśmienitej jakości!

Sapkowski, jak sam powiedział, nie napisał jeszcze najlepszej książki. Jednak każda wydana pozycja, każde tłumaczenie, nawet każde spotkanie z czytelnikami sprawia mu przyjemność i radość. W swoich wywodach jest bezpośredni i dosadny. Jeżeli ma powiedzieć, że czegoś ma dość, zapewne bez pardonu powie, że czymś rzyga.

Na koniec został zapytany, jak to zwykle bywa na spotkaniach autorskich, o to nad jakim dziełem obecnie pracuje i kiedy możemy się go spodziewać w księgarniach. - Nie powiem, bo ukradną mi pomysł. Taki jest teraz rynek. - odpowiada na ostatnie z wielu pytań zadawanych zarówno przez młodych, jak i starszych czytelników. Wiemy jednak, już nie od Sapkowskiego, że jest to powieść fantasy, której akcja toczy się podczas II wojny światowej. Zapowiada się ciekawie.

sobota, 15 listopada 2008

Miłość, wolność, śmierć - Węgry w filmie Krisztina Goda

W Ostrowcu Świętokrzyskim odbywają się Spotkania Filmowe. Do grona emitowanych filmów należy węgierski melodramat historyczny "1956 Wolność i Miłość" w reżyserii Krisztina Goda. Film dla Węgrów ma takie same znaczenie jak dla nas "Katyń".

W czerwcu 1956 roku w Poznaniu ogłoszono pierwszy w PRL strajk generalny. Zapoczątkowany przez pracowników Zakładu Przemysłu Metalowego H. Cegielski Poznań, przekształcił się w powstanie Wielkopolan, nazywane przez historyków powstaniem poznańskim. Wówczas było ono bagatelizowane, a rola i znaczenie powstania nagminnie umniejszane. Z rąk milicji, wojska i funkcjonariuszy UB ginęli ludzie, którzy pragnęli wolnej Polski. Powstanie w Poznaniu zmotywowało rewolucjonistów węgierskich do działań narodowowyzwoleńczych. W stolicy wielkopolski zginęło jednak tylko 70 powstańców. Tylko, w porównaniu z 2,5 tysiącami zabitych Węgrów. Rewolta Węgierska wybuchła 23 października 1956 roku, wzniecona została przez studentów politechniki w Budapeszcie. Zaczęło się od manifestacji poparcia dla powstańców w Polsce, jednak przerodziło się to w bunt społeczeństwa. Setki tysięcy ludzi zgromadziło się pod pomnikiem Bema, by odczytać swoje żądania i demonstrować sprzeciw dla komunistycznych rządów radzieckich na Węgrzech. Później zaczęła się walka...

Tło historyczne, na którym opiera się film w adaptacji węgierskiego reżysera Krisztina Goda, zostało przedstawione bardzo realistycznie. Dla Węgrów film ten ma takie znaczenie, jak dla nas, Polaków, film "Katyń" Andrzeja Wajdy. Na początku, jego akcja toczy się w dwóch różnych miejscach. Wśród studentów-rewolucjonistów, którzy pragną, czerpiąc wzór z Polaków, walczyć z Czerwoną Gwiazdą by odzyskać wolność narodu oraz wśród waterpolistów reprezentacji Węgierskiej. Viki Falk, w której rolę wcieliła się Kata Dobó, to studentka, przywódczyni rewolucji na Węgrzech. Karcsi Szabó (Iván Fenyö) to czołowy waterpolista reprezentacji Węgier. Wspólny przyjaciel złączył ich losy, wymienili się pierwszymi spojrzeniami, a ogień miłości już zaczął się palić. Choć początkowo Karcsi wahał się, nie wiedząc czy rzucić (jak się okazało później tylko na okres powstania) reprezentację i przygotowania do zbliżającej się Olimpiaday, na rzecz idei rewolucji, a co za tym idzie uznania w oczach Viki. Ogień w ich sercach nie zgasł do końca. Podczas walk, akcji wyzwoleńczych, strzelanin, pułapek byli obok siebie.

Gdy po prawie trzech tygodniach walk z UB i wojskami radzieckimi, w których zginęło 2 500 Węgrów i jeszcze więcej było rannych nadszedł czas na Olimpiadę. Pomimo, że wcześniej Karcsi opuścił drużynę, pozwolono mu wrócić. Wrócił i on, jak i cała reprezentacja, pokazał klasę w Melbourne, gdzie zwycięstwo w finale nad Rosją jest do dzisiaj symbolem swego rodzaju zwycięstwa, choć nie na polu bitwy.

Reżyserzy i scenarzyści tego filmu doskonale wiedzieli, że sport, walka narodowowyzwoleńcza i miłość to idealne połączenie, które poruszy serca wielu ludzi, nie tylko Węgrów. Moje poruszył. A twoje?

środa, 5 listopada 2008

Wyprawa rowerowa, czyli zobaczyłem to z bliska

W ostatnią niedzielę pokonałem na rowerze ponad 40 kilometrów. Zwykła przejażdżka pozwoliła mi dojść do pewnych wniosków o mojej okolicy. Uwierzcie, brak dróg rowerowych naprawdę doskwiera, ale widok jaki ujrzałem zrekompensował wszystko.

Pierwsza niedziela listopada, promienie jesiennego słońca rozjaśniały złociste konary drzew. Piękne krajobrazy i ciekawe zabytki. Tak! Tak właśnie wyglądało miejsce, do którego wyruszyłem i to zaledwie 20 kilometrów od mojego miasta.

Zanim jednak dojechałem na miejsce (tak, zaraz napiszę jakie miejsce) musiałem pokonać dość trudną drogę. Jadąc głównie po ulicy obawiałem się, czy mnie zaraz jakieś auto nie trzaśnie, albo czy przejeżdżający tir nie zdmuchnie mnie gdzieś na pobliskie drzewa. Obyło się jednak bez tego.

Z przykrością stwierdzam, że przez całą trasę po drodze przeznaczonej dla rowerów jechałem zaledwie 50 metrów! W stolicy naszego państwa, Warszawie, łączna długość dróg rowerowych wynosi... 100 km. Warto zwrócić uwagę na fakt, że w Amsterdamie przy większości ulic jest wyznaczony specjalny pas dla rowerów, a około 30 proc. całego ruchu odbywa się na rowerach. W Polsce jeszcze długo, długo tak nie będzie.

Dobra, przebrnąłem jakoś przez te trudne kilometry. Wszystko po to, by ujrzeć wspaniały widok. Co prawda jest to widok na powstały w 2005 roku zbiornik retencyjny na rzece Świślinie, w Górach Świętokrzyskich, ale w jesiennej szacie i wśród promieni słońca wyglądało to wspaniale. A wkoło parkingi, zadbane ławki, nowa droga, a sama zapora europejskiej jakości.

Zaledwie dwa kilometry od zapory znajduje się miasteczko Kałków, którego nie mogłem nie odwiedzić. O Kałkowie pisał już w 1578 roku Jan Długosz, pomimo tego, że zajmował on teren zaledwie "ośmiu łanów kmiecych". W czasie II wojny światowej stacjonował tutaj niemiecki oddział kawalerii. Jednak nie z tego słynie Kałków. W latach 80. XX wieku powstało tu sanktuarium pod wezwaniem Matki Boskiej. Na jego terenie powstała wysoka na 33 metry Golgota, w której teraz znajdują się kaplice m.in. górników, członków Solidarności, leśników. Oprócz Golgoty, na terenie sanktuarium znajduje się Dom Jana Pawła II, Grota Lourdzka, która została zbudowana z głazów skalnych w artystycznym założeniu jej projektanta, brata Felicissimusa z Niepokalanowa oraz Droga krzyżowa - zespół czternastu stacji wzniesionych według artystycznego projektu Haliny Tobiasz, zakonnicy ze zgromadzenia sióstr Służek.

Ostatnio zbudowano również... zoo. Tak, na terenie sanktuarium znajduje się mini zoo, w którym zobaczyć możemy dziki, pawie, lamy, emu, osły, sarenki, różne antylopy i przedziwne kury. W Kałkowie znajduje się również kompleks mieszkań dla ludzi starszych oraz Dom Pielgrzyma. To dużo jak na jedno miasteczko, w którym mieszka kilkaset osób.

Jak widać warto czasem wyciągnąć z piwnicy zakurzony rower i wybrać się na przejażdżkę po okolicy, podczas której na pewno odkryjemy wiele miejsc, o których do tej pory w ogóle nie wiedzieliśmy. Poza tym porządnie się dotlenicie i zrzucicie zbędne kalorie. Ja swoje już zrzuciłem.

Zobacz galerię zdjęć z przejażdżki.

niedziela, 26 października 2008

Lamb, czyli jak wzruszyć każde serce

Zespół Lamb to brytyjska grupa trip-hopowa, która powstała w 1996 roku w Manchesterze. Zespół tworzy duet: Andy Barlow i Lou Rhodes.

Lamb zdecydował się na połączenie lirycznej wokalistyki z solidną produkcją ambientową.
Barlow i Rhodes udowodnili światu, iż muzyka elektroniczna może mieć romantyczną twarz. Zespół nagrał do tej pory 7 płyt, wydając ostatnią "Lamb Remixed" w 2005 roku.

Po nagraniu drugiej płyty zespół przeżywał chwilowy kryzys. Podniósł się by nagrać przełomową płytę "What sound", z której to pochodzi niekwestionowany hit, jakim jest kawałek "Gabriel". Subtelna, delikatna i jakże wzruszająca nutka o miłości.. Zresztą przesłuchajcie sami:




poniedziałek, 13 października 2008

Polemika z Tomaszem Lisem

Poniżej zamieszczam trzy fragmenty książki Tomasza Lisa "My, naród", na które postaram się odpowiedzieć argumentami "na nie" postawionej przez Lisa tezie.

Pierwszy fragment, (wyrwany nieco z kontekstu): "W przypadku społeczeństwa obywatelskiego ponownie bokiem wychodzi nam to, że niemal zupełnie sobie nie ufamy.Wyróżnikiem współczesnej Polski pewnie w większym stopniu niż tradycyjna polska gościnność jest tradycyjna polska nieufność. (...)"

Odpowiedź: Jeśli chodzi o pierwszy fragment, to dość łatwo jest dobrać argumenty, które oczywiście obalą wyrwaną z kontekstu tezę. Potrafimy być mili, a z gościnności słyniemy. Nie udawanej, lecz prawdziwej. Czasem gościnność miesza się z nieufnością (bo przecież tyle złego w tv) i pewnie stąd wrażenie, że nieufność staje się tradycją. Argumenty? Na ten moment przypomina mi się artykuł p. Jadwigi Kowalczyk, która wpuściła na szklankę wody zmęczonego wędrowca z TP, pomimo, że wcześniej nachodziło ją wielu innych z jego firmy i nachalnie proponowało nową, ponoć lepszą, ofertę. Zatem gościnność górą. Przykład z dzisiaj, spotykają się dwie panie:
- O cześć! Co tam?
- W porządku, idę na autobus.
- Wiesz co, my jedziemy do sklepu i później od razy do domu. Zabierzesz się z nami?
- Chętnie!

Pan też opowiadał, co miłego spotkało go na ostatnich wakacjach w USA. Panie Tomaszu, w Polsce też jest miło.


Druga myśl: "Złe rządy, złe drogi, piłkarze kiepsko grają, pogoda pod psem, ceny rosną, w telewizji na święta nic porządnego nie dają - taka standardowa polska litania, malkontenctwo a la polonaise. Coś w tym jest, bo przyjeżdżającym do Polski obcokrajowcom, w każdym razie tym, którzy jeszcze nie zdążyli się przejechać po naszych drogach, w oczy rzucają się od razu dwie rzeczy. Tylu ludzi milkliwych, ponurych, a w rozmowie najczęściej tylko narzekają i mówią co im nie wyszło, co im nie wychodzi albo co im na pewno nie wyjdzie. (...)

Odpowiedź II: Drogi są coraz lepsze, wystarczy trochę pojeździć po Polsce. Co prawda wolno to się wszystko poprawia, ale poprawia. Piłkarze kiepsko grają? Nie zawsze. Potrafią zaskoczyć, co udowodnili np. w sobotę. Oby tak dalej. Pogoda ostatnio całkiem dobra. Jutro może popadać przelotnie, ale damy radę. Jak widać, punkt widzenia, zależy od punktu siedzenia. Różne spojrzenie mają ludzie na różne aspekty życia. Są tacy, którzy potrafią się cieszyć ze zwykłych rzeczy: udanych zakupów, ładnej pogody, uśmiechu dziecka etc. Może ta szara stolyca tak na Pana wpływa albo za dużo ogląda Pan telewizji? Tam puszczają tylko złe newsy, bo to się lepiej sprzedaje, sam Pan wie. Jeżeli ktoś narzeka, że aż się nie da słuchać, to może.. trzeba mu o tym powiedzieć?

I trzecia myśl: "Polsce potrzebna jest propaganda sukcesu. Nie nachalna, ordynarna i fałszywa propaganda jaką serwowano nam w czasach Gierkowskich, która z kraju żyjącego na kredyt uczyniła dziesiątą potęgę gospodarczą świata. Potrzebujemy tej propagandy w podwójnym sensie. Propagandy gigantycznego, fantastycznego sukcesu, który odnieśliśmy w 1989 roku i później oraz propagandy sukcesu jako pojęcia, wartości, celu, do którego trzeba i warto dążyć.

Odpowiedź III: W Polsce nie jest potrzebna propaganda sukcesu. Wiele już było obiecanek-cacanek i budujących słów. Mówiono o budowie drugiej Irlandii, Japonii, czy Szwajcarii w Polsce. A u nas wciąż to samo. Sukces może i był. Jednak zamiast siać propagandę sukcesu niech dzieci uczą się dokładnie o tym, niewątpliwie ważnym wydarzeniu w szkołach i niech budowana będzie w nich postawa dumnego Polaka, znającego swoją historię i z rozsądkiem patrzącego na świat.

Poza tym, potrzeba nam "dobrych mediów". By nie emitowali tego co się sprzedaje, ale to co jest ważne i budujące. Że nie tylko się zabijają, ale i leczą, że nie tylko niszczą, ale i budują. U nas szala na tej wadze, zdecydowanie chyli się ku jednej stronie.
Kilka miesięcy temu w Rumunii wprowadzono nakaz dla serwisów informacyjnych, aby połowę czasu emitowano wiadomości dobre, a drugą połowę te złe. Brzmi niby dość sarkastycznie, ale gdyby się tak głębiej zastanowić...

zdjęcie pochodzi ze strony fotografia.wordpress.com