niedziela, 26 grudnia 2010

Jaki pasożyt przeżyje wszystko? Idea

Wyobrażenie zaszczepienia idei leży u podstaw pomysłu twórców wielopoziomowego filmu "Incepcja". Autorzy chcieli zaprezentować złożony proces, a raczej jego wyobrażenie, w pełnometrażowym filmie, który wydawał się trwać wieczność.

Główny bohater, pan Cobb, w którego rolę wcielił się Leonardo DiCaprio, balansuje na skraju rzeczywistości i snu, na skraju realności i wyobraźni. Kierowanie podświadomością jest kluczem do sukcesu, a zaszczepienie idei jest jedyną drogą do doraźnego, jednorazowego wpłynięcia na czyjąś podświadomość. Jak tego dokonać? Tylko Pan Cobb potrafił to zrobić. Już raz zaszczepił komuś ideę. Doprowadziła ona do tragedii, którą mógł przewidzieć, ale nie mógł jej zapobiec.

Pewnego dnia, od Saito, właściciela gigantycznej spółki w branży elektrycznej, pan Cobb dostaje zlecenie zaszczepienia idei. Celem ma być spadkobierca korporacji, która jako jedyna może zagrozić firmie Saito. Idea ma być prosta – spadkobierca, czyli pan Fisher, ma zrezygnować z przejęcia firmy po ojcu, która zgodnie z testamentem ma wówczas zostać podzielona na kilkanaście mniejszych spółek. Operacja „incepcji” jest bardzo złożona, przeszkadzają w niej projekcje, lub jaśniej – wizje i urojenia pana Cobba.

Widzowi bardzo trudno jest spamiętać każdy z wątków w filmie. Przenosimy się pomiędzy wyobrażeniami różnych bohaterów. Wraz z „włączeniem” do projektu nowej osoby, która ma zaprojektować każdy z poziomów podświadomości, widz jest zaznajamiany z tajnikami samej sztuki zaszczepienia idei.

Obraz „Incepcja” może się wielu osobom podobać. Jest to film akcji o podłożu psychologicznym z wątkiem miłosnym i domieszką sensacji oraz dramatu. Zaspakaja rozmaite gusta i każdy odnajdzie fragment, który będzie bliski jego oczekiwaniom i wyobrażeniom.

Być może już raz śniłeś o tym samym, co przytrafia się bohaterom albo pojawiła się w twojej głowie podobna wizja. Faktem jest jednak, że nigdy nie pamiętałeś początku twojego snu, choć zawsze znajdowałeś się w nim w centrum wydarzeń. Ludzie na Ciebie spoglądali i to Ty byłeś twórcą sennej wyobraźni…

Film "Incepcja" jest przemyślaną grą wyobrażeń, grą snów, która ma wpłynąć na ludzką podświadomość. Ma zaszczepić w każdym z oglądających chęć rozważań nad istnieniem podświadomości, nad jej celem, sensem. Po obejrzeniu obraza autorstwa Christophera Nolana przychodzi na myśl pytanie: czy moje życie jest kierowane podświadomie? Jeżeli tak – w jaki sposób, jeżeli nie – co wpływa na moje decyzje?

Film trzyma w napięciu od samego początku i wcale nie kończy się ono wraz z ostatnią klatką. To pod wpływem tego napięcia powstały te słowa.

sobota, 18 grudnia 2010

"Cieszę się, że przyszliśmy", czyli słowo po spektaklu

Podobno światopogląd ks. Józefa Tischnera bardzo odpowiada młodym, kreatywnym ludziom. Choć z poglądami tymi się nie zapoznawałem, to jeśli chodzi o spektakl "Filozofia po góralsku" duetu Ireny Jun i Wiesława Komasy, bardzo mi on "leży".

Premiera przedstawienia, opartego na książce ks. Józefa Tischnera pod tym samym tytułem, odbyła się już, bagatela, pięć lat temu w warszawskim Teatrze Studio. Trudno zatem dodać coś, co jeszcze o samym spektaklu nie zostało powiedziane. Muszę jednak powiedzieć, że nie zwykłem pisać recenzji spektakli, raz dlatego, że nie bywam zbyt często na takowych, dwa, że nie uważam, bym posiadał wiedzę by to robić, co w sumie wynika z pierwszego. Mogę jedynie zabawić się w zapisanie własnych odczuć po obejrzeniu spektaklu "Filozofia po góralsku" autorstwa Ireny Jun i Wiesława Komasy.

Wspomniany duet zajął się jednocześnie scenariuszem, reżyserią i odtworzeniem głównych ról. Włączenie do przedstawienia wątku młodej pary góralskiej miało, według mnie, ma celu uteatralnienie filozoficznego rozgadania. To oni, wchodząc na scenę, a raczej mały podest między krzesłami, prezentowali inną formę ekspresji niżeli tylko słowo mówione. Młoda góralka śpiewała, a jej silny głos przeszywał na wskroś. Rozdawała też widzom, wcześniej pokrojony na scenie, oscypek. Jej narzeczony robił wybranym gościom zdjęcia z białym misiem, by na koniec spektaklu wręczyć im ich odbitki. Ta góralska para ubrana była w tradycyjne stroje, co nadawało walory estetyczne. Widzowie, w liczbie zaledwie 60 osób, w pewnym sensie uczestniczyli w spektaklu. Łatwo można było poczuć, że słowa ze sceny kierowane są do każdego z obecnych.

Wszyscy dobrze wiemy, że Tales z Miletu to tak naprawdę Stasek Nędza z Pardałówki. Wszelkie greckie mity i legendy kończyły się tragicznie, a filozofom góralskim zależało na pogłębianiu szczęścia i radowaniu. Z tego właśnie powodu prawdy przez nich głoszone są lepsze i należy się do nich stosować. Tak została przedstawiona jedna z góralskich tez. Aktorzy góralską gwarą i z przejęciem przekonywali, że "cłek jest miarą wszystkiego", czyli "to, co dla ciebie jest dobre, dla mnie jest złe, a co dla ciebie jest złe, dla mnie jest dobre."

Dialog między wiekowym już małżeństwem górali był bardzo autentyczny. Przypominał sposób rozmowy babci, która z przejęciem opowiada o tym, co ostatnio, bądź też lata temu, wydarzyło się na wsi. Filozofia góralska została okraszona dowcipem, co jeszcze bardziej ułatwiało jej przyswajanie. Wyszedłem z kameralnej sali z przeświadczeniem, że warto kochać, cieszyć się każdą chwilą i że lepiej "bardziej być, niż bardziej mieć".

Wychodząc już z samego teatru usłyszałem: "Cieszę się, że zdecydowaliśmy się przyjść". Jestem pewien, że nie była to odosobniona wypowiedź, po obejrzeniu spektaklu "Filozofia po góralsku" w Teatrze Studio. Choć podczas tego czwartkowego wieczoru byłem również na koncercie Hey, trudno jest mi powiedzieć, co mi się bardziej podobało. Wiem jednak, co mnie bardziej "przejęło".

Zdjęcie opublikowane na licencji CC, autorstwa
Małopolskiego Instytutu Kultury.

poniedziałek, 22 listopada 2010

Reggaeneracja po wrocławskim festiwalu One Love

Występy niektórych artystów i konkretne kawałki przez nich wykonywane podczas One Love Sound Fest we Wrocławiu, doprowadzały tłum do apogeum ekstazy, wibracji ciał i całej, gigantycznej hali.

Po kilku godzinach podróży pociągiem w stronę Wrocławia woń marihuany w wagonie już nikogo nie dziwiła. Dredy, jamajskie i rastafariańskie flagi, lew na koszulce i czapki w kolorach rasta. Nieco przymknięte oczy i uśmiech na twarzy. Po siedmiu godzinach, z zaledwie godzinnym opóźnieniem, docieramy do stolicy reggae.

Na ulicach Wrocławia mogliśmy tego dnia zobaczyć wielu kibiców w zielonych bluzach i szalikach. Fani Śląska Wrocław pod spożywczakami posilają się przed meczem lokalnym piwem, znanym zresztą w całej Polsce. Robiąc zakupy w jednym z osiedlowych sklepów zaczepiają nas pytając o ogień. - Nie macie?! Same debile. Widać, że kałamarze, studenciaki.

Atmosfera przed ich świętem jest inna niż przed naszym. Przyjechaliśmy kilkaset kilometrów, by delektować się słodkimi rytmami reggae, roots, dub czy ragga. Nie chwalimy się skąd jesteśmy i nikogo nie zaczepiamy. Dlaczego zaczepiają nas? Odpowiedź brzmi: alkohol. Kibiców zbierało się przed stadionem coraz więcej, paradowali z piwami nie zważając na przejeżdżające obok policyjne radiowozy. To ich święto, to ich dzień.

Tego dnia wydarzyło się jednak we Wrocławiu coś większego. Coś, co każdego roku sprowadza do miasta tysiące osób. Sprowadziło także i nas. Gdy zbliżała się godzina 16, przed Halą Stulecia zbierał się tłum, sporadycznie ktoś pił piwo. Ludzie, mimo wielkiego ścisku tuż przed otwarciem wejść, potrafili okiełznać emocje i nikomu krzywda się nie stała. Co więcej, wśród tych ludzi panowała atmosfera jedności, nie bez znaczenia festiwal to "Jedna Miłość". Powinienem pominąć kwestie "handlu" w samym centrum tłumu przed wejściem, ale nawet to udawało się za pośrednictwem kilku zupełnie nieznajomych osób.

To miejsce było bezpieczniejsze niż rejony stadionu wrocławskiego. Nikt nas nie zaczepiał i po kilku minutach lekkiego ścisku bezpiecznie weszliśmy do środka. A co działo się, trudno opisać słowami. Zwłaszcza to, co działo się w środku grupy fanów pod główną sceną. Występy niektórych artystów i konkretne kawałki przez nich wykonywane, doprowadzały tłum do apogeum ekstazy, wibracji ciał i całej, gigantycznej hali.

Zespół Natural Dread Killaz wielkim uderzeniem zainaugurował festiwal One Love. To na koncert tego zespołu i niemieckiego artysty muzyki reggae, Gentlemana, zjechało się najwięcej fanów. Poza nimi do Wrocławia przyjechało dziewięciu innych artystów, którzy na dwóch scenach rozgrzewali przybyłych w liczbie około 10 tysięcy.

Nie wytrzymaliśmy do występu Vavamuffin, ostatniego tej nocy. Stwierdziliśmy, że skoro ekipa jest z Warszawy, to na pewno kiedyś będziemy mieli okazję pójść na ich koncert. Poza tym mieliśmy pociąg o 5.18. Podróż powrotna minęła jak z płatka, budzeni tylko przez kontrolę biletów wróciliśmy do Warszawy, zmęczeni, ale naładowani pozytywną energią, trochę wyciszeni, ale to pewnie już jutro się zmieni.

Niedziela w naszym warszawskim mieszkaniu jest niezwykle spokojna. Dwójka z nas śpi, pozostali surfują po sieci. W tle brzmią spokojne rytmy reggae, które wczoraj królowało na siódmej edycji festiwalu One Love.

Podsumowując, największy halowy festiwal reggae w Europie uznajemy za niezwykle udany. Szkoda, że nie zwiedziliśmy Wrocławia, w przyszłym roku obowiązkowo musimy poświęcić na ten wyjazd więcej czasu. Mimo braku wspólnego grupowego zdjęcia, jestem pewien, że ten dzień pozostanie w naszej pamięci na zawsze.

czwartek, 19 sierpnia 2010

Bergen op Zoom - zwykłe niezwykłe miasto

W Holandii każde miasto wydaje się być podobne, wąskie uliczki w centrum, podobna architektura osiedli. Jednak nie ma dwóch takich samych miast. Każde ma swoją duszę, niepowtarzalny urok, któremu łatwo ulec. Zapraszam do Bergen.

Sportowy tryb życia to domena Holendrów. W taki pogodny dzień, oczywiście wietrzny, można zobaczyć tu wielu windsurferów.

Miasto to zostało zapamiętane z powodu licznych artystów cyrkowych i innych ludzi zajmujących się występami na jarmarkach.

Bergen oddalony jest o 17 km na zachód od Roosendaalu. Miasto położone jest nad zatoką w Północnej Brabancji.


Zobacz więcej zdjęć w galerii zdjęć w serwisie Wiadomości24.pl

niedziela, 8 sierpnia 2010

Prawdziwie gwiazdorskie miasto

Mimo że jestem w Holandii już ponad dwa miesiące i jest to bodajże mój siódmy raz, to wciąż są tutaj rzeczy, które mnie zaskakują. Dosłownie przed chwilą, szukając miasta, w którym jest niedziela handlowa, natrafiłem na Willemstad w Moerdijk. I choć teraz wybieram się do Bergen op Zoom nad zatokę, to do Willemstad na pewno zawitam, chociażby dlatego, że to iście gwiazdorskie miasto, nie jakiś tam Holiłód, czy coś w tym rodzaju.

Architektura holenderskich miast powala, zresztą spójrzcie sami:


Wyświetl większą mapę

poniedziałek, 5 lipca 2010

Zostałem laureatem III edycji stypendium "Indeks Start2Star"

W ciągu ostatnich dwóch miesięcy w moim życiu wiele się działo. Po pierwsze, w maju pisałem egzamin maturalny, a już 31 maja wyjechałem do pracy do Holandii, w której obecnie przebywam. Po drugie, 30 marca dowiedziałem się, że maturę zdałem, a dzień później, że... zostałem laureatem III edycji stypendium "Indeks Start2Star", którego fundatorem jest Fundacja LC Heart założona przez Leszka Czarneckiego. Zostałem laureatem wraz z 20-osobową grupą tegorocznych maturzystów z całej Polski. Mogą oni liczyć na comiesięczne stypendium nawet przez cały okres trwania studiów, oczywiście spełniając cały czas określone wymagania.

Jak możemy przeczytać na stronie paga.org.pl: "Indeks Start2Star to nowatorski program stypendialny, obejmujący cały, nawet pięcioletni okres studiów. Jego głównym celem jest zapewnienie wybranej grupie najzdolniejszych i najbardziej aktywnych społecznie maturzystów, pochodzących z niezamożnych rodzin, środków finansowych na odbycie studiów."

Ostatnim warunkiem do spełnienia jest dostanie się na studia. Jest to jednak dla mnie cel minimum na najbliższe.. 7 dni. Tak, już 12 lipca wyniki rekrutacji na studia. Trzymajcie kciuki.

Edycja dnia 1.08.10r.: Jestem studentem wymarzonego kierunku - Dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim!

niedziela, 28 marca 2010

Włodzimierz Cimoszewicz: Czy w Polsce potrzebna jest zmiana Konstytucji?

Na kolejnym sobotnim spotkaniu w ramach Akademii Europejskiej Włodzimierz Cimoszewicz wygłosił wykład o zmianach w polskiej konstytucji. Zapraszam do odsłuchania wystąpienia na moim blogu.

Dariusz Rosatii, pomysłodawca Akademii, tak oto opisał m.in. byłego premiera Polski: "Jest to człowiek, który w Polsce pełnił chyba wszystkie ważne funkcje państwowe z wyjątkiem chyba jednej (dwóch - wtrąca W. Cimoszewicz). No tak, jeszcze nie był prymasem. Drugą funkcją, którą nie pełnił tj. prezydentem, choć wszystko na to wskazuje, od kilku miesięcy potwierdzają to sondaże, że gdyby zechciał to najprawdopodobniej by tę funkcję sprawował również. Moi drodzy, Włodzimierz Cimoszewicz jest absolwentem wydziału prawa na Uniwersytecie Warszawskim. Jest doktorem habilitowanym nauk prawnych, jest pracownikiem naukowym Uniwersytetu w Białymstoku ze względu na wybór swojego miejsca zamieszkania. Jest człowiekiem, który w klasie politycznej jest wyjątkowy pod wieloma względami, nie tylko dlatego, że mieszka w środku Puszczy Białowieskiej..." Dlaczego jest wyjątkowy i co Włodzimierz Cimoszewicz myśli o zmianie polskiej konstytucji? Dowiesz się z poniższego wykładu.

Zapraszam do odsłuchania wykładu: Czy w Polsce potrzebna jest zmiana konstytucji? (27 marca 2010):





poniedziałek, 22 marca 2010

Prezydent Kwaśniewski: Miejsce Polski w Europie i na świecie

Choć mało kto o tym wie Aleksander Kwaśniewski były, dwukrotny prezydent, oprócz szerokiej działalności politycznej, ma także za sobą karierę dziennikarską. W sobotę, 20 marca 2010 roku wygłosił swój wykład pt. "Miejsce Polski w Europie i na świecie".

Na wikipedii.pl przeczytamy taką oto menzurkę: Aleksander Kwaśniewski (ur. 15 listopada 1954 w Białogardzie) – polski polityk, z zawodu dziennikarz. Od 23 grudnia 1995 do 23 grudnia 2005 Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej. W okresie PRL działacz Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (od 1977), minister w rządach Zbigniewa Messnera i Mieczysława Rakowskiego. Założyciel Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Polskiej, poseł na Sejm I i II kadencji.

Zapraszam do odsłuchania wykładu: Miejsce Polski w Europie i na świecie (20 marca 2010):





wtorek, 16 marca 2010

Wieje nam pod narty czy może w plecy?

Podczas sobotniego wykładu Tomasza Lisa w ramach Akademii Europejskiej nie mogłem się oprzeć przed zadaniem pytania najlepszemu dziennikarzowi w Polsce.

Moje pytanie brzmiało: Napisał Pan w swojej książce ostatniej "My, naród" takie zdanie: "W Polsce mamy szansę zrobić coś wyjątkowego, złamać stereotypy z przeszłości, dokonać cywilizacyjnego skoku na miarę pokoleń." Mam pytanie czy obecnie są ku temu dobre warunki, czy wieje nam pod narty czy może w plecy i jak nam idzie dokonanie tego skoku?

Jak odpowiedział Tomasz Lis? Odpowiedź możesz odsłuchać poniżej:




niedziela, 14 marca 2010

Tomasz Lis: media wpływają na politykę czy polityka na media?

W sobotę, 13 marca 2010, podczas trzeciego już spotkania w ramach Akademii Europejskiej prof. Dariusza Rosatiego, Tomasz Lis wygłosił swój wykład na temat wpływu mediów na politykę. To wystąpienie można bez wahania uznać za najciekawsze od początku Akademii.

Dziekan Wyższej Szkoły Handlu i Prawa im. Ryszarda Łazarskiego odczytał menzurkę opracowaną na podstawie wikipedii.pl: "
Chciałbym przedstawić pierwszego naszego gościa - Tomasza Lisa - znakomitego i znanego wszystkim dziennikarza. Dorobek i dokonania p. Lisa są znaczące: Tomasz Lis był korespondentem "Wiadomości" w USA, był potem współtwórcą programów informacyjnych "Fakty" w TVN, "Wydarzenia" w Polsacie. Był pomysłodawcą i gospodarzem programów publicystycznych: "Co z tą Polską?" w Polsacie, "Co z Polską" - Agora. Od 25 lutego 2008 roku jest gospodarzem autorskiego programu publicystycznego pod tytułem "Tomasz Lis na żywo" w TVP 2. Tomasz Lis otrzymał również siedem Wiktorów, w tym SuperWiktora w 2006 roku. Trzykrotnie w 1999, 2007 i 2009 otrzymał tytuł Dziennikarza Roku. Był laureatem konkursu Telekamery 2002 i Telekamery 2006. (otrzymując nagrody za "Fakty TVN" i "Co z tą Polską?") a także Nagrodę Kisiela 2005. Był trzykrotnie nominowany w Plebiscycie MediaTory: Studenckie Nagrody Dziennikarskie: w 2007 w kategorii AuTORytet oraz w roku w kategoriach NawigaTOR (za udowodnienie, że rzetelne dziennikarstwo i prawdziwą publicystykę można uprawiać na najwyższym poziomie bez względu na medium) i ProwokaTOR (za powrót do TVP – miejsca pracy, w którym zaczynał i które wielokrotnie krytykował)."

Temat wykładu: Wpływ mediów na politykę. 13 marca 2010:
Wykład Tomasza Lisa:







Autorem zdjęcia jest Adam Stępień.