niedziela, 7 grudnia 2008

Dziennikarzu obywatelski, kupuj lokalne gazety!

Nie, to nie jest reklama gazet. Wręcz przeciwnie. Jeżeli piszesz o wydarzeniach lokalnych powinieneś wiedzieć, co pojawia się na stronach gazet wydawanych w Twoim mieście. Dlaczego?
Wyrównaj z obu stron
Z prostego powodu. Mogą to być Twoje teksty! Dziennikarze lokalni mają niechlubny nawyk kopiowania tekstów na strony swojej gazety. Jedyne, co może ich usprawiedliwić to zarobki, marne zarobki, które na pewno nie motywują do wytężonej pracy i pisania autorskich tekstów. Łatwiej przecież jest skopiować albo napisać tekst na podstawie tekstu innych. Nie jest to oczywiście reguła. Nie wszyscy dziennikarze tak robią, ale warto wiedzieć, że tacy są. Żeby nie być gołosłownym przytoczę moje przygody z gazetą z mojego miasta. Do tej pory nie miałem nawyku sprawdzania, co też pojawia w tych gazetach i czy przypadkiem nie ma tam mojego tekstu.

Za pierwszym razem tekst pokazał mi kolega. Był prawie identyczny jak mój, dopisano jedynie wypowiedź trenera. Od razu skontaktowałem się z redakcją Wiadomości24.pl. Pamiętajcie, że redakcja w takich sytuacjach reaguje wręcz natychmiastowo. Już pod koniec tego samego tygodnia na redakcyjnym biurku owej gazety wylądował list od prawnika Polskapresse, który opisywał całą sprawę. W tym przypadku okazało się jednak, że to trener chłopaka, o którym jest tekst, wysłał artykuł do redakcji. Trener proponował zadośćuczynienie. Jako, że znam wszystkich bohaterów tekstu, a nawet jeden z nich to mój brat, nie chciałem przyjąć oferowanych mi pieniędzy. Zaproponowałem, że chłopaki dostaną darmowy miesiąc ćwiczeń w siłowni prowadzonej przez trenera. Uf, obyło się bez nazwisk.

Druga sytuacja zdarzyła się całkiem niedawno. Dziennikarz obywatelski z Ostrowca Św. pisujący dla Wiadomości24.pl zasygnalizował mi, że tekst, który pojawił się we wtorek, jest łudząco podobny do mojego. "Te same określenia, wątki, układ zdarzeń itp. Przypadek?" - opowiadał DO. Sprawdziłem. I rzeczywiście. Tekst jest bardzo podobny do mojego, ale jeżeli przyszłoby udokumentować sprawę to niestety, ale nie mogę jednoznacznie stwierdzić: ukradli mi tekst. Tekst się różni, jest krótszy, trochę dodali od siebie. Jednak, jak zauważył kolega, układ zdarzeń i wątki są identyczne. Powtórzę zatem za nim: przypadek?

Tym razem nie walczyłem o swoje, bo emocje moje ostudził redaktor Wiadomości24.pl mówiąc: - Tym razem byli mądrzejsi i nie przepisali artykułu słowo w słowo. Nie ma jak ich "ugryźć", bo Ci odpowiedzą, że po prostu - tekst jest podobny, bo Ty i reporter gazety byliście na tym samym wydarzeniu, więc nic dziwnego, że materiały są trochę podobne.

Bardzo ciężko byłoby udowodnić winę redaktora gazety. Warto jednak wiedzieć, że takie praktyki są stosowane, wtedy na pewno zmieni się Twoje zdanie o redaktorach w Twoim mieście.

Drodzy Dziennikarze Obywatelscy piszący lokalnie, kupujcie lub przynajmniej przeglądajcie gazety wydawane w Waszych miastach! Może się okazać bowiem, że jesteście niezatrudnionymi pracownikami lokalnej prasy.


wykorzystane zdjęcie (na górze) jest autorstwa Pameli Machado i jest wykorzystane na licencji Creative Comonns.

wtorek, 25 listopada 2008

Bezpośredni Sapkowski kontra napalczywi czytelnicy

Dzisiaj w Biurze Wystaw Artystycznych w Ostrowcu o godzinie 16 doszło do starcia pomiędzy autorem i czytelnikami. Narzędziem było słowo. Po jednej stronie barykady Andrzej Sapkowski, po drugiej żądni wiedzy czytelnicy.

A pytali o wszystko. Byli dokładni i szczegółowi. Andrzej Sapkowski nie mógł opędzić się od dociekliwych pytań, często pointował je śmieszną anegdotką, która rozbawiała tłumnie zebranych. Fani wybitnego artysty wreszcie mogli dowiedzieć się wielu rzeczy o samym artyście, dowiedzieli się, że jest zwykłym człowiekiem, zabawnym, trochę gubiącym się w tym, co mówi, ale potrafiącym się z tego śmiać, na pewno oczytanym i mądrym.

Czego dowiadujemy się od autora pięciotomowej sagi o przygodach Wiedźmina? Na przykład tego, że pełnometrażowy film, który powstał (rzekomo) na podstawie jego książki, powstał tak naprawdę na podstawie komiksu. Ludzie, którzy tworzyli ten film nie czytali książek i nie pofatygowali się nawet, aby skonsultować cokolwiek z samym autorem. W przeciwieństwie do autorów gry komputerowej, którzy wypytywali np. o mapę gry, o nazwy własne itp. Dowiedzieliśmy się, że za pierwsze opowiadanie Sapkowski dostał 200 zł, że dobre opowiadanie piszę się nawet pół roku i marne są z tego pieniądze. Dlatego pisał książki, a że okazały się wyśmienitym fantasy, to nic tylko dziękować Bogu.

Skąd czerpie inspiracje i pomysły? Z głowy. Z niczego więcej. Pisząc zamyka się w pokoju ze swoimi źródłami i nikt nie może mu przeszkadzać. Czasem w podróży lub podczas wakacji czyta teksty i poprawia. Czy cechy bohaterów były cechami otaczających go osób? - Nie, nikogo nie parodiuje, nie karykaturuję, to wszystko rodzi się tu. - wskazuje palcem na głowę Sapkowski. Na pytanie o najbardziej udaną książkę według niego samego, odpowiada: - Czyli, że mam powiedzieć, która z moich brzydkich córek jest najładniejsza? Nie, nie robię rankingów.

Jak sam tłumaczy, dla nas jego książki to piękne opisy przyrody, chwytające za serce przygody, ciekawe i intrygujące sytuacje, zachody słońca, bohaterowie, jednak dla niego to są tylko literki. Literki, które składa w wyrazy, wyrazy w zdania, a zdania w konkretny tekst. Dla niego to materiał, dla nas produkt, jakże wyśmienitej jakości!

Sapkowski, jak sam powiedział, nie napisał jeszcze najlepszej książki. Jednak każda wydana pozycja, każde tłumaczenie, nawet każde spotkanie z czytelnikami sprawia mu przyjemność i radość. W swoich wywodach jest bezpośredni i dosadny. Jeżeli ma powiedzieć, że czegoś ma dość, zapewne bez pardonu powie, że czymś rzyga.

Na koniec został zapytany, jak to zwykle bywa na spotkaniach autorskich, o to nad jakim dziełem obecnie pracuje i kiedy możemy się go spodziewać w księgarniach. - Nie powiem, bo ukradną mi pomysł. Taki jest teraz rynek. - odpowiada na ostatnie z wielu pytań zadawanych zarówno przez młodych, jak i starszych czytelników. Wiemy jednak, już nie od Sapkowskiego, że jest to powieść fantasy, której akcja toczy się podczas II wojny światowej. Zapowiada się ciekawie.

sobota, 15 listopada 2008

Miłość, wolność, śmierć - Węgry w filmie Krisztina Goda

W Ostrowcu Świętokrzyskim odbywają się Spotkania Filmowe. Do grona emitowanych filmów należy węgierski melodramat historyczny "1956 Wolność i Miłość" w reżyserii Krisztina Goda. Film dla Węgrów ma takie same znaczenie jak dla nas "Katyń".

W czerwcu 1956 roku w Poznaniu ogłoszono pierwszy w PRL strajk generalny. Zapoczątkowany przez pracowników Zakładu Przemysłu Metalowego H. Cegielski Poznań, przekształcił się w powstanie Wielkopolan, nazywane przez historyków powstaniem poznańskim. Wówczas było ono bagatelizowane, a rola i znaczenie powstania nagminnie umniejszane. Z rąk milicji, wojska i funkcjonariuszy UB ginęli ludzie, którzy pragnęli wolnej Polski. Powstanie w Poznaniu zmotywowało rewolucjonistów węgierskich do działań narodowowyzwoleńczych. W stolicy wielkopolski zginęło jednak tylko 70 powstańców. Tylko, w porównaniu z 2,5 tysiącami zabitych Węgrów. Rewolta Węgierska wybuchła 23 października 1956 roku, wzniecona została przez studentów politechniki w Budapeszcie. Zaczęło się od manifestacji poparcia dla powstańców w Polsce, jednak przerodziło się to w bunt społeczeństwa. Setki tysięcy ludzi zgromadziło się pod pomnikiem Bema, by odczytać swoje żądania i demonstrować sprzeciw dla komunistycznych rządów radzieckich na Węgrzech. Później zaczęła się walka...

Tło historyczne, na którym opiera się film w adaptacji węgierskiego reżysera Krisztina Goda, zostało przedstawione bardzo realistycznie. Dla Węgrów film ten ma takie znaczenie, jak dla nas, Polaków, film "Katyń" Andrzeja Wajdy. Na początku, jego akcja toczy się w dwóch różnych miejscach. Wśród studentów-rewolucjonistów, którzy pragną, czerpiąc wzór z Polaków, walczyć z Czerwoną Gwiazdą by odzyskać wolność narodu oraz wśród waterpolistów reprezentacji Węgierskiej. Viki Falk, w której rolę wcieliła się Kata Dobó, to studentka, przywódczyni rewolucji na Węgrzech. Karcsi Szabó (Iván Fenyö) to czołowy waterpolista reprezentacji Węgier. Wspólny przyjaciel złączył ich losy, wymienili się pierwszymi spojrzeniami, a ogień miłości już zaczął się palić. Choć początkowo Karcsi wahał się, nie wiedząc czy rzucić (jak się okazało później tylko na okres powstania) reprezentację i przygotowania do zbliżającej się Olimpiaday, na rzecz idei rewolucji, a co za tym idzie uznania w oczach Viki. Ogień w ich sercach nie zgasł do końca. Podczas walk, akcji wyzwoleńczych, strzelanin, pułapek byli obok siebie.

Gdy po prawie trzech tygodniach walk z UB i wojskami radzieckimi, w których zginęło 2 500 Węgrów i jeszcze więcej było rannych nadszedł czas na Olimpiadę. Pomimo, że wcześniej Karcsi opuścił drużynę, pozwolono mu wrócić. Wrócił i on, jak i cała reprezentacja, pokazał klasę w Melbourne, gdzie zwycięstwo w finale nad Rosją jest do dzisiaj symbolem swego rodzaju zwycięstwa, choć nie na polu bitwy.

Reżyserzy i scenarzyści tego filmu doskonale wiedzieli, że sport, walka narodowowyzwoleńcza i miłość to idealne połączenie, które poruszy serca wielu ludzi, nie tylko Węgrów. Moje poruszył. A twoje?

środa, 5 listopada 2008

Wyprawa rowerowa, czyli zobaczyłem to z bliska

W ostatnią niedzielę pokonałem na rowerze ponad 40 kilometrów. Zwykła przejażdżka pozwoliła mi dojść do pewnych wniosków o mojej okolicy. Uwierzcie, brak dróg rowerowych naprawdę doskwiera, ale widok jaki ujrzałem zrekompensował wszystko.

Pierwsza niedziela listopada, promienie jesiennego słońca rozjaśniały złociste konary drzew. Piękne krajobrazy i ciekawe zabytki. Tak! Tak właśnie wyglądało miejsce, do którego wyruszyłem i to zaledwie 20 kilometrów od mojego miasta.

Zanim jednak dojechałem na miejsce (tak, zaraz napiszę jakie miejsce) musiałem pokonać dość trudną drogę. Jadąc głównie po ulicy obawiałem się, czy mnie zaraz jakieś auto nie trzaśnie, albo czy przejeżdżający tir nie zdmuchnie mnie gdzieś na pobliskie drzewa. Obyło się jednak bez tego.

Z przykrością stwierdzam, że przez całą trasę po drodze przeznaczonej dla rowerów jechałem zaledwie 50 metrów! W stolicy naszego państwa, Warszawie, łączna długość dróg rowerowych wynosi... 100 km. Warto zwrócić uwagę na fakt, że w Amsterdamie przy większości ulic jest wyznaczony specjalny pas dla rowerów, a około 30 proc. całego ruchu odbywa się na rowerach. W Polsce jeszcze długo, długo tak nie będzie.

Dobra, przebrnąłem jakoś przez te trudne kilometry. Wszystko po to, by ujrzeć wspaniały widok. Co prawda jest to widok na powstały w 2005 roku zbiornik retencyjny na rzece Świślinie, w Górach Świętokrzyskich, ale w jesiennej szacie i wśród promieni słońca wyglądało to wspaniale. A wkoło parkingi, zadbane ławki, nowa droga, a sama zapora europejskiej jakości.

Zaledwie dwa kilometry od zapory znajduje się miasteczko Kałków, którego nie mogłem nie odwiedzić. O Kałkowie pisał już w 1578 roku Jan Długosz, pomimo tego, że zajmował on teren zaledwie "ośmiu łanów kmiecych". W czasie II wojny światowej stacjonował tutaj niemiecki oddział kawalerii. Jednak nie z tego słynie Kałków. W latach 80. XX wieku powstało tu sanktuarium pod wezwaniem Matki Boskiej. Na jego terenie powstała wysoka na 33 metry Golgota, w której teraz znajdują się kaplice m.in. górników, członków Solidarności, leśników. Oprócz Golgoty, na terenie sanktuarium znajduje się Dom Jana Pawła II, Grota Lourdzka, która została zbudowana z głazów skalnych w artystycznym założeniu jej projektanta, brata Felicissimusa z Niepokalanowa oraz Droga krzyżowa - zespół czternastu stacji wzniesionych według artystycznego projektu Haliny Tobiasz, zakonnicy ze zgromadzenia sióstr Służek.

Ostatnio zbudowano również... zoo. Tak, na terenie sanktuarium znajduje się mini zoo, w którym zobaczyć możemy dziki, pawie, lamy, emu, osły, sarenki, różne antylopy i przedziwne kury. W Kałkowie znajduje się również kompleks mieszkań dla ludzi starszych oraz Dom Pielgrzyma. To dużo jak na jedno miasteczko, w którym mieszka kilkaset osób.

Jak widać warto czasem wyciągnąć z piwnicy zakurzony rower i wybrać się na przejażdżkę po okolicy, podczas której na pewno odkryjemy wiele miejsc, o których do tej pory w ogóle nie wiedzieliśmy. Poza tym porządnie się dotlenicie i zrzucicie zbędne kalorie. Ja swoje już zrzuciłem.

Zobacz galerię zdjęć z przejażdżki.

niedziela, 26 października 2008

Lamb, czyli jak wzruszyć każde serce

Zespół Lamb to brytyjska grupa trip-hopowa, która powstała w 1996 roku w Manchesterze. Zespół tworzy duet: Andy Barlow i Lou Rhodes.

Lamb zdecydował się na połączenie lirycznej wokalistyki z solidną produkcją ambientową.
Barlow i Rhodes udowodnili światu, iż muzyka elektroniczna może mieć romantyczną twarz. Zespół nagrał do tej pory 7 płyt, wydając ostatnią "Lamb Remixed" w 2005 roku.

Po nagraniu drugiej płyty zespół przeżywał chwilowy kryzys. Podniósł się by nagrać przełomową płytę "What sound", z której to pochodzi niekwestionowany hit, jakim jest kawałek "Gabriel". Subtelna, delikatna i jakże wzruszająca nutka o miłości.. Zresztą przesłuchajcie sami:




poniedziałek, 13 października 2008

Polemika z Tomaszem Lisem

Poniżej zamieszczam trzy fragmenty książki Tomasza Lisa "My, naród", na które postaram się odpowiedzieć argumentami "na nie" postawionej przez Lisa tezie.

Pierwszy fragment, (wyrwany nieco z kontekstu): "W przypadku społeczeństwa obywatelskiego ponownie bokiem wychodzi nam to, że niemal zupełnie sobie nie ufamy.Wyróżnikiem współczesnej Polski pewnie w większym stopniu niż tradycyjna polska gościnność jest tradycyjna polska nieufność. (...)"

Odpowiedź: Jeśli chodzi o pierwszy fragment, to dość łatwo jest dobrać argumenty, które oczywiście obalą wyrwaną z kontekstu tezę. Potrafimy być mili, a z gościnności słyniemy. Nie udawanej, lecz prawdziwej. Czasem gościnność miesza się z nieufnością (bo przecież tyle złego w tv) i pewnie stąd wrażenie, że nieufność staje się tradycją. Argumenty? Na ten moment przypomina mi się artykuł p. Jadwigi Kowalczyk, która wpuściła na szklankę wody zmęczonego wędrowca z TP, pomimo, że wcześniej nachodziło ją wielu innych z jego firmy i nachalnie proponowało nową, ponoć lepszą, ofertę. Zatem gościnność górą. Przykład z dzisiaj, spotykają się dwie panie:
- O cześć! Co tam?
- W porządku, idę na autobus.
- Wiesz co, my jedziemy do sklepu i później od razy do domu. Zabierzesz się z nami?
- Chętnie!

Pan też opowiadał, co miłego spotkało go na ostatnich wakacjach w USA. Panie Tomaszu, w Polsce też jest miło.


Druga myśl: "Złe rządy, złe drogi, piłkarze kiepsko grają, pogoda pod psem, ceny rosną, w telewizji na święta nic porządnego nie dają - taka standardowa polska litania, malkontenctwo a la polonaise. Coś w tym jest, bo przyjeżdżającym do Polski obcokrajowcom, w każdym razie tym, którzy jeszcze nie zdążyli się przejechać po naszych drogach, w oczy rzucają się od razu dwie rzeczy. Tylu ludzi milkliwych, ponurych, a w rozmowie najczęściej tylko narzekają i mówią co im nie wyszło, co im nie wychodzi albo co im na pewno nie wyjdzie. (...)

Odpowiedź II: Drogi są coraz lepsze, wystarczy trochę pojeździć po Polsce. Co prawda wolno to się wszystko poprawia, ale poprawia. Piłkarze kiepsko grają? Nie zawsze. Potrafią zaskoczyć, co udowodnili np. w sobotę. Oby tak dalej. Pogoda ostatnio całkiem dobra. Jutro może popadać przelotnie, ale damy radę. Jak widać, punkt widzenia, zależy od punktu siedzenia. Różne spojrzenie mają ludzie na różne aspekty życia. Są tacy, którzy potrafią się cieszyć ze zwykłych rzeczy: udanych zakupów, ładnej pogody, uśmiechu dziecka etc. Może ta szara stolyca tak na Pana wpływa albo za dużo ogląda Pan telewizji? Tam puszczają tylko złe newsy, bo to się lepiej sprzedaje, sam Pan wie. Jeżeli ktoś narzeka, że aż się nie da słuchać, to może.. trzeba mu o tym powiedzieć?

I trzecia myśl: "Polsce potrzebna jest propaganda sukcesu. Nie nachalna, ordynarna i fałszywa propaganda jaką serwowano nam w czasach Gierkowskich, która z kraju żyjącego na kredyt uczyniła dziesiątą potęgę gospodarczą świata. Potrzebujemy tej propagandy w podwójnym sensie. Propagandy gigantycznego, fantastycznego sukcesu, który odnieśliśmy w 1989 roku i później oraz propagandy sukcesu jako pojęcia, wartości, celu, do którego trzeba i warto dążyć.

Odpowiedź III: W Polsce nie jest potrzebna propaganda sukcesu. Wiele już było obiecanek-cacanek i budujących słów. Mówiono o budowie drugiej Irlandii, Japonii, czy Szwajcarii w Polsce. A u nas wciąż to samo. Sukces może i był. Jednak zamiast siać propagandę sukcesu niech dzieci uczą się dokładnie o tym, niewątpliwie ważnym wydarzeniu w szkołach i niech budowana będzie w nich postawa dumnego Polaka, znającego swoją historię i z rozsądkiem patrzącego na świat.

Poza tym, potrzeba nam "dobrych mediów". By nie emitowali tego co się sprzedaje, ale to co jest ważne i budujące. Że nie tylko się zabijają, ale i leczą, że nie tylko niszczą, ale i budują. U nas szala na tej wadze, zdecydowanie chyli się ku jednej stronie.
Kilka miesięcy temu w Rumunii wprowadzono nakaz dla serwisów informacyjnych, aby połowę czasu emitowano wiadomości dobre, a drugą połowę te złe. Brzmi niby dość sarkastycznie, ale gdyby się tak głębiej zastanowić...

zdjęcie pochodzi ze strony fotografia.wordpress.com

środa, 8 października 2008

Pierwszy krok w stronę poprawy naszej angielszczyzny

Telewizja Publiczna robi pierwszy krok. Wczoraj ruszył serial emitowany z oryginalną angielską ścieżką językową i polskimi napisami - "Nie ma to jak hotel".

Mam nadzieję, że inicjatywa z jaką wyszła Dwójka zachęci inne stacje do emitowania seriali i filmów z oryginalną ścieżką dźwiękową i jedynie polskimi napisami.

"Nie ma to jak hotel" (oryg. "The Suite life of Zack and Cody") to amerykański serial familijno-komediowy, opowiadający o perypetiach zwariowanej rodzinki. Będzie on emitowany od poniedziałku do czwartku na antenie TVP 2 o 17.30.

Anegdotka na koniec. Z książki Lisa of course, skoro ostatnio jesteśmy w tym temacie: rzecz dzieje się w USA. Korespondent faktów TVN, Tomasz Lis, zauważył, że reporter stacji telewizyjnej z Norwegii nie tłumaczy swojej rozmowy z jakimśtam politykiem. Podchodzi po chwili i pyta.
- Rozumiem, że od razu dajecie napisy pod rozmową?
- A po co? U nas wszyscy to zrozumieją.

Norwedzy umieją bardzo dobrze angielski. 80 kilka procent filmów i seriali jest emitowanych z oryginalną (przeważnie angielską) ścieżką dźwiękową. Daje do myślenia.

sobota, 4 października 2008

Obszerny wywiad z Tomaszem Lisem

W siedzibie wiadomości24.pl przeprowadziłem wraz z innymi dziennikarzami obywatelskimi (Katarzyna Pucek, Marcin Majewski, Sebastian Grodecki, Jakub Zalewski i Mateusz Max Maksiak - foto) wywiad z Tomaszem Lisem w związku z premierą książki "My, naród", do której wstęp możecie przeczytać w poprzednim poście. Rozmowa toczyła się również na inne tematy takie jak: polityka, internet, prasa, telewizja, kariera dziennikarska Tomasza Lisa. Rozmowa w rzeczywistości trwała aż 2 godziny, po montażu i tak zajmuje, w dwóch częściach, godzinę i 15 minut. Wszystko możecie obejrzeć w serwisie wiadomości24,pl:

Pierwsza część wywiadu.

Druga część wywiadu.

Zapraszam do oglądania.

wtorek, 30 września 2008

Tomasz Lis - My, naród

4 października ukaże się w księgarniach najnowsza książka Tomasza Lis pt. "My, naród", w której jeden z najlepszych polskich dziennikarzy i publicystów zastanawia się, co My jako Naród możemy zrobić w sprawie polskiej.

Oto wstęp do owej książki:

Na pomysł napisania tej książki wpadłem w Chinach, w 2007 roku, w czasie spotkania Młodych Globalnych Liderów (dość pretensjonalna nazwa, przyznaję). Młodzi ludzie z całego świata, którzy już zdążyli osiągnąć sukces w biznesie, w działalności charytatywnej czy w mediach, przyjechali tam, by zastanawiać się, co właśnie oni mogą zrobić, by pomóc rozwiązać niektóre problemy świata. Całe towarzystwo podzieliło się na podgrupy, by wypracować jakieś rozwiązania, a to w sprawie głodujących dzieci w Afryce, a to w sprawie dostępu do edukacji w krajach Trzeciego Świata, a to w sprawie dystrybucji komputerów za 100 dolarów. Było to imponujące, bo większość zebranych stanowili milionerzy albo multimilionerzy, od założyciela Wikipedii, przez wiceszefa Google’a, po wiceprezydenta nowojorskiej giełdy, a wszyscy nie żałowali czasu i energii, by zmierzyć się z problemami, które, dokładnie rzecz ujmując, w najmniejszym stopniu nie były ich problemami. Jest w Ameryce takie sformułowanie, określające część motywacji ludzi próbujących się zmierzyć z problemami większymi niż oni sami – to make the difference – uczynić różnicę, krótko mówiąc, sprawić, że w kwestii X, Y czy Z coś się ruszy, choćby o parę centymetrów. Młodzi, a ściślej mówiąc, jeszcze młodzi ludzie, przyjechali do Dalian w Chinach właśnie po to, by „uczynić różnicę”. Pełen szacunku dla nich wszystkich pomyślałem wtedy jednak, że zanim zajmę się problemami globalnymi, chciałbym spróbować zmierzyć się z problemami lokalnymi, naszymi, polskimi.

W 2003 roku napisałem książkę "Co z tą Polską?" Pisałem o tym, co trzeba zrobić w naszym kraju, byśmy naprawdę ruszyli z kopyta. Prawdę mówiąc, pisałem jednak głównie o tym, co powinni zrobić politycy. I co? Niewiele, niemal nic. Po tych pięciu latach mam więc głębokie przekonanie, że stratą czasu jest pytanie, co politycy powinni zrobić dla nas. Wolę zapytać, co my sami powinniśmy zrobić dla siebie. Bo jeśli spadło bezrobocie, to dzięki zaradności, przedsiębiorczości i pomysłowości Polaków, a nie dzięki państwu. Coś się więc udało raczej mimo państwa, a nawet wbrew państwu niż dzięki niemu. Stop. Dobry moment, by wyciągnąć z tego wnioski. Otóż to, co w Polsce ma sens i ma przyszłość, dzieje się raczej dzięki obywatelom niż dzięki politykom, a więc jeśli chcemy, by zmieniło się jeszcze więcej, dużo więcej, powinniśmy się do roboty wziąć sami, sami odrobić zadanie domowe.


Była w 1980 roku taka wspaniała wystawa w krakowskim Muzeum Narodowym – Polaków portret własny. Przed muzeum stały ogromne kolejki. Najwyraźniej odczuwaliśmy głęboką potrzebę, by przejrzeć się w lustrze. Nie po to, żeby się przekonać, jacy wspaniali jesteśmy. Raczej po to, by odpowiedzieć na pytanie, jacy byliśmy, skąd jesteśmy, dlaczego jesteśmy, jacy jesteśmy i co zrobić, by, jakby powiedział Jan Paweł II, odmieniło się „oblicze ziemi, tej ziemi”. Wystawa była przebojem zimy 1980 roku. Kilka miesięcy później narodziła się Solidarność. Dziś o pomyśle podobnej wystawy nic nie słychać, ale mam wrażenie, że gdzieś w powietrzu krążą na nowo zadawane pytania: skąd jesteśmy? kim jesteśmy? w jakim punkcie jesteśmy? dokąd powinniśmy iść? Taki nasz nowy Polaków portret własny. Portret, który pozwoliłby nam odpowiedzieć na pytanie, jakim jesteśmy społeczeństwem, gdy już możemy być takim społeczeństwem, jakim chcemy; jak dziś wykorzystujemy olbrzymią historyczną szansę, którą dostaliśmy; czy rację mieli wieszczowie, którzy uważali, że jesteśmy wielkim narodem, ale żadnym społeczeństwem; czy rację mają ci, którzy mówią, że jesteśmy zasługującym na szacunek narodem niezbyt zasługujących na szacunek jednostek – wspaniałym narodem kiepskich, małych ludzi.

Jeśli daliśmy coś światu poza podobno czysto polskim wynalazkiem widelca, to było tym czymś słowo „Solidarność”. To przecież my nadaliśmy mu konkretny wymiar. Jedno z najpiękniejszych słów, i jeszcze tak pięknie solidarycą pisane. Ale, ośmielam się twierdzić, właśnie test solidarności przegrywamy z kretesem. Wielki Polak, pewnie największy z Polaków, mówił w swej słynnej homilii: „Solidarność to znaczy zawsze jeden z drugim, nigdy jeden przeciw drugiemu”. No to kiepsko wypadamy w skoku przez tak stawianą poprzeczkę. Bo u nas frazesów bez liku, odwołań do Solidarności i solidarności ile dusza zapragnie, a w praktyce? Za grosz nie mamy do siebie zaufania i że pod względem wzajemnej nieufności absolutnie przodujemy wśród państw cywilizowanych. Nie lubimy ani siebie, ani siebie nawzajem. Mamy tonę kompleksów, które odreagowujemy w formie niechęci i agresji wobec innych. Żadna niespodzianka. Cóż, często bywamy bardzo niefajni, obcy dla siebie, a czasem dla siebie podli. Podkreślam – bywamy. Bo obok polityków troglodytów jest jednak w naszej polityce grupa ludzi poważnych, bo obok draństwa jest masa altruizmu i dobroci, bo obok medialnego bandytyzmu (obcokrajowiec Beenhakker mówi, a ja nie mam argumentów, by z nim polemizować, że 30 procent polskich mediów zajmuje się wyłącznie rozpowszechnianiem kłamstw – rozumiem tylko, że owe 30 procent, to przez grzeczność) jest też masa przykładów dziennikarstwa z klasą, że obok ludzi i sytuacji świadczących o naszych kompleksach jest też multum przykładów, że z kompleksami sobie radzimy, wyrzucając je na śmietnik, bo obok ludzi karmiących się zawiścią są miliony Polaków, które wzięły i biorą swój los w swoje ręce, podejmują wielkie ryzyko i zwykle wygrywają.
Zamiast więc załamywać ręce, bo jest tak strasznie, wolę odnotować, jak wiele nam się udało, jak wielu ludzi każdego dnia pokazuje, że potrafią wykorzystać swą szansę, jak bardzo nieuzasadnione są nasze kompleksy. Nie chcę tu serwować ani czarnej propagandy, ani propagandy sukcesu, choć kilka rozdziałów dalej będę czytelników przekonywał, że racjonalna propaganda sukcesu bardzo by się nam przydała. Padnie tu wiele bardzo gorzkich słów, ale wierzę, że jest w niej też wiele rzeczy pokrzepiających, nie z prozy wziętych – czy w prozie ujętych – ale z życia. I nie mam ochoty bawić się w buchalterię – na każdy przykład czegoś złego jeden przykład czegoś dobrego. Piszę o tym, co złe, i o tym, co dobre, by pokazać, że naszej jaźni, naszej postawy, naszego stanu umysłu nie da się sprowadzić do jakiegoś prostego wzoru. Piszę o tym, co dobre, by udowodnić, że czarnowidztwo nie jest uzasadnione, a piszę o tym, co złe, bo wciąż do wykonania mamy wielką pracę.
Dziś wyjechać z Polski jest tak łatwo jak nigdy. A przecież jakoś, nie tylko ze strachu przed nowym, wyjeżdżać nie chcemy (powiedzmy – większość nie chce), przecież w głębi serca, wcale nie na jego dnie, jest w nas wiara, że możemy być fajnym społeczeństwem żyjącym w fajnym kraju, jest w nas przekonanie, że nie mamy powodów do wstydu (no parę by się znalazło), ale mamy wiele powodów do dumy, że naprawdę jesteśmy w stanie odrobić naszą narodową pracę domową, czyniąc Polskę lepszą i nasze życie lepszym. Czasem ta wiara zderza się z naprawdę mocnymi argumentami, naprawdę uderzającymi faktami, ale nic nie poradzę – wierzę w nas. Coś tam złego pewnie po przodkach dziedziczymy, pewnie nawet niemało, ale już pokazaliśmy, że potrafimy ciężką pracą obalić parę antypolskich stereotypów. Dziś, prawie 20 lat po odzyskaniu własnego państwa, nie piszą już nigdzie o polnische Wirtschaft, polskiej dziadowskiej gospodarce. Nikt już nie mówi o narodzie leni i nieudaczników. Nikt nie mówi, że dla Polaków można coś zrobić, ale z Polakami nie, a sami Polacy dla siebie to już absolutnie nie. Ale nic za darmo, nic na skróty, wysiłku z naszej strony trzeba jeszcze wielkiego. Pot, krew i łzy? Dzięki Bogu już bez krwi, może z paroma łezkami, ale z całą pewnością z hektolitrami potu.
W chińskim Dalian pomyślałem sobie, że trzeba Polsce programu „Polska na tak”, a właściwie „Polacy na tak”. Hasło łatwo obśmiać, przypominając trenera naszej narodowej reprezentacji, który głosił hasło „futbol na tak”, po czym pojechał z piłkarzami na mistrzostwa świata i dostał tęgie lanie. Hasło nie było jednak złe, tylko wykonawstwo fatalne. A więc „Polacy na tak”. Co to znaczy w praktyce? Może na początek pozornie małe rzeczy i guzik mnie obchodzi, że zaraz od tego i owego usłyszę, że to banalna wyliczanka, że to rzeczy nieważne. One są niezwykle proste i niezwykle ważne. Życzliwość wobec sąsiada, uprzejmość wobec nieznajomych, nieprzypisywanie ludziom z założenia jak najgorszych motywacji, niedoszukiwanie się w czyichś działaniach zwykle nieistniejącego drugiego i trzeciego dna, pozytywne myślenie o sobie, o nas, o tym, co przed nami, duma, która nie jest w żaden sposób tożsama z poczuciem wyższości wobec innych, ani nie jest też banalną odruchową reakcją na odczuwane przez wielu poczucie niższości.
Co zrobić, by nie tylko „Polska rosła w siłę i ludzie żyli dostatniej” (to też), ale przede wszystkim, by nam tutaj, na tych ponad 320 tysiącach kilometrów kwadratowych, było naprawdę wygodnie? Byśmy dobrze się czuli w swojej skórze i w swoim kraju, ale też byśmy, świadomi własnej wartości, spokojnie stanęli do globalnego wyścigu, w którym organizacja, struktura, porządek, wspólnota zawsze odniosą zwycięstwo nad egoistycznym indywidualizmem i zwykłym egoizmem? Słyszę już tego i owego, że z naszym charakterem narodowym daleko nie zajedziemy. Ten i ów nie ma racji. Bo z tym niby-skazującym nas na klęski wszelakie charakterem narodowym jesteśmy w najlepszym punkcie naszej historii. A jeśli, jako się rzekło, odrobimy narodowe zadanie domowe, będziemy w punkcie jeszcze lepszym. Gdy to się uda, wtedy spokojnie powiemy, że nie zawiedliśmy ani tych, którzy nam wywalczyli wolność, ani tych, którzy przyjdą po nas. To jest nasze zadanie – make the difference, uczynić różnicę, dać w sztafecie pokoleń dobrą zmianę, przekazać sprawy innym w poczuciu, że naprawdę zrobiliśmy swoje. Tylko tyle. Aż tyle. W tym celu musimy jednak naprawdę wnikliwie spojrzeć w lustro i podjąć próbę odpowiedzi na pytanie już nie „co z tą Polską”, ale „co z nami, Polakami”.
Sęk w tym, że większość w naszej polityce stanowią nie ci, którzy idą do niej, bo im się coś w życiu udało, ale ci, którzy trafiają do niej, bo nigdzie nic im się nie udało, a chcieliby, by bez ryzyka udało im się w życiu cokolwiek. Do tego system polityczny jest hermetyczny, zawłaszczony przez tych, co już w układzie są, i choć toczą oni ze sobą gorszące potyczki, w gruncie rzeczy są naturalnymi sojusznikami, którzy zjednoczą się, gdy ktokolwiek będzie próbował do tego systemu wejść i reguły w nim obowiązujące zmienić.
Dajmy im jednak spokój. Na razie. Na nich przyjdzie czas później. Teraz zajmijmy się sobą. Bo właśnie teraz sami sobie musimy dać odpowiedź na najważniejsze z pytań: kim naprawdę jesteśmy? Właśnie teraz. Bo, że potrafimy radzić sobie w warunkach absolutnie anormalnych, to już wiemy. Pytanie, czy jesteśmy sobie w stanie poradzić w warunkach normalnych. Czy może przygniecie nas do ziemi ta nieznośna lekkość normalności? Dostaliśmy największą szansę w polskiej historii. A wielka szansa to i wielkie ryzyko. Można wygrać wszystko. Można też ogromną okazję przegapić i zasłużyć na szyderstwo. Otóż my damy radę. Zamiast jednak zaczynać od wskazywania palcem tamtych, winnych, złych, „onych”, zacznijmy od siebie. Jak pisał poeta, jeden z naszych największych, „plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi”.
Wstęp do książki czytany przez Tomasza Lisa możesz odsłuchać na wiadomościach24.pl
Zobacz również trailer wywiadu z Tomaszem Lisem, w którym uczestniczyłem.

poniedziałek, 29 września 2008

Nigdy nie wierzcie zwiastunom

"Trzymaj się z daleka" to film, który powstał w 2005 roku. Z zapowiedzi i opisów miał być filmem sensacyjnym, okazał się jednak obyczajowym. Przynajmniej według mnie.

Obejrzałem go dzięki darmowemu kodowi na iplex.pl, a więc jedyne, co mogłem stracić oglądając ten film, to czas. Miała być sensacja, miała być akcja, jednak reżyser, Stu Pollard, zręcznie to ominął. Głównym wątkiem okazała się miłość, co wytrawnych widzów raczej nie pociąga. A już na pewno nie w takiej realizacji, bowiem od bardzo dobrych filmów traktujących o miłości takich jak: Pamiętnik i PS. Kocham Cię, Stu Pollard trzyma się z daleka.

Słaba akcja, mała sensacja i kiepsko wyreżyserowana miłość. David Dailey (w roli głównej Gil Bellows), popularny prezenter radiowy, wiedzie szczęśliwe życie w malowniczym Louisville w Kentucky (rodzinne miasto reżysera). Wszystko zaczyna się psuć poprzez kopertę, w której David znajduje kartkę z napisem "Love" oraz kluczem do hotelu. Liścik pachniał perfumami jego żony, więc wieczorem bez wahania pojechał ją odwiedzić. Zastał ją niestety w łóżku.. z kobietą. Później były kolejne listy. A w nich wyrazy: łaska, władza, szacunek. Traf chciał, że David często spotykał Melody Carpenter, kobietę, która odrzuciła oświadczyny męża na stadionie, na oczach tysięcy ludzi. To ona odebrała go z aresztu i tylko jej powiedział o wybryku swojej żony. Czytacie tą opowiastkę i pewnie myślicie, gdzie ta sensacja? Trudno powiedzieć. Może te liściki adresowane do Davida? Może to, że Melody była śledzona przez jej chłopaka, Seana, i ludzi wynajętych przez niego. A może jednak tajemniczy, 27-letni prezenter radiowy, z którym David często prowadził audycje. Tak czy siak, trudno znaleźć w filmie konkretny wątek, na którym miał skoncentrować się Pollard.

Trzymaj się z daleka. Tytuł nie koniecznie odzwierciedla to, co zobaczymy w filmie i nie jest to winą tłumaczenia. Czy polecam? Nie, nie polecam. Jest wiele ciekawszych filmów, które mogłyby zapaść Wam w pamięci na długo i to nie z powodu straconego czasu. Jako się rzekło, trzymajcie się od niego z daleka.