poniedziałek, 5 stycznia 2009

"Żmija" Sapkowskiego już syczy

"Żmija" Andrzeja Sapkowskiego długo się wykluwała. Początkowo była opowiadaniem, jednak ostatecznie przerodziła się w książkę. Zapewne, jeden z najlepszych twórców fantasy w Polsce, pomyślał, że skoro tak dobrze mu idzie - miejmy nadzieję, że to prawda - to dlaczego nie książka?

Ostatni raz Sapkowski książkę napisał trzy lata temu - ukazała się w 2006 roku – była to zamykająca trylogię husycką „Lux perpetua”. Nie myślmy jednak, że, jak czytamy w Newsweeku "od tamtej pory autor milczał". Może nie publikował, ale poświęcił się spotkaniom z czytelnikami i innymi formami promocji swojej osoby i twórczości, a wtedy na pewno nie milczał, wręcz przeciwnie. Niedawno na blogu mogliście przeczytać o jednym ze spotkań. Według Newsweeka będzie to najgorętsze wydanie w młodym roku 2009. "Żmija" pojawi się na rynku mniej więcej za trzy miesiące, nakładem wydawnictwa SuperNowa.

Nadszedł czas na coś nowego i innego. Czas akcji w "Żmiji" to II wojna światowa. Głównym bohaterem powieści jest radziecki żołnierz polskiego pochodzenia. Powieść, szczególnie na początku, przypomina literaturę sensacyjno-wojenną. Książka stanowi zamkniętą całość w przeciwieństwie np. do sagi o Wiedźminie.

Znając kunszt literacki Andrzeja Sapkowskiego mogę jedynie zgodzić się, że za ten tytuł Sapkowski na pewno zgarnie jakieś wyróżnienie. Nie pozostaje nam nic innego, jak tylko czekać na premierę.

Za wikipedią:
Andrzej Sapkowski (ur. 21 czerwca 1948 w Łodzi) – polski pisarz fantasy. Urodził się i mieszka do dzisiaj w Łodzi. Zdobył wykształcenie ekonomiczne. Jest żonaty. Honorowy obywatel Łodzi. Andrzej Sapkowski jest laureatem wielu nagród literackich polskich i zagranicznych, w tym Paszportu Polityki oraz pięciokrotnie nagrody im. Janusza A. Zajdla. W oparciu o cykl wiedźmiński powstała także komputerowa gra RPG, której premiera miała miejsce 26 października 2007 r. Andrzej Sapkowski jest konsultantem tego tytułu.

niedziela, 4 stycznia 2009

Jamendo i CC rulezzzz

Albo jeszcze lepiej: Talco, Cabaret Sauvage, Butterfly Tea, Brad Sucks rulezzzz. Jak się domyśliliście, są to nazwy zespołów, które zamieściły swój album w serwisie jamendo.pl, używając licencji Creative Commons.

Jamendo to serwis, w którym artyści z całego świata zamieszczają swoje albumy. Każdy jest w stanie znaleźć tam muzykę dla siebie, bowiem artyści reprezentują wszystkie rodzaje muzyki! Po zaledwie godzinie przesłuchiwania doszedłem do wniosku: oni grają świetną muzykę. Nie usłyszysz jej w radiu, nie przeczytasz nigdzie recenzji o niej, tworzą ją dla siebie i dla garstki oddanych fanów, do której czym prędzej dołączyłem. Co najważniejsze, wszystkie piosenki zespołów, które wymieniłem na samym wstępie, są zamieszczone na licencji Creative Commons.

Licencja ta oferuje alternatywy wobec pełnego zastrzeżenia praw autorskich. A więc jaka jest nasza wolność, jeśli chodzi o publikowanie i rozprzestrzenianie utworów? Zgodnie z tym, co jest napisane na stronie jamendo.pl, "możesz kopiować, rozpowszechniać, reklamować oraz wykonywać ten album, dopóki: podajesz autorstwo artysty" inni ograniczają dodatkowo naszą wolność dodając: "tylko wtedy gdy publikujesz wszystkie swoje prace pochodne na tej samej licencji". Chodzi tu głównie o to, by rozpowszechniając utwór nie czerpać z tego korzyści materialnych, bowiem idea ludzi zrzeszonych w organizacji Creative Commons (dalej jako "CC") to nic innego jak oddawanie praw od tworzonych przez siebie utworów, zdjęć itp, na rzecz innych osób jak również korzystanie z dóbr opublikowanych przez innych twórców. Jeżeli chcesz dowiedzieć się więcej albo sprawdzić, czy nie kłamię, zajrzyj na stronę CreativeCommons.org

Zatem jeżeli potrzebujesz np. jakiegoś zdjęcia na bloga, to wchodzisz na Flickr.com. W wyszukiwarce zaznaczasz, że chodzi ci o zdjęcia opublikowane na licencji CC. Jeżeli szukasz dobrej muzyki, którą chciałbyś puścić w twoim szkolnym radiu lub po prostu posłuchać sobie dobrej, niszowej muzyki w czterech kątach to w imieniu twórców zapraszam na Jamendo.pl (kilka wersji językowych, w tym jak widać również polska). Innym serwisem, który zamieszcza muzykę na licencji CC jest magnatune.com. Korzystanie z zasobów tych stron jest możliwe, jak już wspomniałem, tylko i wyłącznie przy założeniu, że publikujesz z pobudek niekomercyjnych. Istnieje możliwość wykupienia licencji komercyjnej, ale za to się płaci.

Jeśli chodzi o teksty w polskim języku, bo takie zrozumiecie najlepiej, to na myśl przychodzi mi tylko jeden dział tekstów w serwisie Wiadomości24.pl nazwany "Wolna myśl". Zostały tam opublikowane teksty, które ty możesz np. wykorzystać w gazetce szkolnej, ale tylko wtedy, gdy gazetkę szkolną rozdajesz za darmo. :)

Serwis, który zbiera wszystkie rodzaje utworów, tj. zdjęcia, teksty, piosenki, w jedną całość to serwis archive.org.

PS: Piosenki zespołu Brad Sucks możesz bez problemu odsłuchać na moim blogu. Spójrz na prawo :)

Photo by steren.giannini on Creative Commons.

piątek, 2 stycznia 2009

W Ostrowcu Świętokrzyskim powstało całoroczne lodowisko

W ostatnim dniu 2008 roku w Ostrowcu Świętokrzyskim otwarto syntetyczne lodowisko o powierzchni czterystu metrów kwadratowych. Uroczystego przecięcia wstęgi dokonał prezydent miasta Jarosław Wilczyński. Koszt inwestycji to prawie milion złotych.


Lodowisko znajduje się na parkingu obok pływalni "Rawszczyzna". Budowa została sfinansowana przez Urząd Miasta oraz przez Miejski Ośrodek Sportu i Rekreacji. Powstałe lodowisko urządzono pod namiotem. Jest oświetlone i posiada nagłośnienie. Oprócz tafli otoczonej bandami znajduje się tam również wypożyczalnia łyżew, punkt ich ostrzenia, kasa oraz szatnia.

Lodowisko jest czynne od 1 stycznia. Zgodnie z decyzją prezydenta do końca tego tygodnia korzystanie z niego będzie darmowe. Zapraszam do obejrzenia krótkiego reportażu.


środa, 31 grudnia 2008

"21" - prawdziwa historia młodego geniusza

Ben Campbell, niezwykle bystry student prestiżowego MIT, potrzebuje trzysta tysięcy dolarów, by opłacić czesne na Harvardzie. Jak zdobyć takie pieniądze? Ben, zupełnie przypadkiem, znajduje na to sposób.


Mądry i błyskotliwy chłopak zachwyca swoją wiedzą większość uczniów i profesorów bostońskiej uczelni MIT. Profesor statystyki, Micky Rosa, postanawia wykorzystać jego obeznanie z cyferkami i proponuje mu dołączenie do tajnego koła naukowego. Jak się okazuje, czwórka studentów i profesor liczą po godzinach, nie są to jednak zwykłe zajęcia, bowiem liczą oni... karty. Co weekend wyjeżdżają do Vegas, by wykorzystując opracowany przez siebie system, zgarnąć niezłe sumki z krupierskich stołów.

Black Jack, bo właśnie w tę popularną grę karcianą grają nasi bohaterowie, polega na uzyskaniu wyniku jak najbliżej (ale nie więcej niż) 21 punktów. Najwyższym układem kart jest Black Jack, czyli as i 10 lub figura, za który gracz dostaje 150 proc. zakładu. Istnieje wiele sposobów na oszukanie krupiera, jeden z nich, czyli liczenie kart, wykorzystują bohaterowie "21". Ben (Jim Sturgess) początkowo odmawiał, lecz w końcu przełamał się. Przede wszystkim musiał nauczyć się zasad gry, następnie uczył się sposobu liczenia kart. Musiał poznać system, jakim gra cała piątka, a w końcu przejść chrzest bojowy przed oficjalnym starciem w Vegas.

W światowym centrum hazardu Ben stawał się innym człowiekiem. Ze zwykłego młodziana przeistaczał się w pysznego syna milionera szastającego kasą na lewo i prawo, początkowo po to, by ukryć to, że wygrywa dzięki wypracowanemu systemowi, później jednak staje się to faktem. Dla Black Jacka i nowych przyjaciół, w tym również dla Jill (Kate Bosworth) - jego dziewczyny, porzucił starych kumpli, z którymi przygotowywał się do konkursu robotów 2.0.9., oraz dotychczasową pracę. W Vegas płacili o niebo więcej.

Dynamizmu akcji dodaje "przyspieszanie otoczenia" w brawurowym wykonaniu Russella Carpentera. Widzimy Bena i powiększające się kupki jego żetonów, rozmazane postacie ludzi przemieszczających się za nim, i jego samego w transie. Nieprzerwane pasmo zwycięstw sprawia, że Ben stawia coraz to więcej pieniędzy. Jednak szczęście nie dopisuje mu zawsze...

Film "21" w reżyserii Roberta Luketica można zaliczyć do popularnych ostatnio (albo przynajmniej ja na takie trafiam, (patrz recenzja "Siedmiu dusz") filmów o dynamicznych zwrotach akcji, tajemniczości i niespodziewanych, choć w tym przypadku również zabawnym, zakończeniach. Tajemniczości fabule dodaje postać profesora Micky Rosa (Kevin Spacey), który z pewnych przyczyn nie gra w Black Jack'a, lecz tylko instruuje studentów jak grać, by wygrać.

Jest to film, który zaskakuje i może się wielu osobom podobać. Główną rolę w filmie obok Sturgess'a, Specey'a i Bosworth gra muzyka. Dźwięki dobrane przez Davida Sardy'ego dodają dynamizmu. Nie są to popowe soundtracki, ale piosenki zahaczające trochę o electro house. Po dwugodzinnym seansie nie byłem zawiedziony i dzisiaj, chwilę przed napisaniem tej recenzji, obejrzałem go po raz drugi. Film nie nudzi, wręcz przeciwnie, zostajemy wciągnięci w wir hazardu razem z bohaterem, a gdy dostajemy po twarzy, razem z Benem krzyczymy: "Auć!".

Atrakcyjności filmowi dodaje fakt, iż jest oparty na prawdziwej historii Semyona Dukacha, emigranta z Rosji. Pomimo że jest to kolejne american dream, czyli "od pucybuta do milionera", obraz Luketica zachwyca i z pewnością jest godny polecenia. Jeżeli jeszcze ktoś z Was nie obejrzał tej produkcji, która swoją polską premierę miała w czerwcu kończącego się właśnie roku, bez obaw powinien to zrobić.

wtorek, 30 grudnia 2008

Siedem dusz - film o pomaganiu z zaskakującym finałem

Wyreżyserowany przez Gabriele Muccino film "Siedem dusz" jeszcze nie doczekał się premiery w Polsce. Już teraz jednak zachęcam do obejrzenia tej oryginalnej produkcji o przejmującej historii Tima Thomasa, w którego wcielił się Will Smith.


Timowi, który przez ponad połowę filmu znany jest nam jako Ben, traumatyczne przeżycia i wspomnienia z przeszłości nie pozwalają żyć w spokoju. Jego celem staje się pomoc siedmiu osobom. Podszywając się pod brata, urzędnika podatkowego, nasz bohater zdobywa dane osób, które tej pomocy potrzebują. Jako pierwszemu pomaga własnemu bratu, który choruje na raka płuc i potrzebuje przeszczepu dwóch płatów. Tim daje mu jeden z nich. Sześć miesięcy później oddaje prawą cześć wątroby zupełnie nieznanej mu kobiecie, o imieniu Holly, z którą później utrzymywać będzie bliski kontakt.

Wraz z rozwojem akcji stajemy się świadkami kolejnych aktów pomocy wobec innych osób. Tim bez znieczulenia oddaje szpik kostny młodemu chłopakowi, którego spotyka w szpitalu, podczas odwiedzin u Holly.

Tam również poznaje Emily, która, aby żyć, potrzebuje nowego serca. Tim Thomas cały czas podszywa się pod brata. Wykorzystuje to, aby spotkać się z Emily Posa, pod pozorem odebrania w imieniu rządu zaległych 56 tys. dolarów. Tim posiada o niej bardzo wiele informacji. Pyta ją nawet, czy wypowiedziała zdanie: "Uważam, że nie zasługuję na serce, bo moje życie w żaden sposób nie jest nadzwyczajne", co oczywiście ją szokuje. Pomimo że ich znajomość nie zaczyna się dobrze, coś między nimi iskrzy. Później spotykają się coraz częściej. Gdy chora na serce dziewczyna porusza kwestie poprzedniej miłości Tima, on złości się i zabrania pytań w tej sprawie. Tim nie chce się otwierać przed żadną osobą, której zamierza pomóc, bo jak sam mówi: - Nie jest to zawarte w umowie.

Mężczyzna pomaga również kobiecie bitej przez męża. Oddaje jej i jej dzieciom swój własny dom i samochód. Sam zamieszkuje w motelu. Kolejna osoba z jego krótkiej listy to Ezra Turner (Woody Harrelson), niewidomy sprzedawca psiej karmy on-line i pianista. Siódma osoba, której Tim pomaga to George, starszy mężczyzna, któremu oddaje swoją nerkę. Pewnego dnia Tim popełnia samobójstwo...

Nie jest to film z gatunku "wyciskaczy łez", nie ma tu romantycznych scen i nostalgicznych momentów, są problemy zwykłych ludzi i jeden człowiek, który im pomaga. Samo życie ukazane w nadzwyczajny sposób.
Gra aktorska głównych bohaterów, czyli Willa Smitha i Rosario Dawson, jest naprawdę dobra. Podobnie jak muzyka, za którą był odpowiedzialny Angelo Milli. Bardzo trudno jest się domyślić, co tak właściwie skłoniło Tima do pomocy tylu osobom oraz do popełnienia samobójstwa i oddania organów. To tajemnica, która towarzyszy nam przez cały film. Wraz z jedną z bohaterek - Emily, my widzowie dowiadujemy się prawdy dopiero na końcu filmu. Zaskoczenie jest ogromne.

Obraz polecam nawet najwybredniejszym kinomanom. Zapewniam, że dwie godziny, które poświęcicie na obejrzenie filmu, nie będą czasem straconym.

Światowa premiera amerykańskiej produkcji filmowej pt. "Siedem dusz" odbyła się 19 grudnia. W Polsce film na ekranach kin zobaczymy dopiero 13 marca 2009 roku. Zobacz zwiastun

niedziela, 28 grudnia 2008

Dwa grzechy główne

Piłeś? Nie jedź! Jeśli chcesz pić, sprawdź pochodzenie alkoholu! Mimo że te dwie życiowe prawdy są nam doskonale znane, nie przestrzegamy ich. Te święta obfitowały w dramatyczne wydarzenia, których czarnych bohaterem był alkohol.


Piątek. Ostatni weekend przed świętami. Pan Mieczysław * spożywa wraz z zięciem i jego ojcem rozrobiony z wodą spirytus, który zięć nabył na miejscowym bazarze. Na drugi dzień wstaje jak gdyby nigdy nic. Dzień jak każdy inny po wypiciu. Jednak późnym popołudniem coś zaczęło się z nim dziać. Nagłe zachwianie równowagi, niewydolność oddechowa. Mieczysław nie może wyraźnie mówić. Gdy stan się pogarsza, Pani Jadwiga, jego żona, postanawia zadzwonić po karetkę. Ta przybywa szybko, a wystawiona przez lekarza diagnoza jest zatrważająca. Zatrucie glikolem etylenowym. Organizm przestaje walczyć. Nerki nie pracują. Na drugi dzień Lekarze postanawiają wprowadzić pacjenta w śpiączkę farmakologiczną, aby ten nie czuł bólu, a jego organizm zaczął walczyć z toksynami. Te święta pani Jadwiga odpuściła, najważniejsze w tej chwili jest zdrowie jej męża. Nerki Mieczysława są codziennie poddawane czterogodzinnej dializie, która ma zmniejszyć obecność toksyn w organizmie. W sobotę nastąpiła próba wybudzenia pacjenta ze śpiączki. Udało się. Mieczysław widzi, słyszy, ale zachowuje się tak jakby nie wiedział, gdzie jest i dlaczego. Pomimo wybudzenia pogarsza się stan i pan Mieczysław znów zostaje podłączony do respiratora. Lekarze mówią wprost: - Tak może być przez najbliższy miesiąc, a nawet dłużej.

Czwartek. Już nie przed świętami, lecz w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia. Miejscowość Okół nieopodal Bałtowa. Młody, dwudziestopięcioletni, mężczyzna idzie poboczem na swoje zaręczyny. Czarnym oplem jadą dwaj mężczyźni pod wpływem alkoholu. Kierowca zatrzymuje się na poboczu i okazuje się, że cała trójka to znajomi. Kierowca proponuje podwózkę na owe zaręczyny. Niestety, zakończyła się ona tragicznie. Nagle kierowca rozpędzonego samochodu stracił kontrole nad pojazdem i tyłem z impetem uderzył w ogrodzenie posesji. Trzeźwy pasażer, niedoszły narzeczony, zmarł na miejscu. Kierowca z kolegą, obaj pijani, wyszli z tego bez większych obrażeń.

W obu sytuacjach alkohol zgarnął swoje makabryczne żniwo. Obie zdarzyły się w okresie przed i świątecznym, choć tak naprawdę mogły się zdarzyć kiedykolwiek indziej. W obu sytuacjach tragedię poniosły osoby niewinne i niczego nie świadome. Obie sprawią, że te święta długo zostaną w pamięci rodzin i ocalałych. Miejmy nadzieję, że sprawią również, że bohaterzy tych dramatycznych sytuacji przestaną spożywać alkohol. Dla mnie analogia jest jeszcze jedna - w większym lub mniejszym stopniu te tragedie wpłynęły na mnie samego.

Takich sytuacji jest niestety wiele. Nie będę apelował o rozwagę i rozsądek. Nie ma to najmniejszego sensu. Będę rad, kiedy zrozumiecie to, co chciałem Wam przekazać.

* Imiona bohaterów pozwoliłem sobie zmienić.

czwartek, 25 grudnia 2008

Tak niewielu, którym zawdzięczamy tak wiele

W historycznych opisach wojennych starć niemieckiej Luftwaffe i brytyjskiego RAF-u z roku 1940 pomijane są nazwiska szeregowych pilotów, od których zależało przecież najwięcej. Zwłaszcza tych, którzy nie walczyli za swój kraj.


Alex Kershaw w książce pt. "Tak niewielu", która pojawiła się w Polsce w listopadzie, opowiada właśnie o tych pilotach, którzy brali udział w Bitwie o Anglię, jednak nie byli ani Niemcami, ani Anglikami. Oprócz wielu Polaków i Rumunów w tej powietrznej bitwie uczestniczyli Amerykanie, którzy "sprzeciwili się ojczyźnie, by walczyć z Hitlerem".

Alex Kershaw, aby dowiedzieć się jak najwięcej o młodych, butnych i żądnych przygód Amerykanach, dociera do niezliczonej ilości materiałów. Rozmawia z rodzinami pilotów, wynajduje skrawki artykułów prasowych z tamtych lat, czyta biografie i książki, a nawet dzienniki pokładowe, które okazują się najlepszym i najdokładniejszym źródłem informacji o samych lotnikach, zarówno amerykańskich zaciągniętych do RAF-u, jak i niemieckich walczących w oddziałach Luftwaffe. Pod względem merytorycznym książka jest doskonała. Z tej fascynującej powieści najwięcej dowiadujemy się o Eugenie Tobinie, pseudonim "Red" (to zasługa jego włosów w kolorze miedzianym), Arthurze Donahue oraz o najniższym ze wszystkich pilotów RAF-u - Vernonie Keough, posiadającym pseudonim "Shorty". Oprócz nich poznajemy również historię Mistrza Olimpijskiego z roku 1928 i 1932 w bobsleju, Billy'ego Fiske'a, który zaciągnął się jako pierwszy Amerykanin do Królewskich Sił Powietrznych (RAF) i jako pierwszy zginął.*
Z książki tej dowiadujemy się również w jakich okolicznościach podpisywano akt kapitulacji Francji, co myślał i jak zachowywał się Churchill w chwili ataku na jego ojczyznę i podczas trwania walk. Dowiadujemy się wiele o Hermanie Goringu, niemieckim dowódcy lotnictwa wojskowego, którego podwładni nazywali "grubasem". Nie pozostaje nam obca historia asów Luftwaffe, Adolfa Galland'a i Wernera Moldersa, którzy do śmierci przeganiali się ilością zestrzelonych samolotów armii brytyjskiej. Poznajemy kulisy powstania pierwszego, w pełni amerykańskiego, dywizjonu 71. Autor książki nie umniejsza również roli polskich pilotów. W książce czytamy o znakomitych pilotach Tadeuszu Nowierskim i Piotrze Ostaszewskim. Znajdziemy w tej książce także wspaniałe, oddające dynamizm akcji, opisy powietrznych walk.


Jednak dzięki tej książce głównie poznajemy historię ludzi, którzy sprzeciwili się własnemu narodowi, by walczyć z niemieckim terrorem. Tobin i "Shorty" od małego byli zafascynowani lotnictwem, chcieli latać. Jako że podczas II wojny światowej amerykański rząd zachowywał neutralność (do ataku na Pearl Harbor), nie mogli walczyć z Hitlerem. Postanowili zdobyć kanadyjski paszport, by ominąć surowe przepisy i zaciągnąć się do francuskich sił powietrznych "Armée de l'Air". Po długiej i męczącej przeprawie przez Atlantyk dotarli do Francji. Niestety, na przydział samolotu się nie doczekali, a Francuzi szybko skapitulowali. Korzystając z okazji, jaką była ucieczka Anglików mieszkających we Francji promem do ojczyzny, dotarli na wyspę w celu dołączenia do brytyjskich sił powietrznych, by wreszcie stanąć oko w oko, dziób w dziób, z pilotem niemieckiego messerschmitta. Wraz ze swoim kolegą, Andrew'em Mamedoff'em, co prawda po długim oczekiwaniu i wielu problemach, dostali pozwolenie na dołączenie do dywizjonu 609. I wkrótce spełniły się ich marzenia. Wreszcie w kabinach spitfire'ów i hurricane'ów spotkali się w powietrzu z "bandytami".

Nie będę streszczał całej książki. Jeżeli będziecie mieli okazję nabyć ową książkę, to zróbcie to bez zastanowienia. Książka jest bowiem idealna nie tylko dla fanów lotnictwa, sympatyków historii, ale też dla wszystkich, którzy chcieliby poznać historię niesamowicie odważnych młodzieńców, którzy ryzykowali życie, by bronić obcy kraj przed terrorem Adolfa Hitlera. Walczyli w przestworzach z wielką wiarą w zwycięstwo, nieustraszeni, odważni. Historia tych ludzi chwyta za serce i wzrusza.

Ta znakomita powieść kończy się słowami: "Niemal co roku 4 lipca, w rogu cmentarza w Boxgrove w hrabstwie Sussex, na grobie (...) Bily'ego Fiske'a, pierwszego Amerykanina, który poniósł śmierć w bitwie o Anglię, pojawiają się kwiaty. Na kamiennym nagrobku widnieje inskrypcja: Obywatel amerykański, który zginął, by Anglia mogła żyć".

* W rzeczywistości pierwszym amerykańskim lotnikiem, który zginął w walce był kapitan lotnictwa Jimmy Davis z Dywizjonu 79. Został zestrzelony i zginął 25 czerwca 1940 roku, prawie dwa miesiące przed Fiskiem. Fakt ten wyszedł na jaw dopiero po wojnie.

niedziela, 7 grudnia 2008

Dziennikarzu obywatelski, kupuj lokalne gazety!

Nie, to nie jest reklama gazet. Wręcz przeciwnie. Jeżeli piszesz o wydarzeniach lokalnych powinieneś wiedzieć, co pojawia się na stronach gazet wydawanych w Twoim mieście. Dlaczego?
Wyrównaj z obu stron
Z prostego powodu. Mogą to być Twoje teksty! Dziennikarze lokalni mają niechlubny nawyk kopiowania tekstów na strony swojej gazety. Jedyne, co może ich usprawiedliwić to zarobki, marne zarobki, które na pewno nie motywują do wytężonej pracy i pisania autorskich tekstów. Łatwiej przecież jest skopiować albo napisać tekst na podstawie tekstu innych. Nie jest to oczywiście reguła. Nie wszyscy dziennikarze tak robią, ale warto wiedzieć, że tacy są. Żeby nie być gołosłownym przytoczę moje przygody z gazetą z mojego miasta. Do tej pory nie miałem nawyku sprawdzania, co też pojawia w tych gazetach i czy przypadkiem nie ma tam mojego tekstu.

Za pierwszym razem tekst pokazał mi kolega. Był prawie identyczny jak mój, dopisano jedynie wypowiedź trenera. Od razu skontaktowałem się z redakcją Wiadomości24.pl. Pamiętajcie, że redakcja w takich sytuacjach reaguje wręcz natychmiastowo. Już pod koniec tego samego tygodnia na redakcyjnym biurku owej gazety wylądował list od prawnika Polskapresse, który opisywał całą sprawę. W tym przypadku okazało się jednak, że to trener chłopaka, o którym jest tekst, wysłał artykuł do redakcji. Trener proponował zadośćuczynienie. Jako, że znam wszystkich bohaterów tekstu, a nawet jeden z nich to mój brat, nie chciałem przyjąć oferowanych mi pieniędzy. Zaproponowałem, że chłopaki dostaną darmowy miesiąc ćwiczeń w siłowni prowadzonej przez trenera. Uf, obyło się bez nazwisk.

Druga sytuacja zdarzyła się całkiem niedawno. Dziennikarz obywatelski z Ostrowca Św. pisujący dla Wiadomości24.pl zasygnalizował mi, że tekst, który pojawił się we wtorek, jest łudząco podobny do mojego. "Te same określenia, wątki, układ zdarzeń itp. Przypadek?" - opowiadał DO. Sprawdziłem. I rzeczywiście. Tekst jest bardzo podobny do mojego, ale jeżeli przyszłoby udokumentować sprawę to niestety, ale nie mogę jednoznacznie stwierdzić: ukradli mi tekst. Tekst się różni, jest krótszy, trochę dodali od siebie. Jednak, jak zauważył kolega, układ zdarzeń i wątki są identyczne. Powtórzę zatem za nim: przypadek?

Tym razem nie walczyłem o swoje, bo emocje moje ostudził redaktor Wiadomości24.pl mówiąc: - Tym razem byli mądrzejsi i nie przepisali artykułu słowo w słowo. Nie ma jak ich "ugryźć", bo Ci odpowiedzą, że po prostu - tekst jest podobny, bo Ty i reporter gazety byliście na tym samym wydarzeniu, więc nic dziwnego, że materiały są trochę podobne.

Bardzo ciężko byłoby udowodnić winę redaktora gazety. Warto jednak wiedzieć, że takie praktyki są stosowane, wtedy na pewno zmieni się Twoje zdanie o redaktorach w Twoim mieście.

Drodzy Dziennikarze Obywatelscy piszący lokalnie, kupujcie lub przynajmniej przeglądajcie gazety wydawane w Waszych miastach! Może się okazać bowiem, że jesteście niezatrudnionymi pracownikami lokalnej prasy.


wykorzystane zdjęcie (na górze) jest autorstwa Pameli Machado i jest wykorzystane na licencji Creative Comonns.

wtorek, 25 listopada 2008

Bezpośredni Sapkowski kontra napalczywi czytelnicy

Dzisiaj w Biurze Wystaw Artystycznych w Ostrowcu o godzinie 16 doszło do starcia pomiędzy autorem i czytelnikami. Narzędziem było słowo. Po jednej stronie barykady Andrzej Sapkowski, po drugiej żądni wiedzy czytelnicy.

A pytali o wszystko. Byli dokładni i szczegółowi. Andrzej Sapkowski nie mógł opędzić się od dociekliwych pytań, często pointował je śmieszną anegdotką, która rozbawiała tłumnie zebranych. Fani wybitnego artysty wreszcie mogli dowiedzieć się wielu rzeczy o samym artyście, dowiedzieli się, że jest zwykłym człowiekiem, zabawnym, trochę gubiącym się w tym, co mówi, ale potrafiącym się z tego śmiać, na pewno oczytanym i mądrym.

Czego dowiadujemy się od autora pięciotomowej sagi o przygodach Wiedźmina? Na przykład tego, że pełnometrażowy film, który powstał (rzekomo) na podstawie jego książki, powstał tak naprawdę na podstawie komiksu. Ludzie, którzy tworzyli ten film nie czytali książek i nie pofatygowali się nawet, aby skonsultować cokolwiek z samym autorem. W przeciwieństwie do autorów gry komputerowej, którzy wypytywali np. o mapę gry, o nazwy własne itp. Dowiedzieliśmy się, że za pierwsze opowiadanie Sapkowski dostał 200 zł, że dobre opowiadanie piszę się nawet pół roku i marne są z tego pieniądze. Dlatego pisał książki, a że okazały się wyśmienitym fantasy, to nic tylko dziękować Bogu.

Skąd czerpie inspiracje i pomysły? Z głowy. Z niczego więcej. Pisząc zamyka się w pokoju ze swoimi źródłami i nikt nie może mu przeszkadzać. Czasem w podróży lub podczas wakacji czyta teksty i poprawia. Czy cechy bohaterów były cechami otaczających go osób? - Nie, nikogo nie parodiuje, nie karykaturuję, to wszystko rodzi się tu. - wskazuje palcem na głowę Sapkowski. Na pytanie o najbardziej udaną książkę według niego samego, odpowiada: - Czyli, że mam powiedzieć, która z moich brzydkich córek jest najładniejsza? Nie, nie robię rankingów.

Jak sam tłumaczy, dla nas jego książki to piękne opisy przyrody, chwytające za serce przygody, ciekawe i intrygujące sytuacje, zachody słońca, bohaterowie, jednak dla niego to są tylko literki. Literki, które składa w wyrazy, wyrazy w zdania, a zdania w konkretny tekst. Dla niego to materiał, dla nas produkt, jakże wyśmienitej jakości!

Sapkowski, jak sam powiedział, nie napisał jeszcze najlepszej książki. Jednak każda wydana pozycja, każde tłumaczenie, nawet każde spotkanie z czytelnikami sprawia mu przyjemność i radość. W swoich wywodach jest bezpośredni i dosadny. Jeżeli ma powiedzieć, że czegoś ma dość, zapewne bez pardonu powie, że czymś rzyga.

Na koniec został zapytany, jak to zwykle bywa na spotkaniach autorskich, o to nad jakim dziełem obecnie pracuje i kiedy możemy się go spodziewać w księgarniach. - Nie powiem, bo ukradną mi pomysł. Taki jest teraz rynek. - odpowiada na ostatnie z wielu pytań zadawanych zarówno przez młodych, jak i starszych czytelników. Wiemy jednak, już nie od Sapkowskiego, że jest to powieść fantasy, której akcja toczy się podczas II wojny światowej. Zapowiada się ciekawie.

sobota, 15 listopada 2008

Miłość, wolność, śmierć - Węgry w filmie Krisztina Goda

W Ostrowcu Świętokrzyskim odbywają się Spotkania Filmowe. Do grona emitowanych filmów należy węgierski melodramat historyczny "1956 Wolność i Miłość" w reżyserii Krisztina Goda. Film dla Węgrów ma takie same znaczenie jak dla nas "Katyń".

W czerwcu 1956 roku w Poznaniu ogłoszono pierwszy w PRL strajk generalny. Zapoczątkowany przez pracowników Zakładu Przemysłu Metalowego H. Cegielski Poznań, przekształcił się w powstanie Wielkopolan, nazywane przez historyków powstaniem poznańskim. Wówczas było ono bagatelizowane, a rola i znaczenie powstania nagminnie umniejszane. Z rąk milicji, wojska i funkcjonariuszy UB ginęli ludzie, którzy pragnęli wolnej Polski. Powstanie w Poznaniu zmotywowało rewolucjonistów węgierskich do działań narodowowyzwoleńczych. W stolicy wielkopolski zginęło jednak tylko 70 powstańców. Tylko, w porównaniu z 2,5 tysiącami zabitych Węgrów. Rewolta Węgierska wybuchła 23 października 1956 roku, wzniecona została przez studentów politechniki w Budapeszcie. Zaczęło się od manifestacji poparcia dla powstańców w Polsce, jednak przerodziło się to w bunt społeczeństwa. Setki tysięcy ludzi zgromadziło się pod pomnikiem Bema, by odczytać swoje żądania i demonstrować sprzeciw dla komunistycznych rządów radzieckich na Węgrzech. Później zaczęła się walka...

Tło historyczne, na którym opiera się film w adaptacji węgierskiego reżysera Krisztina Goda, zostało przedstawione bardzo realistycznie. Dla Węgrów film ten ma takie znaczenie, jak dla nas, Polaków, film "Katyń" Andrzeja Wajdy. Na początku, jego akcja toczy się w dwóch różnych miejscach. Wśród studentów-rewolucjonistów, którzy pragną, czerpiąc wzór z Polaków, walczyć z Czerwoną Gwiazdą by odzyskać wolność narodu oraz wśród waterpolistów reprezentacji Węgierskiej. Viki Falk, w której rolę wcieliła się Kata Dobó, to studentka, przywódczyni rewolucji na Węgrzech. Karcsi Szabó (Iván Fenyö) to czołowy waterpolista reprezentacji Węgier. Wspólny przyjaciel złączył ich losy, wymienili się pierwszymi spojrzeniami, a ogień miłości już zaczął się palić. Choć początkowo Karcsi wahał się, nie wiedząc czy rzucić (jak się okazało później tylko na okres powstania) reprezentację i przygotowania do zbliżającej się Olimpiaday, na rzecz idei rewolucji, a co za tym idzie uznania w oczach Viki. Ogień w ich sercach nie zgasł do końca. Podczas walk, akcji wyzwoleńczych, strzelanin, pułapek byli obok siebie.

Gdy po prawie trzech tygodniach walk z UB i wojskami radzieckimi, w których zginęło 2 500 Węgrów i jeszcze więcej było rannych nadszedł czas na Olimpiadę. Pomimo, że wcześniej Karcsi opuścił drużynę, pozwolono mu wrócić. Wrócił i on, jak i cała reprezentacja, pokazał klasę w Melbourne, gdzie zwycięstwo w finale nad Rosją jest do dzisiaj symbolem swego rodzaju zwycięstwa, choć nie na polu bitwy.

Reżyserzy i scenarzyści tego filmu doskonale wiedzieli, że sport, walka narodowowyzwoleńcza i miłość to idealne połączenie, które poruszy serca wielu ludzi, nie tylko Węgrów. Moje poruszył. A twoje?