sobota, 28 lutego 2009

Sztuka w brudzie

Przeróżne napisy spotykałem, ale tak innowacyjnego jeszcze nie. Napis poniżej został "namalowany" na samochodzie na jednej z warszawskich ulic. Miłego dnia!

poniedziałek, 23 lutego 2009

Wstać, przeżyć, położyć się spać

Wystarczyło pięć miesięcy pracy, aby wpadł w rutynę, a wigor przestał się objawiać. Przynajmniej w pracy. Już nie cieszy ona tak, jak na początku. Teraz często narzeka i z pewnością nie czuje się spełniony zawodowo.

Marek jest ochroniarzem w przejściu między Placem Zamkowym a Aleją Solidarności. Ten młody człowiek codziennie przychodzi do pracy o tej samej porze. Od siódmej do piętnastej, od siódmej do piętnastej. Wykonuje te same obowiązki – pilnuje, aby z windy korzystali tylko Ci, dla których jest przeznaczona. Nie boi się nawrzeszczeć, gdy dzieci urządzają sobie głupie przejażdżki i wchodzą po schodach prowadzących w dół. Całe szczęście, że w miejscu pracy, w przeciwieństwie do sytuacji za oknem, nie jest tak zimno. Czerwone ściany przejścia rozgrzewają. Ludzie nanoszą błoto, które co chwilę od niechcenia zgarnia pani wielką szczotą. Można przytulić się do kaloryfera i jednym okiem czytać gazetę a drugim bacznie obserwować korzystających ze schodów i windy. Czytanie gazety to jedyne ciekawe zajęcie Marka, jakie może sobie zorganizować. Czasem używa gazet do markowania dłubania w nosie czy uszach. Często mu się to nie udaje.

Marek na co dzień widzi masę przewijających się po tym przejściu ludzi. Obserwuje dziwne i śmieszne zachowania. Na przykład mężczyznę wyciągającego język. Nie, nie wyciągał go do niego, ale po prostu. Szedł z mocno wyciągniętym językiem. Dziwne, ale prawdziwe. Równie prawdziwi są czterej mężczyźni z poobijanymi twarzami. Każdy z nich miał siniaki, strupy, zaczerwienienia. Jednak w siatce, którą taszczył jeden z nich, już czekał Mamrot – lekarstwo na wszelki ból. Napisy na koszulkach i torebkach też zostają mu w głowie. Kilka miesięcy wstecz, gdy noszono jeszcze koszulki z krótkim rękawkiem, na jednej z nich zauważył napis: „Zadania na dziś: wstać, przeżyć, położyć się spać”. Słowa idealnie opisują plan dnia ludzi, którzy suną przejściem niczym auta po Wisłostradzie. Innym razem jego uwagę zwróciła niebieska reklamówka z jaskrawym napisem: „Żer dla skner”. Skner, wszystkich tych, którzy nie uśmiechają się, nie mówią „Dzień dobry”, o pogawędce nie wspominając.

Na szczęście są jeszcze osoby, które potrafią podejść, porozmawiać. Zwyczajnie zapytać jak leci. Jest ich niestety niewiele. Marek uważa, że śmiech jest nieocenioną wartością. Potrafi umilić dzień w pracy i pozytywnie nastroić. Marek najczęściej zapamiętuje sytuacje dziwne i śmieszne. I nielicznych miłych ludzi.

Media to nie wyspa erudytów

Dziennikarze to sprzedawcy – sprzedają towar niczym nieróżniący się od kiełbasy.

Kondycja mediów w Polsce

Igor Zalewski nie owijał w bawełnę. Nakłaniał nas do „wmontowania w swoje mózgi oprogramowania antyspamowego”, tłumacząc, że żaden człowiek nie jest w stanie wchłonąć wszystkich informacji, które pojawiają się w mediach. Potrzebne jest sito, które przesiałoby wszystkie „pierdoły” i śmieciowe informacje. - Media są chipsami. Wypełniają żołądek, ale nie dają żadnych witamin – uważa Igor. Igor Zalewski ostrzega też, żeby nie wierzyć bezkrytycznie we wszystko, co się przez to nasz „antyspam” przedostało. Według niego radio, prasa i telewizja to taki sam towar jak kiełbasa czy samochód. Ludzie tworzą media, żeby zarobić. Dlatego schlebiają nawet najmniej wyrafinowanym gustom odbiorców – wyjaśnia publicysta „Wprost”. Zalewski najbardziej jest zniesmaczony polskim radiem, przypominając, że niegdyś było to w Polsce medium najszlachetniejsze. - Teraz radio to najobrzydliwsze medium, jakie jest w tej chwili na rynku.

Studia dziennikarskie w Polsce

W środowisku medialnym powszechny jest pogląd, że studia dziennikarskie w Polsce nie przygotowują do wykonywania zawodu. Wybór innego kierunku studiów daje przyszłemu dziennikarzowi konkretną wiedzę i pole do przyszłej specjalizacji. W redakcji TVN24 na przykład pracuje wielu absolwentów politologii i stosunków miedzynarodowych. Są też dziennikarzetacy jak Igor Zakrzewski, którzy studiów nie skończyli. Stopień naukowy z dziennikarstwa nie jest konieczny do pracy w mediach. Profesji można się nauczyć w praktyce, najlepiej jest zaczynać od pracy w lokalnych dziennikach lub tygodnikach, żeby zdobyć umiejętność szybkioego i sprawnego pisania. Potem można dalej wspinać się po kolejnych szczeblach kariery, najlepiej żadnego nie opuszczając. Pozycja dziennikarza, który obiera taka drogę nauki jest bardziej stabilna.

Jakie rady na przyszłość?

Rada Igora Zalewskiego dla przyszłych dziennikarzy dotyczyła umiaru. - Media to nie jest samotna wyspa w morzu głupoty, zamieszkana przez mądrych i światłych erudytów – przekonywał. Ostrzegł, żeby nie powtarzać w mediach wszystkich informacji jak papuga.

Trzeba myśleć, przetwarzać i sprawdzać również inne źródła informacji. Wchodzący na rynek medialny „Dziennik” reklamował się mottem umieszczonym na pierwszej stronie: „Dziennik nie zwalnia od myślenia”. Trzeba pamiętać, że żadne media nie zwalniają od myślenia. Istotną kwestią, nie tylko dla dziennikarzy, jest znajomość języków obcych. I tutaj najlepszym przykładem będzie Wojciech Nomejko, który znajdując się blisko Billa Clintona podczas jego wizyty w Polsce, zadał mu pytanie: „Mr President, Poland okay?”

Romek, Julka i spółka

Aby tytuł sztuki Janusza Józefowicza odzwierciedlał to, co zobaczymy i usłyszymy na deskach teatru Buffo, musiałby nazywać się „Romek, Julka i spółka”.


Gdy kurtyna rozsunęła się, przed nami pojawiła się roztańczona młodzież w klubie. Po chwili na scenę po linie ześlizgnęła się piękna Rosalina (Natalia Srokocz) - gwiazda pop, w której początkowo kochał się Romek (Krzysztof Rymszewicz). Jego kumple ubrani w luźne, pstrokate ciuszki – kostiumy projektu Kikimory - pasjonowali się sztukami walki i break dancem. Jak nie trudno zauważyć nie wygląda to na adaptację siedemnastowiecznego dzieła. Jak przystało na - zdaniem Romana Pawłowskiego, recenzenta Gazety Wyborczej - „najlepszy teatr muzyczny stolicy” libretto napisane przez Jana Wermera było naprawdę wysokich lotów. Wykonanie to już bajka. Wszyscy aktorzy śpiewali rewelacyjnie.

Musical pochłonąłem jak dobre ciastko na podwieczorek. Konsumpcja trwała półtorej godziny. Co tak naprawdę odróżnia współczesną adaptację Józefowicza od sztuki Szekspira? Łatwiej jest napisać, co je łączy. Został tytuł, została miłość Romea i Julii (Marysia Tyszkiewicz), ale realia dramatu zostały wywrócone do góry nogami. Dialogi, których twórcą jest Bartosz Wierzbięta są – używając języka adaptacji - luzackie. Podwórkowa mowa i młodzieżowy slang to język, jakim posługują się Romek, Julka i spółka. Niekonwencjonalnie, choć w standardowej dla siebie roli wystąpił Maciej Orłoś, który jako prezenter Teleexpressu podał informację o śmierci Julii. Scena ta została wyświetlona z wielkiego projektora. Prosty zabieg, po jaki sięgnęli twórcy musicalu, rozbawił widzów. Co więcej można powiedzieć o Romku, Julce i spółce?

Twórcy spektaklu postarali się, by wrażeń widzom nie zabrakło. Śpiewano mocniej i szybciej, by za chwilę czule szeptać. Wiele się działo na scenie: pokaz sztuk walki, break dance, śpiew, akrobacje w powietrzu, taniec. Łącznie na scenie pojawiło się trzydziestu aktorów. Niezłe przeżycie – odkryć na nowo po czterystu latach dzieło Szekspira w dziewięćdziesiąt minut. Premiera spektaklu odbyła się w październiku 2004 roku w warszawskim Torwarze.

środa, 11 lutego 2009

"Tajemniczy" incydent podczas rozprawy sądowej z udziałem Wałęsy

Materiał, który zdecydował się opublikować dziennikarz, Ryszard Szołtysik, wreszcie ujrzał światło dzienne. Materiał ten przedstawia prezesa Instytutu Lecha Wałęsy, Piotra Gulczyńskiego, uderzającego Szołtysika w twarz i policję, która ignoruje prośby o interwencję.

Skandaliczna sytuacja, w jakiej znalazł się w listopadzie ubiegłego roku niezależny dziennikarz i dokumentalista Ryszard Szołtysik, wreszcie ujrzała światło dzienne. Jako pierwsi opublikowali go dziennikarze portalu polityczni.pl. Ryszard Szołtysik przebywając na sali sądowej podczas rozprawy, w której brał udział Lech Wałęsa i autor filmu o byłym prezydencie Grzegorz Braun, twierdzi, że został uderzony w twarz przez Piotra Gulczyńskiego, prezesa Instytutu Lecha Wałęsy. Funkcjonariusze policji nie interweniowali.

Na materiale jest widoczny Piotr Gulczyński, który tuż po zakończeniu rozprawy jeszcze na sali sądowej, uderza w twarz filmującego Ryszarda Szołtysika. Wydarzenie filmowali również dziennikarze portalu polityczni.pl. Pan Ryszard Szołtysik od razu po incydencie poszedł na ostry dyżur, aby oceniono jakie obrażenia poniósł. Miał rozciętą wargę, co wskazuję na uderzenie w twarz.

Policjanci, którzy znajdowali się w miejscu tego zdarzenia nie zareagowali na prośby o interwencje. Lech Wałęsa wraz z Piotrem Gulczyńskim opuścili sąd w Warszawie ignorują prośby podania swoich personaliów. Podobnie policjantka, która była wówczas na służbie nie chciała podać swoich personaliów, co jest jej obowiązkiem, gdy zostaje o to poproszona.

Cały materiał można obejrzeć w serwisie youtube.pl. W portalu polityczni.pl znajduje się wyjaśnienie Piotra Gulczyńskiego, który twierdzi, że nie uderzył Ryszarda Szołtysika, a jedynie zakrył ręką kamerę, aby nie być filmowanym. Lecha Wałęsa twierdzi, że cała sytuacja to ustawiona prowokacja, jednocześnie stwierdzając, że zajścia nie widział...

Prezes Instytutu Lecha Wałęsy jak również policjanci, którzy nie zareagowali odpowiednio na zgłoszenie przestępstwa nie zostali dotychczas ukarani.

poniedziałek, 9 lutego 2009

Dobromir Sośnierz: Jesteśmy niewolnikami państwa

- Szkolnictwo wymusza posłuszeństwo i konformizm. Z punktu widzenia państwa to jest chyba najważniejsza funkcja szkoły - mówi Dobromir Sośnierz w rozmowie z Bartłomiejem Graczakiem.


Dobromir Sośnierz, syn Andrzeja Sośnierza, ukończył studia na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Śląskiego. Pracuje jako informatyk. Z partią UPR związany jest od 1990 roku, a jako członek partii od 1994 roku. Przez wiele lat znajdował się w zarządzie tego ugrupowania. W wywiadzie przyznał jednak, że ostatnio opuścił szeregi UPR-u, choć nadal jest to jedyna partia, do której poglądów jest mu najbliżej. Dobromir Sośnierz znany jest z ciętego języka, czego możemy być świadkiem oglądając program telewizyjny "Młodzież konta", w którym zwykł udzielać się mój rozmówca.

Można powiedzieć, że zainteresowanie polityką zostało zapisane w Pańskim kodzie genetycznym?

- Poza moim ojcem i mną nie ma w rodzinie jakiegoś parcia w tę dziedzinę. Nie jest to długa dynastia w polityce, trudno uogólniać.

Tylko dlaczego nie podąża Pan drogą taką, jaką obrał pański ojciec, Andrzej Sośnierz? Dlaczego UPR?

- Bo UPR ma rację. Mój ojciec też był w UPR w latach 90. Myślę, że nadal w większości spraw ma poglądy nieodległe. Raczej postawił na pragmatyzm tak, jak on go rozumie.

UPR ma rację, bo...?

- W jednym zdaniu trudno odpowiedzieć. Ma rację, bo stawia zdroworozsądkowe, spójne, logiczne postulaty. Reszta to tylko różne koncepcje okradania obywateli. No dobra, w kilku punktach UPR też nie ma racji. Ale to są pojedyncze sprawy.

Na przykład?

- Na przykład ordynacja większościowa, osławione jednomandatowe okręgi wyborcze. Tego nie pojmuję, co taki postulat robi w naszym programie? Jedną z podstawowych wad demokracji jest właśnie to, że zamiast na program ludzie głosują na najmodniejszy kolor krawata, a ordynacja większościowa tylko może pogłębić taką tendencję. Wtedy partie zupełnie tracą na znaczeniu, liczą się sławne gęby. Nie widzę nic wolnościowego w takim postulacie, nie wydaje mi się też, żeby jakkolwiek sprzyjał zwycięstwu wolnościowych kandydatów. Raczej to będzie ostateczny koniec marzeń o oddolnej, antysystemowej, niezależnej partii w parlamencie.

Wśród Pańskich poglądów znajduje się również powszechna prywatyzacja. Jak wyobraża sobie Pan całkowitą prywatyzację na przykład szkolnictwa?

- Tak samo, jak wyobrażano to sobie w czasach, kiedy szkolnictwo było prywatne. Edukacja jest prywatną sprawą obywatela. Nie ma tu miejsca na przymus i ingerencję państwa. Trzeba zlikwidować obowiązek szkolny i jedyny odgórny program. Prywatyzacja może już przebiegać w swoim tempie, tego nie da się zrobić na już. Najważniejsze jest zniesienie ograniczeń.

W jaki sposób według Pana polskie szkolnictwo ogranicza?

- Po pierwsze zmusza mnie do uczenia się przez całą młodość, a wesoła ekipa łżeliłberałów z PO właśnie przegłosowała rozszerzenie tego przymusu. Większość rzeczy, których uczymy się w szkole, jest nikomu do niczego nie potrzebna, wbrew gorącym zapewnieniom nauczycieli. Przy okazji, jeśli któryś z nich to czyta, pragnę poinformować, że nadal czekam, aż ta wiedza przyda mi się w praktyce, jak mi to obiecywano. Po drugie jest mnóstwo regulacji: nie mogę posłać dziecka na naukę do kogo mi się podoba, tylko do tego, kogo urzędnicy RP uznali za odpowiednią osobę, dając prawo do oficjalnego nauczania. Jeśli ja chcę, żeby moje dziecko kształciło się u kowala, to jest to u licha moja sprawa i nikogo to nie powinno interesować. Ktoś uważa, że zna jedynie słuszną drogę, jaką należy w życiu podążać i nie waha się ustawowo przymuszać do tego innych. Co więcej oficjalna edukacja jest obciążona światopoglądowo, od najbardziej skrajnych przypadków, jakim jest lansowanie śmiesznej tezy, że homoseksualizm nie jest żadną dewiacją do bardziej subtelnych, gdzie na przykład historia jest pisana w sposób odpowiadający państwowej ideologii.

Po drugie szkolnictwo ogranicza poprzez swoją jednolitość. Wszyscy uczą się tego samego, w ten sam sposób, a to strasznie zubaża kulturę i wymusza posłuszeństwo i konformizm. Z punktu widzenia państwa to jest chyba zresztą najważniejsza funkcja szkoły. Ludzie, którzy dadzą się zmusić do ćwiczenia się w równaniach z dwiema niewiadomymi, przyzwyczajają się znosić wszystkie bezcelowe kaprysy doraźnej większości w sejmie.

Jeśli chodzi o homoseksualizm, to w programie "Młodzież kontra" wypowiedział Pan takie słowa: „Popęd płciowy jest wbudowany w organizm, żeby się reprodukować, nie po to, żeby komuś wchodzić w kakao”. Widzę, że nadal Pan podtrzymuje swoją tezę. Skąd takie zdanie na temat homoseksualizmu?

- To jest właśnie uzasadnienie. Jeśli funkcją popędu płciowego jest reprodukcja - a tego chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie neguje - to homoseksualizm jest skłonnością dysfunkcjonalną po prostu, a więc biologiczną patologią. Dyskutowanie nad tym jest, proszę wybaczyć, ale żałosne. Żeby to podważyć, trzeba by wykazać, że homoseksualizm pełni jednak jakąś istotną biologiczną funkcję, a dokładniej, że jednak w jakiś sposób zwiększa szansę na przekazanie genów samego homoseksualisty dalej. Byłoby to możliwe jedynie w ramach koncepcji doboru krewniaczego, ale wymagałoby też spełnienia kilku warunków, których po prostu nie spełnia to zjawisko u ludzi. Nie chcę zanudzać szczegółami, ale jak do tej pory nie udało się tego nikomu wykazać, a większość ludzi powtarzających te dziwne przesądy o równoprawnych orientacjach, nawet nie wie o co w tym chodzi, więc skąd w ogóle to wymądrzanie i mentorski ton?

Kogo ma Pan na myśli?

- Wszystkich po kolei homolatrów, ten pseudonaukowy bełkot, który towarzyszy promocji poglądów o równouprawnieniu różnych „orientacyj”... Sierakowski był dobrym przykładem, owszem.

Tak, o nim myślałem.

- W odpowiedzi na moje naukowe argumenty odpowiedział demagogicznie: „A Pan się tylko popędem kieruje?”. Litości... czym się kieruje, to już nie jest problem naukowy i nie ma wpływu na odpowiedź na pytanie „czy homoseksualizm jest chorobą czy nie?”.

W programie telewizyjnym „Młodzież kontra”, chociażby tydzień temu, mogliśmy usłyszeć Pana cięty język, ale i trafne stwierdzenia. W programie tym powiedział Pan, że posłowie, głosując za ustawą o wprowadzeniu jednej osoby w firmie odpowiedzialnej za pomoc i ewakuację podczas pożaru, potwierdzają, iż mają problemy z głową. Teraz zacytuję Pana: „skąd w ogóle to wymądrzanie?”.

- Akurat tej sprawy nikt już chyba nie broni, co jest dowodem na słuszność wymądrzania. Sam Kalinowski przecież — tak pokrętnie jak umiał, ale jednak — przyznał się do błędu. W tym przypadku absurd był tak jaskrawy, że pytanie było adekwatne, jak sądzę. Wyjaśnienie jest proste — nikt tego nie czytał, jak zwykle, wszyscy głosowali jak reszta. To jest kolejny krok w mroczną głębię demokratycznej legislacji — ci ludzie nie czytają tego, nad czym głosują, parę osób wie, o co chodzi, a lobbyści dopisują „lub czasopisma” i nikt się zwykle nawet nie orientuje, kiedy i dlaczego. Powtarzam: nawet Sejm, nasza wytwórnia prawa, nie wie, nad czym głosuje. Nie ma się co łudzić, że stoi za tym społeczny mandat, jakaś spójna idea czy dobro państwa — to są koncepcje tworzone wyłącznie na użytek wyborów. A najśmieszniejsze, że sejm głosujący bez czytania, wyobraża sobie, że ludzie będą to prawo znali i go przestrzegali. Ot, próbka tego, jak powstaje ustrój, w jakim żyjemy.

W 2006 roku startował Pan w wyborach na prezydenta Katowic. Nie udało się. Napisał Pan na swojej stronie, że ludzie bardziej niż na poglądy i program zwracają uwagę na to, jak jest kandydat ubrany, z jakiego środowiska się wywodzi i ile plakatów nakleił w mieście. Z kolei w „Młodzież kontra” powiedział Pan, że udowodniono, że na wynik głosowania wpływa na przykład kolor tła plakatu kandydata. Czym to może być spowodowane?

- Tym, że głupich jest więcej niż mądrych po prostu. A głos mają wszyscy taki sam. Ludzie, którzy nie mają bladego pojęcia o zawiłościach ekonomii, są gonieni do urn, ba — wpiera się im, że to ich obywatelski obowiązek — i to jest efekt. Czym mają się kierować, skoro nie wiedzą, nad czym naprawdę głosują? Tym, co jest dla nich uchwytne — że ten jest sympatyczniejszy, ładnie mówi, ma klasę, długą listę kierowniczych stanowisk w życiorysie itd. Nie można oczekiwać niczego innego. Skoro nie decydują względy merytoryczne, bo są zbyt zawiłe, to decydują sprawy przypadkowe albo siódmorzędne. Proszę zwrócić uwagę, że mimo to większość polityków (i Kościół — dlaczego nawet Kościół ?) wzywa do stadnego głosowania — „wiesz czy nie wiesz, powiedz jak ma być...”. Jak Pan myśli, dlaczego?

Dlaczego kościół wzywa do stadnego głosowania? Z ambony najłatwiej, bo bezpośrednio, skutecznie, bo często. Taka symbioza polityk-ksiądz często może skutkować dość dużym poparciem elektoratu, zwłaszcza jeśli w grę wchodzą stanowiska takie jak: wójt, sołtys itp.

- Ale tu nie mówimy o zachęcaniu do głosowania na kogoś — to nie byłoby takie złe, gdyby biskupi znali się jeszcze na ekonomii — bo teraz niestety popierają praktycznie wyłącznie szkodników. Ale zadziwiający jest udział w kampanii na rzecz wysokiej frekwencji — domniemywanie, że wszyscy, do których ten głos zachęty dotrze, zagłosują zgodnie z chrześcijańskim sumieniem, byłoby chyba strasznie naiwne. Więc to raczej skutek bezrefleksyjnego ulegania wpływom dominującej ideologii politycznej. Kiedyś monarchię zaszczycano Bożym pomazaństwem, a teraz bierzemy niestety udział w kulcie demokracji. Niestety w sprawach poza teologicznych Kościół jest niekompetentny.

Czy kandydowanie w przyszłości na prezydenta Katowic wchodzi jeszcze w grę?

- Nie wiem, skąd mogę wiedzieć?

W takim razie spytam inaczej. Czy wiąże Pan swoją przyszłość z polityką w jakiejkolwiek formie?

- Problem z odpowiedzią na to pytanie jest taki, że dla typowego wolnościowca udział w polityce nie jest wcale celem samym w sobie. My tylko walczymy o swoją wolność, a nie pchamy się do koryta. Gdyby ktoś inny to wszystko doprowadził do porządku, to pewnie nie miałbym powodu brnąć w politykę. Jak długo jest o co walczyć, to na pewno będę brał w tym udział
i jeśli ktoś uzna, że mogę się jakoś przydać, kandydując gdzieś na przykład, to jestem na to otwarty. Ale czy będę w stanie pomóc, to trudno przewidzieć.

LPR pod koniec 2007 roku uznała, że może się Pan "jakoś przydać" wpisując Pana na swoją listę kandydujących do sejmu?

- Nie, to była raczej kwestia mało wiarygodnej informacji GW. LPR-owi ja się nie chcę na nic przydawać, bo to jeszcze jedna partia ludzi chcących nakazywać innym, co mają robić. Pomysł z tym wspólnym startem był rozpaczliwie fatalny, obawiam się, że odium tego „sojuszu” będzie się za nami długo jeszcze ciągnęło.

Prawda jest taka, że gdyby Pan chciał dojść daleko w polityce, to by Pan doszedł. Nie mówię o korycie, ale na przykład o zdobyciu stanowiska, z którego więcej osób dostrzegłoby pańskie poglądy, a później może spojrzało na sprawę rozsądniejszym okiem. Na samym początku powiedział Pan, że nie zgadza się ze wszystkim, co głosi UPR i w kilku kwestiach nie macie racji. Czy rozważał Pan kiedykolwiek opuszczenie szeregów partii?

- Rozważyłem i opuściłem jej szeregi. Od jakiegoś czasu nie jestem formalnie członkiem, ale nadal jest to partia, do której mi najbliżej, potem jest długa pusta przestrzeń i dopiero cała reszta w jakiejś kosmicznej odległości. Taki wallenrodyczny scenariusz był już testowany wiele razy i jakoś nic to nie dawało. Nadal jesteśmy niewolnikami państwa, nawet coraz bardziej. Mój ojciec też jakoś rzeki nie zawrócił, więc nie ma co się łudzić. Właśnie między innymi dlatego jest tak źle, że ludzie, którzy wiedzą, że mamy rację, wybierają usprawnianie tego systemu zamiast walki z nim. Mowa zarówno o politykach jak i wyborcach.

Do PO odeszło wiele osób, co do których autentycznie liberalnych poglądów nie mam wątpliwości, bo uwierzyli, że w ten sposób pomogą zrobić mały krok w dobrym kierunku. Podobnie wiele osób nie głosuje na UPR, bo nie chce „zmarnować głosu” — i w efekcie marnuje całe życie głosując na nie różniące się praktycznie niczym ugrupowania pasożytnicze. Skutki nie są warte komentarza, choć jestem ciekaw, jak na przykład panowie zdrajcy — Leszek Piechota czy Andrzej Misiołek — uzasadnialiby teraz swoją przeprowadzkę do Platformy. Jeśli nawet my też niczego nie zmienimy, to przynajmniej się nie zbłaźnimy firmowaniem takich przedsięwzięć, jak przymusowa szkoła dla sześciolatków. Moim zdaniem współpraca z pasożytami to droga donikąd. Zresztą myślę, że oni też niekoniecznie wierzyli, że coś pomogą. Sądzę że w wielu przypadkach dobrze wiedzieli, że to nic nie da, ale presja wieku, chęć zaznaczenia się jakoś przed emeryturą i poczucie — uzasadnionej przecież ! — frustracji wobec faktu, że totalne tumany robią karierę w polityce, a oni, dużo lepsi „marnują się” na marginesie — to wszystko w pewnym momencie bierze górę i ludzie zaciągają się na żołd „systemu”.

W pańskiej sytuacji nie ma takiej opcji, by zaciągnąć się na żołd "systemu"?

- Nie widzę sensu. Chyba że miałbym cynicznie uznać, że skoro nie mogę go pokonać, to przecież mogę — nie gorzej niż sejmowe tumany — sprawdzić się w roli pasożyta i żyć z krwawicy naiwniaków wierzących, że państwo się nimi „opiekuje”. Na razie nie dostrzegam takiego niebezpieczeństwa.

Dziękuję za rozmowę.
- Dziękuje również.

Zobacz Dobromira Sośnierza w akcji - w rozmowie z: Jarosłąwem Kalinowskim, cz. pierwsza, i cz. druga i Ryszardem Bugajem.

czwartek, 5 lutego 2009

Głosowanie rozpoczęte!

Kolejny konkurs. Może tym razem się uda? Zaczęło się głosowanie w konkursie na Dziennikarza Obywatelskiego 2008 roku organizowanym przez Wiadomości24.pl. Tym razem nie musicie wysyłać smsów, wystarczy kliknąć w odpowiednią kandydaturę (1. krok), podać swój e-mail (2. krok) i potwierdzić głos klikając w link, który dostaniecie na e-meila (3. krok). Zatem będzie łatwiej! Mam nadzieję, że głosów będzie więcej, bo wygrać mogę nie tylko ja, ale również głosujący, pod warunkiem, że po oddaniu głosu, zarejestrujecie się w serwisie. ;)

W tym konkursie pod głosowanie poddaje się swoje artykuły w roku 2008. Z ponad sześćdziesięciu napisanych w roku 2008 wybrałem trzy, z których jestem najbardziej zadowolony:

Holandia z zielonej perspektywy

Nadzwyczajny Piotrek Starzyk

Moje osiedle, czyli wspomnienia z dziecięcych lat

Moja kandydatura znajduje się na pozycji czwartej pod tym linkiem. Jeżeli uważacie, że powyższe artykuły są dobre i warto oddać na mnie głos to serdecznie o nie proszę. I z góry dziękuję!

sobota, 31 stycznia 2009

Czy potrafimy żyć zgodnie ze wszystkimi biblijnymi zasadami?

Arnold Stephen Jacobs - agnostyk, dziennikarz i pisarz, postanowił przez rok żyć ściśle ze wszystkimi zasadami, które pojawiły się w Biblii. Nie było łatwo stosować się do siedmiuset reguł. Jak poradził sobie Jacobs?


Amerykanin, Arnold Stephen Jacobs, słynie z przeprowadzania dziwnych eksperymentów. Postanowił na przykład przeczytać wszystkie tomy Encyklopedii, by móc powiedzieć o sobie: wiem wszystko. W kolejnym eksperymencie obowiązki Jacobs'a przejęła grupa Indian - odbierali jego e-maile, czytali synu bajki na dobranoc, kłócili się z jego żoną. On sam zajął się tym, co lubi najbardziej - oglądaniem filmów i czytaniem książek.

Tym razem postanowił zrobić coś przełomowego - żyć zgodnie z siedmiuset regułami, które zostały zapisane w Biblii. Dziennikarz "Esquire" w swojej książce pt. "The Year of Living Biblically" opisał rok swojego życia, w którym zdecydował się żyć zgodnie ze wszystkimi biblijnymi zasadami. Nie tylko przestrzegał Dekalogu, ale również często omijane zasady. Zatem nie golił brody, nie nosił ubrań uszytych z różnych tkanin, starał się kamienować cudzołożników i nie siadał w miejscu, w którym wcześniej usiadła menstruująca kobieta. Przeczytał różne wersje Biblii - żydowską, chrześcijańską, a nawet raperską. Wszystko po, by dowiedzieć się czy życie w stu procentach zgodne z Biblią jest możliwe. Niestety, nie w dzisiejszych czasach. Jocobs nigdy wcześniej nie spędzał tak dużo czasu z ochroną na lotnisku...

- To istotnie zmieniło moje życie i było niewiarygodnie ambitne. Istnieją dwa rodzaje praw, które są szczególnie wyzywające. Po pierwsze to było unikanie tych wszystkich małych grzeszków, które popełniamy każdego dnia. Mogę przeżyć rok nie zabijając nikogo, lecz przeżyć rok bez plotkowania, bez chciwości, bez kłamania - zrozumcie mieszkam w Nowym Jorku i pracuje jako dziennikarz - to jest 75-80 proc. mojej pracy - opowiada Arnold Stephen Jacobs na jednym ze swoich spotkań autorskich. - Lecz było to bardzo interesujące, ponieważ byłem w stanie zrobić postęp. Stałem się troszeczkę lepszym człowiekiem - dodaje.

Czego możemy się nauczyć z doświadczeń Jacobsa?

Dziennikarz, popularnie zwany AJ Jacobs, zawarł w swojej książce kilka zasad, które według niego powinni przestrzegać ludzie, którzy pragną żyć zgodnie z zasadami zapisanymi w Biblii, nie popadając jednak w skrajność. Po pierwsze: "zaprawdę powiadam Ci, nie traktuj Biblii dosłownie". Ta zasada stała się dla niego oczywistością już po pierwszym miesiącu eksperymentnu. Jak twierdzi dziennikarz, w dzisiejszym świecie, życie zgodne ze wszystkimi zasadami zawartymi w Biblii jest po prostu niemożliwe.

Po drugie: "zaprawdę dziękuj za wszystko". Jacobs zwraca uwagę na fakt, że ludzie nie dziękują za codzienne dobrodziejstwa. Nie dziękują za te wszystkie sprawy, które danego dnia zakończyły się powodzeniem, za wszystko to, co sobie zaplanowali na dany dzień i poszło im to zgodnie z planem, za to, że nie spadło na nich żadne nieszczęście.

"Zaprawdę powiadam Ci, trzeba coś czcić". - To było nieoczekiwane, ponieważ zacząłem rok jako agnostyk, a pod koniec roku stałem się - jak mawia mój przyjaciel - "nabożnym agnostykiem". Jest coś ważnego i pięknego w idei świętości - tak wyjaśnia trzecią zasadę autor książki.

Po czwarte: "Zaprawdę powiadam Ci, nie traktuj ludzi stereotypowo". Jacobs spędził sporo czasu poznając różne kultury i członków różnych religii w całej Ameryce. Dowiedział się o tych ludziach rzeczy, o których wcześniej nie miał bladego pojęcia.

Piąta zasada, którą zawarł Jacobs w swojej książce brzmi: "zaprawdę powiadam Ci, nie lekceważ irracjonalizmu". Według Jacobsa rytuały, który wykonujemy na co dzień - zdmuchiwanie świeczek na torcie, czy chociażby oddzielanie lnu od bawełny przy doborze ciuchów - na pozór irracjonalne, nadają życiu sens.

I na sam koniec kontrowersyjna zasada Jacobsa: "zaprawdę powiadam Ci, wybierz to, co Ci pasuje". Jak już stwierdzono przy opisie pierwszej zasady - Biblii nie da się traktować dosłownie. Jacobs twierdzi, że najlepiej jest przestrzegać tych zasad, które nam odpowiadają najbardziej. Pomimo że jest to tzw. "religijna kafeteria", czyli wybieranie właśnie tych fragmentów Biblii, które odnoszą się w jakiś sposób do nas i nam odpowiadają najbardziej.

- Mój argument to "co złego jest w kafeterii"? W kafeterii jadłem naprawdę świetne posiłki, lecz jadłem również posiłki, które przyprawiały mnie o mdłości. Tak więc sprowadza się to do tego, że wybieramy fragmenty Biblii mówiące o współczuciu, o tolerancji i miłowaniu bliźniego. W przeciwieństwie do fragmentów, które mówią, że homoseksualizm jest grzechem. O nietolerancji lub przemocy, której jest również bardzo dużo w Biblii - tak Jacobs argumentuje zasadność ostatniej rady.

Druga fotografia jest autorstwa Rona Hogana i jest wykorzystana na licencji CC. Pozostałe pochodzą z bloga AJ Jacobs'a.

piątek, 30 stycznia 2009

Król Artur nie dał rady w walce z niezwyciężonymi Chorwatami

Wszystkie znaki na niebie wskazywały na to, że będzie ciężko. I było. Chorwaci, jako jedyny zespół, nie przegrali żadnego meczu na tym turnieju. Grali na swoim terytorium, a sędziami półfinałowego meczu byli, można by rzec na niekorzyść Polski, dwaj Niemcy. Na domiar wszystkiego, rzecz niebywała - odklejający się parkiet. Mimo że hala w Zagrzebiu była wypełniona po brzegi, sytuację tą można skwitować jednym - śmiech na sali, puste krzesła.

Wspierana przez armię kibiców, waleczna i niezwyciężona Chorwacja pokonała Polskę na swoim gruncie 29 do 23. Chorwaci zawalczą o tytuł mistrza świata w niedzielę z Francją, która z kolei wyeliminowała z gry Danię 27 do 22.

Na tak ważnej imprezie, jaką są Mistrzostwa Świata w piłce ręcznej, "parkiet" odklejał się podczas gry. W takich sytuacjach przerywano grę i wybijano z rytmu obie drużyny. Przerw takich było mniej więcej sześć i za każdym razem kilkoro Chorwatów dreptało z taśmą po boisku i przyklejało "parkiet". Można się śmiać, ale tak było.

Polacy szczęśliwie awansując do półfinału, chyba nie za bardzo wierzyli, że mogą pokonać naszpikowaną gwiazdami Chorwację. W pierwszej połowie, która zakończyła się 14:13 dla Chorwatów jeszcze jako tako nam szło, jednak druga odsłona gry, to popis umiejętności "Krawaciarzy". Z naszej strony nie było ani ataków ze skrzydła, ani skutecznej obrony, ani nawet dobrego podania. Często piła się wyślizgiwała i strata punktowa się powiększała, w szczytowym momencie aż do dziewięciu bramek. O sile naszej ekipy tak naprawdę stanowili tylko dwaj gracze: "Król" Artur Siódmiak i Krzysztof Lijewski, reszta zima. U Chorwatów było wszystko: przyjęcie, podanie, mocny strzał, obrona w strefie, obrona bramkarza. Dali nam niezłego kopa. Nawet Boguś Wenta nie miał recepty na zwycięstwo.

Teraz czas na Duńczyków. Z nimi już raz wygraliśmy. Czy stać nas na kolejną wygraną?

Zdjęcie autorstwa Toma Cornera, wykorzystane na licencji CC.

niedziela, 25 stycznia 2009

"Człowiek w ogniu" - warto przypomnieć sobie ten film

Choć początek filmu "Człowiek w ogniu" rozpoczyna się dość szczęśliwie, jego fabuła nie nastraja pozytywnie. W sztandarowej produkcji Tony'ego Scotta, w rolę Creasy'ego wcielił się Denzel Washington.

Creasy przyjeżdża do Meksyku, by odwiedzić starego przyjaciela, z którym kiedyś zawarł układ - będą wspierać się w potrzebie. Przyjaciel Creasy'ego - Rayburn (Christopher Walken) - załatwił mu pracę. Od tej pory będzie się zajmował chronieniem rezolutnej i mądrej Pity Ramos, córki bogatej, mieszkającej w Meksyku pary - Meksykanina i Amerykanki. Zatrudnienie ochroniarza jest nieuniknione w mieście, gdzie średnio co godzinę dochodzi do porwania dziecka. Mający doświadczenie wojskowe, walczący niegdyś z rebeliantami, Creasy musiał zrezygnować z dotychczasowej pracy na rzecz posady ochroniarza z jednego powodu, którym był alkohol. Do jego głowy wracają często obrazy z przeszłości, a gdy nie może sobie z nimi poradzić, sięga po kieliszek. Często ma również myśli samobójcze. Ukojeniem emocji jest czytanie Biblii.

Pierwsze dni pracy Creasy'ego są bardzo spokojne. Praca ochroniarza polega na zawożeniu Pity (Dakota Fanning) do szkoły, na zajęcia pływania i lekcje gry na fortepianie. Choć dziewczyna próbuje zaprzyjaźnić się z jej ochroniarzem, ten dość chłodno odnosi się do córki rodziny, dla której pracuje, tłumacząc, że jego praca polega na pilnowaniu dziecka, a nie na zawieraniu przyjaźni. Później jednak Creasy otwiera się przed małoletnią Pitą. Ta pokazuje mu, że warto cieszyć się życiem. Ochroniarz uczy dziewczynkę pływać i to dzięki niemu zdobywa ona pierwsze miejsce na zawodach. Dzięki niej Creasy przestaje pić, dostrzega szczęście i uśmiecha się, choć sam do tego się nie przyznaje. Widzowie są świadkami przemiany Creasy'ego z zatwardziałego ochroniarza w emocjonalnie reagującego na krzywdę dziecka mężczyznę. Nie raz przekonamy się, jak bardzo zależy mu na jej bezpieczeństwie.

[plik 1 lewa]Jednakże pewnego dnia dochodzi do porwania. "Głos", szef meksykańskiego gangu, żąda 10 milionów okupu za uwolnienie dziewczynki. Gdy pieniądze zostają dostarczone na miejsce zbiórki dochodzi do ich kradzieży. "Głos" oznajmia, że dziewczynka nie żyje. Creasy, pomimo że został postrzelony w trakcie porwania, ryzykuje swoje życie i podejmuje walkę z gangiem, który posiada wtyczki zarówno w policji, jak i rządzie. Kolejny raz pomocną dłoń wyciąga Rayburn, płacąc za broń potrzebną Creasowi. Pomocy udziela mu również bardzo dobra dziennikarka lokalnej gazety "Reforma". Ona dostarcza mu informacji, a on zabijając po kolei członków gangu, dociera do samego szefa...

Akcja filmu ma wiele zwrotów i tajemnic. Przede wszystkich nie znamy w ogóle przeszłości Creasy'ego. Do końca nie wiemy, czy dziewczynka na prawdę nie żyje i z czyjego zlecenia dokonano porwania. Do tego dochodzi jeszcze tajemniczy adwokat rodziców dziewczynki. Na końcu wiele się wyjaśnia, choć i tak pozostaje wiele pytań, na które nie uzyskaliśmy odpowiedzi.

Obraz, powstały w roku 2004, oparty jest na faktach. "Człowiek w ogniu" Tony'ego Scotta jest doskonałym przykładem dramatu sensacyjnego, którego fabuła to nie tylko śmierć. Scenariusz filmu napisało samo życie. Główny motyw w filmie to przyjaźń, a nawet szczera miłość, dziewczynki i ochroniarza, poświęcenie i przywiązanie. Wspaniała Dakota Fanning, pomimo że jest jeszcze dzieckiem, zagrała swoją rolę fenomenalnie. W przyszłości będzie na pewno osiągała wiele sukcesów jako aktorka. Swój kunszt potwierdziła z resztą w takich produkcjach, jak: "Cutlass", "Winged Creatures". Już 4 lutego Ameryka zobaczy Dakotę w kolejnym filmie, którego tytuł to "Push".

Wspaniale dobrana muzyka, czym zajął się Harry Gregson-Williams, dodaje smaczku filmowi. Słyszymy bowiem elektroniczne kawałki z delikatnymi smyczkami w odpowiednich momentach. Zdjęcia Paula Camerona również dopracowane są w każdym detalu, widzimy obraz kamery "z ręki".

Jeśli jeszcze tego filmu nie widziałeś, to szczerze polecam. Sto czterdzieści minut, jakie poświęcisz na obejrzenie obrazu, nie będzie czasem zmarnowanym.