środa, 31 grudnia 2008

"21" - prawdziwa historia młodego geniusza

Ben Campbell, niezwykle bystry student prestiżowego MIT, potrzebuje trzysta tysięcy dolarów, by opłacić czesne na Harvardzie. Jak zdobyć takie pieniądze? Ben, zupełnie przypadkiem, znajduje na to sposób.


Mądry i błyskotliwy chłopak zachwyca swoją wiedzą większość uczniów i profesorów bostońskiej uczelni MIT. Profesor statystyki, Micky Rosa, postanawia wykorzystać jego obeznanie z cyferkami i proponuje mu dołączenie do tajnego koła naukowego. Jak się okazuje, czwórka studentów i profesor liczą po godzinach, nie są to jednak zwykłe zajęcia, bowiem liczą oni... karty. Co weekend wyjeżdżają do Vegas, by wykorzystując opracowany przez siebie system, zgarnąć niezłe sumki z krupierskich stołów.

Black Jack, bo właśnie w tę popularną grę karcianą grają nasi bohaterowie, polega na uzyskaniu wyniku jak najbliżej (ale nie więcej niż) 21 punktów. Najwyższym układem kart jest Black Jack, czyli as i 10 lub figura, za który gracz dostaje 150 proc. zakładu. Istnieje wiele sposobów na oszukanie krupiera, jeden z nich, czyli liczenie kart, wykorzystują bohaterowie "21". Ben (Jim Sturgess) początkowo odmawiał, lecz w końcu przełamał się. Przede wszystkim musiał nauczyć się zasad gry, następnie uczył się sposobu liczenia kart. Musiał poznać system, jakim gra cała piątka, a w końcu przejść chrzest bojowy przed oficjalnym starciem w Vegas.

W światowym centrum hazardu Ben stawał się innym człowiekiem. Ze zwykłego młodziana przeistaczał się w pysznego syna milionera szastającego kasą na lewo i prawo, początkowo po to, by ukryć to, że wygrywa dzięki wypracowanemu systemowi, później jednak staje się to faktem. Dla Black Jacka i nowych przyjaciół, w tym również dla Jill (Kate Bosworth) - jego dziewczyny, porzucił starych kumpli, z którymi przygotowywał się do konkursu robotów 2.0.9., oraz dotychczasową pracę. W Vegas płacili o niebo więcej.

Dynamizmu akcji dodaje "przyspieszanie otoczenia" w brawurowym wykonaniu Russella Carpentera. Widzimy Bena i powiększające się kupki jego żetonów, rozmazane postacie ludzi przemieszczających się za nim, i jego samego w transie. Nieprzerwane pasmo zwycięstw sprawia, że Ben stawia coraz to więcej pieniędzy. Jednak szczęście nie dopisuje mu zawsze...

Film "21" w reżyserii Roberta Luketica można zaliczyć do popularnych ostatnio (albo przynajmniej ja na takie trafiam, (patrz recenzja "Siedmiu dusz") filmów o dynamicznych zwrotach akcji, tajemniczości i niespodziewanych, choć w tym przypadku również zabawnym, zakończeniach. Tajemniczości fabule dodaje postać profesora Micky Rosa (Kevin Spacey), który z pewnych przyczyn nie gra w Black Jack'a, lecz tylko instruuje studentów jak grać, by wygrać.

Jest to film, który zaskakuje i może się wielu osobom podobać. Główną rolę w filmie obok Sturgess'a, Specey'a i Bosworth gra muzyka. Dźwięki dobrane przez Davida Sardy'ego dodają dynamizmu. Nie są to popowe soundtracki, ale piosenki zahaczające trochę o electro house. Po dwugodzinnym seansie nie byłem zawiedziony i dzisiaj, chwilę przed napisaniem tej recenzji, obejrzałem go po raz drugi. Film nie nudzi, wręcz przeciwnie, zostajemy wciągnięci w wir hazardu razem z bohaterem, a gdy dostajemy po twarzy, razem z Benem krzyczymy: "Auć!".

Atrakcyjności filmowi dodaje fakt, iż jest oparty na prawdziwej historii Semyona Dukacha, emigranta z Rosji. Pomimo że jest to kolejne american dream, czyli "od pucybuta do milionera", obraz Luketica zachwyca i z pewnością jest godny polecenia. Jeżeli jeszcze ktoś z Was nie obejrzał tej produkcji, która swoją polską premierę miała w czerwcu kończącego się właśnie roku, bez obaw powinien to zrobić.

wtorek, 30 grudnia 2008

Siedem dusz - film o pomaganiu z zaskakującym finałem

Wyreżyserowany przez Gabriele Muccino film "Siedem dusz" jeszcze nie doczekał się premiery w Polsce. Już teraz jednak zachęcam do obejrzenia tej oryginalnej produkcji o przejmującej historii Tima Thomasa, w którego wcielił się Will Smith.


Timowi, który przez ponad połowę filmu znany jest nam jako Ben, traumatyczne przeżycia i wspomnienia z przeszłości nie pozwalają żyć w spokoju. Jego celem staje się pomoc siedmiu osobom. Podszywając się pod brata, urzędnika podatkowego, nasz bohater zdobywa dane osób, które tej pomocy potrzebują. Jako pierwszemu pomaga własnemu bratu, który choruje na raka płuc i potrzebuje przeszczepu dwóch płatów. Tim daje mu jeden z nich. Sześć miesięcy później oddaje prawą cześć wątroby zupełnie nieznanej mu kobiecie, o imieniu Holly, z którą później utrzymywać będzie bliski kontakt.

Wraz z rozwojem akcji stajemy się świadkami kolejnych aktów pomocy wobec innych osób. Tim bez znieczulenia oddaje szpik kostny młodemu chłopakowi, którego spotyka w szpitalu, podczas odwiedzin u Holly.

Tam również poznaje Emily, która, aby żyć, potrzebuje nowego serca. Tim Thomas cały czas podszywa się pod brata. Wykorzystuje to, aby spotkać się z Emily Posa, pod pozorem odebrania w imieniu rządu zaległych 56 tys. dolarów. Tim posiada o niej bardzo wiele informacji. Pyta ją nawet, czy wypowiedziała zdanie: "Uważam, że nie zasługuję na serce, bo moje życie w żaden sposób nie jest nadzwyczajne", co oczywiście ją szokuje. Pomimo że ich znajomość nie zaczyna się dobrze, coś między nimi iskrzy. Później spotykają się coraz częściej. Gdy chora na serce dziewczyna porusza kwestie poprzedniej miłości Tima, on złości się i zabrania pytań w tej sprawie. Tim nie chce się otwierać przed żadną osobą, której zamierza pomóc, bo jak sam mówi: - Nie jest to zawarte w umowie.

Mężczyzna pomaga również kobiecie bitej przez męża. Oddaje jej i jej dzieciom swój własny dom i samochód. Sam zamieszkuje w motelu. Kolejna osoba z jego krótkiej listy to Ezra Turner (Woody Harrelson), niewidomy sprzedawca psiej karmy on-line i pianista. Siódma osoba, której Tim pomaga to George, starszy mężczyzna, któremu oddaje swoją nerkę. Pewnego dnia Tim popełnia samobójstwo...

Nie jest to film z gatunku "wyciskaczy łez", nie ma tu romantycznych scen i nostalgicznych momentów, są problemy zwykłych ludzi i jeden człowiek, który im pomaga. Samo życie ukazane w nadzwyczajny sposób.
Gra aktorska głównych bohaterów, czyli Willa Smitha i Rosario Dawson, jest naprawdę dobra. Podobnie jak muzyka, za którą był odpowiedzialny Angelo Milli. Bardzo trudno jest się domyślić, co tak właściwie skłoniło Tima do pomocy tylu osobom oraz do popełnienia samobójstwa i oddania organów. To tajemnica, która towarzyszy nam przez cały film. Wraz z jedną z bohaterek - Emily, my widzowie dowiadujemy się prawdy dopiero na końcu filmu. Zaskoczenie jest ogromne.

Obraz polecam nawet najwybredniejszym kinomanom. Zapewniam, że dwie godziny, które poświęcicie na obejrzenie filmu, nie będą czasem straconym.

Światowa premiera amerykańskiej produkcji filmowej pt. "Siedem dusz" odbyła się 19 grudnia. W Polsce film na ekranach kin zobaczymy dopiero 13 marca 2009 roku. Zobacz zwiastun

niedziela, 28 grudnia 2008

Dwa grzechy główne

Piłeś? Nie jedź! Jeśli chcesz pić, sprawdź pochodzenie alkoholu! Mimo że te dwie życiowe prawdy są nam doskonale znane, nie przestrzegamy ich. Te święta obfitowały w dramatyczne wydarzenia, których czarnych bohaterem był alkohol.


Piątek. Ostatni weekend przed świętami. Pan Mieczysław * spożywa wraz z zięciem i jego ojcem rozrobiony z wodą spirytus, który zięć nabył na miejscowym bazarze. Na drugi dzień wstaje jak gdyby nigdy nic. Dzień jak każdy inny po wypiciu. Jednak późnym popołudniem coś zaczęło się z nim dziać. Nagłe zachwianie równowagi, niewydolność oddechowa. Mieczysław nie może wyraźnie mówić. Gdy stan się pogarsza, Pani Jadwiga, jego żona, postanawia zadzwonić po karetkę. Ta przybywa szybko, a wystawiona przez lekarza diagnoza jest zatrważająca. Zatrucie glikolem etylenowym. Organizm przestaje walczyć. Nerki nie pracują. Na drugi dzień Lekarze postanawiają wprowadzić pacjenta w śpiączkę farmakologiczną, aby ten nie czuł bólu, a jego organizm zaczął walczyć z toksynami. Te święta pani Jadwiga odpuściła, najważniejsze w tej chwili jest zdrowie jej męża. Nerki Mieczysława są codziennie poddawane czterogodzinnej dializie, która ma zmniejszyć obecność toksyn w organizmie. W sobotę nastąpiła próba wybudzenia pacjenta ze śpiączki. Udało się. Mieczysław widzi, słyszy, ale zachowuje się tak jakby nie wiedział, gdzie jest i dlaczego. Pomimo wybudzenia pogarsza się stan i pan Mieczysław znów zostaje podłączony do respiratora. Lekarze mówią wprost: - Tak może być przez najbliższy miesiąc, a nawet dłużej.

Czwartek. Już nie przed świętami, lecz w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia. Miejscowość Okół nieopodal Bałtowa. Młody, dwudziestopięcioletni, mężczyzna idzie poboczem na swoje zaręczyny. Czarnym oplem jadą dwaj mężczyźni pod wpływem alkoholu. Kierowca zatrzymuje się na poboczu i okazuje się, że cała trójka to znajomi. Kierowca proponuje podwózkę na owe zaręczyny. Niestety, zakończyła się ona tragicznie. Nagle kierowca rozpędzonego samochodu stracił kontrole nad pojazdem i tyłem z impetem uderzył w ogrodzenie posesji. Trzeźwy pasażer, niedoszły narzeczony, zmarł na miejscu. Kierowca z kolegą, obaj pijani, wyszli z tego bez większych obrażeń.

W obu sytuacjach alkohol zgarnął swoje makabryczne żniwo. Obie zdarzyły się w okresie przed i świątecznym, choć tak naprawdę mogły się zdarzyć kiedykolwiek indziej. W obu sytuacjach tragedię poniosły osoby niewinne i niczego nie świadome. Obie sprawią, że te święta długo zostaną w pamięci rodzin i ocalałych. Miejmy nadzieję, że sprawią również, że bohaterzy tych dramatycznych sytuacji przestaną spożywać alkohol. Dla mnie analogia jest jeszcze jedna - w większym lub mniejszym stopniu te tragedie wpłynęły na mnie samego.

Takich sytuacji jest niestety wiele. Nie będę apelował o rozwagę i rozsądek. Nie ma to najmniejszego sensu. Będę rad, kiedy zrozumiecie to, co chciałem Wam przekazać.

* Imiona bohaterów pozwoliłem sobie zmienić.

czwartek, 25 grudnia 2008

Tak niewielu, którym zawdzięczamy tak wiele

W historycznych opisach wojennych starć niemieckiej Luftwaffe i brytyjskiego RAF-u z roku 1940 pomijane są nazwiska szeregowych pilotów, od których zależało przecież najwięcej. Zwłaszcza tych, którzy nie walczyli za swój kraj.


Alex Kershaw w książce pt. "Tak niewielu", która pojawiła się w Polsce w listopadzie, opowiada właśnie o tych pilotach, którzy brali udział w Bitwie o Anglię, jednak nie byli ani Niemcami, ani Anglikami. Oprócz wielu Polaków i Rumunów w tej powietrznej bitwie uczestniczyli Amerykanie, którzy "sprzeciwili się ojczyźnie, by walczyć z Hitlerem".

Alex Kershaw, aby dowiedzieć się jak najwięcej o młodych, butnych i żądnych przygód Amerykanach, dociera do niezliczonej ilości materiałów. Rozmawia z rodzinami pilotów, wynajduje skrawki artykułów prasowych z tamtych lat, czyta biografie i książki, a nawet dzienniki pokładowe, które okazują się najlepszym i najdokładniejszym źródłem informacji o samych lotnikach, zarówno amerykańskich zaciągniętych do RAF-u, jak i niemieckich walczących w oddziałach Luftwaffe. Pod względem merytorycznym książka jest doskonała. Z tej fascynującej powieści najwięcej dowiadujemy się o Eugenie Tobinie, pseudonim "Red" (to zasługa jego włosów w kolorze miedzianym), Arthurze Donahue oraz o najniższym ze wszystkich pilotów RAF-u - Vernonie Keough, posiadającym pseudonim "Shorty". Oprócz nich poznajemy również historię Mistrza Olimpijskiego z roku 1928 i 1932 w bobsleju, Billy'ego Fiske'a, który zaciągnął się jako pierwszy Amerykanin do Królewskich Sił Powietrznych (RAF) i jako pierwszy zginął.*
Z książki tej dowiadujemy się również w jakich okolicznościach podpisywano akt kapitulacji Francji, co myślał i jak zachowywał się Churchill w chwili ataku na jego ojczyznę i podczas trwania walk. Dowiadujemy się wiele o Hermanie Goringu, niemieckim dowódcy lotnictwa wojskowego, którego podwładni nazywali "grubasem". Nie pozostaje nam obca historia asów Luftwaffe, Adolfa Galland'a i Wernera Moldersa, którzy do śmierci przeganiali się ilością zestrzelonych samolotów armii brytyjskiej. Poznajemy kulisy powstania pierwszego, w pełni amerykańskiego, dywizjonu 71. Autor książki nie umniejsza również roli polskich pilotów. W książce czytamy o znakomitych pilotach Tadeuszu Nowierskim i Piotrze Ostaszewskim. Znajdziemy w tej książce także wspaniałe, oddające dynamizm akcji, opisy powietrznych walk.


Jednak dzięki tej książce głównie poznajemy historię ludzi, którzy sprzeciwili się własnemu narodowi, by walczyć z niemieckim terrorem. Tobin i "Shorty" od małego byli zafascynowani lotnictwem, chcieli latać. Jako że podczas II wojny światowej amerykański rząd zachowywał neutralność (do ataku na Pearl Harbor), nie mogli walczyć z Hitlerem. Postanowili zdobyć kanadyjski paszport, by ominąć surowe przepisy i zaciągnąć się do francuskich sił powietrznych "Armée de l'Air". Po długiej i męczącej przeprawie przez Atlantyk dotarli do Francji. Niestety, na przydział samolotu się nie doczekali, a Francuzi szybko skapitulowali. Korzystając z okazji, jaką była ucieczka Anglików mieszkających we Francji promem do ojczyzny, dotarli na wyspę w celu dołączenia do brytyjskich sił powietrznych, by wreszcie stanąć oko w oko, dziób w dziób, z pilotem niemieckiego messerschmitta. Wraz ze swoim kolegą, Andrew'em Mamedoff'em, co prawda po długim oczekiwaniu i wielu problemach, dostali pozwolenie na dołączenie do dywizjonu 609. I wkrótce spełniły się ich marzenia. Wreszcie w kabinach spitfire'ów i hurricane'ów spotkali się w powietrzu z "bandytami".

Nie będę streszczał całej książki. Jeżeli będziecie mieli okazję nabyć ową książkę, to zróbcie to bez zastanowienia. Książka jest bowiem idealna nie tylko dla fanów lotnictwa, sympatyków historii, ale też dla wszystkich, którzy chcieliby poznać historię niesamowicie odważnych młodzieńców, którzy ryzykowali życie, by bronić obcy kraj przed terrorem Adolfa Hitlera. Walczyli w przestworzach z wielką wiarą w zwycięstwo, nieustraszeni, odważni. Historia tych ludzi chwyta za serce i wzrusza.

Ta znakomita powieść kończy się słowami: "Niemal co roku 4 lipca, w rogu cmentarza w Boxgrove w hrabstwie Sussex, na grobie (...) Bily'ego Fiske'a, pierwszego Amerykanina, który poniósł śmierć w bitwie o Anglię, pojawiają się kwiaty. Na kamiennym nagrobku widnieje inskrypcja: Obywatel amerykański, który zginął, by Anglia mogła żyć".

* W rzeczywistości pierwszym amerykańskim lotnikiem, który zginął w walce był kapitan lotnictwa Jimmy Davis z Dywizjonu 79. Został zestrzelony i zginął 25 czerwca 1940 roku, prawie dwa miesiące przed Fiskiem. Fakt ten wyszedł na jaw dopiero po wojnie.

niedziela, 7 grudnia 2008

Dziennikarzu obywatelski, kupuj lokalne gazety!

Nie, to nie jest reklama gazet. Wręcz przeciwnie. Jeżeli piszesz o wydarzeniach lokalnych powinieneś wiedzieć, co pojawia się na stronach gazet wydawanych w Twoim mieście. Dlaczego?
Wyrównaj z obu stron
Z prostego powodu. Mogą to być Twoje teksty! Dziennikarze lokalni mają niechlubny nawyk kopiowania tekstów na strony swojej gazety. Jedyne, co może ich usprawiedliwić to zarobki, marne zarobki, które na pewno nie motywują do wytężonej pracy i pisania autorskich tekstów. Łatwiej przecież jest skopiować albo napisać tekst na podstawie tekstu innych. Nie jest to oczywiście reguła. Nie wszyscy dziennikarze tak robią, ale warto wiedzieć, że tacy są. Żeby nie być gołosłownym przytoczę moje przygody z gazetą z mojego miasta. Do tej pory nie miałem nawyku sprawdzania, co też pojawia w tych gazetach i czy przypadkiem nie ma tam mojego tekstu.

Za pierwszym razem tekst pokazał mi kolega. Był prawie identyczny jak mój, dopisano jedynie wypowiedź trenera. Od razu skontaktowałem się z redakcją Wiadomości24.pl. Pamiętajcie, że redakcja w takich sytuacjach reaguje wręcz natychmiastowo. Już pod koniec tego samego tygodnia na redakcyjnym biurku owej gazety wylądował list od prawnika Polskapresse, który opisywał całą sprawę. W tym przypadku okazało się jednak, że to trener chłopaka, o którym jest tekst, wysłał artykuł do redakcji. Trener proponował zadośćuczynienie. Jako, że znam wszystkich bohaterów tekstu, a nawet jeden z nich to mój brat, nie chciałem przyjąć oferowanych mi pieniędzy. Zaproponowałem, że chłopaki dostaną darmowy miesiąc ćwiczeń w siłowni prowadzonej przez trenera. Uf, obyło się bez nazwisk.

Druga sytuacja zdarzyła się całkiem niedawno. Dziennikarz obywatelski z Ostrowca Św. pisujący dla Wiadomości24.pl zasygnalizował mi, że tekst, który pojawił się we wtorek, jest łudząco podobny do mojego. "Te same określenia, wątki, układ zdarzeń itp. Przypadek?" - opowiadał DO. Sprawdziłem. I rzeczywiście. Tekst jest bardzo podobny do mojego, ale jeżeli przyszłoby udokumentować sprawę to niestety, ale nie mogę jednoznacznie stwierdzić: ukradli mi tekst. Tekst się różni, jest krótszy, trochę dodali od siebie. Jednak, jak zauważył kolega, układ zdarzeń i wątki są identyczne. Powtórzę zatem za nim: przypadek?

Tym razem nie walczyłem o swoje, bo emocje moje ostudził redaktor Wiadomości24.pl mówiąc: - Tym razem byli mądrzejsi i nie przepisali artykułu słowo w słowo. Nie ma jak ich "ugryźć", bo Ci odpowiedzą, że po prostu - tekst jest podobny, bo Ty i reporter gazety byliście na tym samym wydarzeniu, więc nic dziwnego, że materiały są trochę podobne.

Bardzo ciężko byłoby udowodnić winę redaktora gazety. Warto jednak wiedzieć, że takie praktyki są stosowane, wtedy na pewno zmieni się Twoje zdanie o redaktorach w Twoim mieście.

Drodzy Dziennikarze Obywatelscy piszący lokalnie, kupujcie lub przynajmniej przeglądajcie gazety wydawane w Waszych miastach! Może się okazać bowiem, że jesteście niezatrudnionymi pracownikami lokalnej prasy.


wykorzystane zdjęcie (na górze) jest autorstwa Pameli Machado i jest wykorzystane na licencji Creative Comonns.

wtorek, 25 listopada 2008

Bezpośredni Sapkowski kontra napalczywi czytelnicy

Dzisiaj w Biurze Wystaw Artystycznych w Ostrowcu o godzinie 16 doszło do starcia pomiędzy autorem i czytelnikami. Narzędziem było słowo. Po jednej stronie barykady Andrzej Sapkowski, po drugiej żądni wiedzy czytelnicy.

A pytali o wszystko. Byli dokładni i szczegółowi. Andrzej Sapkowski nie mógł opędzić się od dociekliwych pytań, często pointował je śmieszną anegdotką, która rozbawiała tłumnie zebranych. Fani wybitnego artysty wreszcie mogli dowiedzieć się wielu rzeczy o samym artyście, dowiedzieli się, że jest zwykłym człowiekiem, zabawnym, trochę gubiącym się w tym, co mówi, ale potrafiącym się z tego śmiać, na pewno oczytanym i mądrym.

Czego dowiadujemy się od autora pięciotomowej sagi o przygodach Wiedźmina? Na przykład tego, że pełnometrażowy film, który powstał (rzekomo) na podstawie jego książki, powstał tak naprawdę na podstawie komiksu. Ludzie, którzy tworzyli ten film nie czytali książek i nie pofatygowali się nawet, aby skonsultować cokolwiek z samym autorem. W przeciwieństwie do autorów gry komputerowej, którzy wypytywali np. o mapę gry, o nazwy własne itp. Dowiedzieliśmy się, że za pierwsze opowiadanie Sapkowski dostał 200 zł, że dobre opowiadanie piszę się nawet pół roku i marne są z tego pieniądze. Dlatego pisał książki, a że okazały się wyśmienitym fantasy, to nic tylko dziękować Bogu.

Skąd czerpie inspiracje i pomysły? Z głowy. Z niczego więcej. Pisząc zamyka się w pokoju ze swoimi źródłami i nikt nie może mu przeszkadzać. Czasem w podróży lub podczas wakacji czyta teksty i poprawia. Czy cechy bohaterów były cechami otaczających go osób? - Nie, nikogo nie parodiuje, nie karykaturuję, to wszystko rodzi się tu. - wskazuje palcem na głowę Sapkowski. Na pytanie o najbardziej udaną książkę według niego samego, odpowiada: - Czyli, że mam powiedzieć, która z moich brzydkich córek jest najładniejsza? Nie, nie robię rankingów.

Jak sam tłumaczy, dla nas jego książki to piękne opisy przyrody, chwytające za serce przygody, ciekawe i intrygujące sytuacje, zachody słońca, bohaterowie, jednak dla niego to są tylko literki. Literki, które składa w wyrazy, wyrazy w zdania, a zdania w konkretny tekst. Dla niego to materiał, dla nas produkt, jakże wyśmienitej jakości!

Sapkowski, jak sam powiedział, nie napisał jeszcze najlepszej książki. Jednak każda wydana pozycja, każde tłumaczenie, nawet każde spotkanie z czytelnikami sprawia mu przyjemność i radość. W swoich wywodach jest bezpośredni i dosadny. Jeżeli ma powiedzieć, że czegoś ma dość, zapewne bez pardonu powie, że czymś rzyga.

Na koniec został zapytany, jak to zwykle bywa na spotkaniach autorskich, o to nad jakim dziełem obecnie pracuje i kiedy możemy się go spodziewać w księgarniach. - Nie powiem, bo ukradną mi pomysł. Taki jest teraz rynek. - odpowiada na ostatnie z wielu pytań zadawanych zarówno przez młodych, jak i starszych czytelników. Wiemy jednak, już nie od Sapkowskiego, że jest to powieść fantasy, której akcja toczy się podczas II wojny światowej. Zapowiada się ciekawie.

sobota, 15 listopada 2008

Miłość, wolność, śmierć - Węgry w filmie Krisztina Goda

W Ostrowcu Świętokrzyskim odbywają się Spotkania Filmowe. Do grona emitowanych filmów należy węgierski melodramat historyczny "1956 Wolność i Miłość" w reżyserii Krisztina Goda. Film dla Węgrów ma takie same znaczenie jak dla nas "Katyń".

W czerwcu 1956 roku w Poznaniu ogłoszono pierwszy w PRL strajk generalny. Zapoczątkowany przez pracowników Zakładu Przemysłu Metalowego H. Cegielski Poznań, przekształcił się w powstanie Wielkopolan, nazywane przez historyków powstaniem poznańskim. Wówczas było ono bagatelizowane, a rola i znaczenie powstania nagminnie umniejszane. Z rąk milicji, wojska i funkcjonariuszy UB ginęli ludzie, którzy pragnęli wolnej Polski. Powstanie w Poznaniu zmotywowało rewolucjonistów węgierskich do działań narodowowyzwoleńczych. W stolicy wielkopolski zginęło jednak tylko 70 powstańców. Tylko, w porównaniu z 2,5 tysiącami zabitych Węgrów. Rewolta Węgierska wybuchła 23 października 1956 roku, wzniecona została przez studentów politechniki w Budapeszcie. Zaczęło się od manifestacji poparcia dla powstańców w Polsce, jednak przerodziło się to w bunt społeczeństwa. Setki tysięcy ludzi zgromadziło się pod pomnikiem Bema, by odczytać swoje żądania i demonstrować sprzeciw dla komunistycznych rządów radzieckich na Węgrzech. Później zaczęła się walka...

Tło historyczne, na którym opiera się film w adaptacji węgierskiego reżysera Krisztina Goda, zostało przedstawione bardzo realistycznie. Dla Węgrów film ten ma takie znaczenie, jak dla nas, Polaków, film "Katyń" Andrzeja Wajdy. Na początku, jego akcja toczy się w dwóch różnych miejscach. Wśród studentów-rewolucjonistów, którzy pragną, czerpiąc wzór z Polaków, walczyć z Czerwoną Gwiazdą by odzyskać wolność narodu oraz wśród waterpolistów reprezentacji Węgierskiej. Viki Falk, w której rolę wcieliła się Kata Dobó, to studentka, przywódczyni rewolucji na Węgrzech. Karcsi Szabó (Iván Fenyö) to czołowy waterpolista reprezentacji Węgier. Wspólny przyjaciel złączył ich losy, wymienili się pierwszymi spojrzeniami, a ogień miłości już zaczął się palić. Choć początkowo Karcsi wahał się, nie wiedząc czy rzucić (jak się okazało później tylko na okres powstania) reprezentację i przygotowania do zbliżającej się Olimpiaday, na rzecz idei rewolucji, a co za tym idzie uznania w oczach Viki. Ogień w ich sercach nie zgasł do końca. Podczas walk, akcji wyzwoleńczych, strzelanin, pułapek byli obok siebie.

Gdy po prawie trzech tygodniach walk z UB i wojskami radzieckimi, w których zginęło 2 500 Węgrów i jeszcze więcej było rannych nadszedł czas na Olimpiadę. Pomimo, że wcześniej Karcsi opuścił drużynę, pozwolono mu wrócić. Wrócił i on, jak i cała reprezentacja, pokazał klasę w Melbourne, gdzie zwycięstwo w finale nad Rosją jest do dzisiaj symbolem swego rodzaju zwycięstwa, choć nie na polu bitwy.

Reżyserzy i scenarzyści tego filmu doskonale wiedzieli, że sport, walka narodowowyzwoleńcza i miłość to idealne połączenie, które poruszy serca wielu ludzi, nie tylko Węgrów. Moje poruszył. A twoje?

środa, 5 listopada 2008

Wyprawa rowerowa, czyli zobaczyłem to z bliska

W ostatnią niedzielę pokonałem na rowerze ponad 40 kilometrów. Zwykła przejażdżka pozwoliła mi dojść do pewnych wniosków o mojej okolicy. Uwierzcie, brak dróg rowerowych naprawdę doskwiera, ale widok jaki ujrzałem zrekompensował wszystko.

Pierwsza niedziela listopada, promienie jesiennego słońca rozjaśniały złociste konary drzew. Piękne krajobrazy i ciekawe zabytki. Tak! Tak właśnie wyglądało miejsce, do którego wyruszyłem i to zaledwie 20 kilometrów od mojego miasta.

Zanim jednak dojechałem na miejsce (tak, zaraz napiszę jakie miejsce) musiałem pokonać dość trudną drogę. Jadąc głównie po ulicy obawiałem się, czy mnie zaraz jakieś auto nie trzaśnie, albo czy przejeżdżający tir nie zdmuchnie mnie gdzieś na pobliskie drzewa. Obyło się jednak bez tego.

Z przykrością stwierdzam, że przez całą trasę po drodze przeznaczonej dla rowerów jechałem zaledwie 50 metrów! W stolicy naszego państwa, Warszawie, łączna długość dróg rowerowych wynosi... 100 km. Warto zwrócić uwagę na fakt, że w Amsterdamie przy większości ulic jest wyznaczony specjalny pas dla rowerów, a około 30 proc. całego ruchu odbywa się na rowerach. W Polsce jeszcze długo, długo tak nie będzie.

Dobra, przebrnąłem jakoś przez te trudne kilometry. Wszystko po to, by ujrzeć wspaniały widok. Co prawda jest to widok na powstały w 2005 roku zbiornik retencyjny na rzece Świślinie, w Górach Świętokrzyskich, ale w jesiennej szacie i wśród promieni słońca wyglądało to wspaniale. A wkoło parkingi, zadbane ławki, nowa droga, a sama zapora europejskiej jakości.

Zaledwie dwa kilometry od zapory znajduje się miasteczko Kałków, którego nie mogłem nie odwiedzić. O Kałkowie pisał już w 1578 roku Jan Długosz, pomimo tego, że zajmował on teren zaledwie "ośmiu łanów kmiecych". W czasie II wojny światowej stacjonował tutaj niemiecki oddział kawalerii. Jednak nie z tego słynie Kałków. W latach 80. XX wieku powstało tu sanktuarium pod wezwaniem Matki Boskiej. Na jego terenie powstała wysoka na 33 metry Golgota, w której teraz znajdują się kaplice m.in. górników, członków Solidarności, leśników. Oprócz Golgoty, na terenie sanktuarium znajduje się Dom Jana Pawła II, Grota Lourdzka, która została zbudowana z głazów skalnych w artystycznym założeniu jej projektanta, brata Felicissimusa z Niepokalanowa oraz Droga krzyżowa - zespół czternastu stacji wzniesionych według artystycznego projektu Haliny Tobiasz, zakonnicy ze zgromadzenia sióstr Służek.

Ostatnio zbudowano również... zoo. Tak, na terenie sanktuarium znajduje się mini zoo, w którym zobaczyć możemy dziki, pawie, lamy, emu, osły, sarenki, różne antylopy i przedziwne kury. W Kałkowie znajduje się również kompleks mieszkań dla ludzi starszych oraz Dom Pielgrzyma. To dużo jak na jedno miasteczko, w którym mieszka kilkaset osób.

Jak widać warto czasem wyciągnąć z piwnicy zakurzony rower i wybrać się na przejażdżkę po okolicy, podczas której na pewno odkryjemy wiele miejsc, o których do tej pory w ogóle nie wiedzieliśmy. Poza tym porządnie się dotlenicie i zrzucicie zbędne kalorie. Ja swoje już zrzuciłem.

Zobacz galerię zdjęć z przejażdżki.

niedziela, 26 października 2008

Lamb, czyli jak wzruszyć każde serce

Zespół Lamb to brytyjska grupa trip-hopowa, która powstała w 1996 roku w Manchesterze. Zespół tworzy duet: Andy Barlow i Lou Rhodes.

Lamb zdecydował się na połączenie lirycznej wokalistyki z solidną produkcją ambientową.
Barlow i Rhodes udowodnili światu, iż muzyka elektroniczna może mieć romantyczną twarz. Zespół nagrał do tej pory 7 płyt, wydając ostatnią "Lamb Remixed" w 2005 roku.

Po nagraniu drugiej płyty zespół przeżywał chwilowy kryzys. Podniósł się by nagrać przełomową płytę "What sound", z której to pochodzi niekwestionowany hit, jakim jest kawałek "Gabriel". Subtelna, delikatna i jakże wzruszająca nutka o miłości.. Zresztą przesłuchajcie sami:




poniedziałek, 13 października 2008

Polemika z Tomaszem Lisem

Poniżej zamieszczam trzy fragmenty książki Tomasza Lisa "My, naród", na które postaram się odpowiedzieć argumentami "na nie" postawionej przez Lisa tezie.

Pierwszy fragment, (wyrwany nieco z kontekstu): "W przypadku społeczeństwa obywatelskiego ponownie bokiem wychodzi nam to, że niemal zupełnie sobie nie ufamy.Wyróżnikiem współczesnej Polski pewnie w większym stopniu niż tradycyjna polska gościnność jest tradycyjna polska nieufność. (...)"

Odpowiedź: Jeśli chodzi o pierwszy fragment, to dość łatwo jest dobrać argumenty, które oczywiście obalą wyrwaną z kontekstu tezę. Potrafimy być mili, a z gościnności słyniemy. Nie udawanej, lecz prawdziwej. Czasem gościnność miesza się z nieufnością (bo przecież tyle złego w tv) i pewnie stąd wrażenie, że nieufność staje się tradycją. Argumenty? Na ten moment przypomina mi się artykuł p. Jadwigi Kowalczyk, która wpuściła na szklankę wody zmęczonego wędrowca z TP, pomimo, że wcześniej nachodziło ją wielu innych z jego firmy i nachalnie proponowało nową, ponoć lepszą, ofertę. Zatem gościnność górą. Przykład z dzisiaj, spotykają się dwie panie:
- O cześć! Co tam?
- W porządku, idę na autobus.
- Wiesz co, my jedziemy do sklepu i później od razy do domu. Zabierzesz się z nami?
- Chętnie!

Pan też opowiadał, co miłego spotkało go na ostatnich wakacjach w USA. Panie Tomaszu, w Polsce też jest miło.


Druga myśl: "Złe rządy, złe drogi, piłkarze kiepsko grają, pogoda pod psem, ceny rosną, w telewizji na święta nic porządnego nie dają - taka standardowa polska litania, malkontenctwo a la polonaise. Coś w tym jest, bo przyjeżdżającym do Polski obcokrajowcom, w każdym razie tym, którzy jeszcze nie zdążyli się przejechać po naszych drogach, w oczy rzucają się od razu dwie rzeczy. Tylu ludzi milkliwych, ponurych, a w rozmowie najczęściej tylko narzekają i mówią co im nie wyszło, co im nie wychodzi albo co im na pewno nie wyjdzie. (...)

Odpowiedź II: Drogi są coraz lepsze, wystarczy trochę pojeździć po Polsce. Co prawda wolno to się wszystko poprawia, ale poprawia. Piłkarze kiepsko grają? Nie zawsze. Potrafią zaskoczyć, co udowodnili np. w sobotę. Oby tak dalej. Pogoda ostatnio całkiem dobra. Jutro może popadać przelotnie, ale damy radę. Jak widać, punkt widzenia, zależy od punktu siedzenia. Różne spojrzenie mają ludzie na różne aspekty życia. Są tacy, którzy potrafią się cieszyć ze zwykłych rzeczy: udanych zakupów, ładnej pogody, uśmiechu dziecka etc. Może ta szara stolyca tak na Pana wpływa albo za dużo ogląda Pan telewizji? Tam puszczają tylko złe newsy, bo to się lepiej sprzedaje, sam Pan wie. Jeżeli ktoś narzeka, że aż się nie da słuchać, to może.. trzeba mu o tym powiedzieć?

I trzecia myśl: "Polsce potrzebna jest propaganda sukcesu. Nie nachalna, ordynarna i fałszywa propaganda jaką serwowano nam w czasach Gierkowskich, która z kraju żyjącego na kredyt uczyniła dziesiątą potęgę gospodarczą świata. Potrzebujemy tej propagandy w podwójnym sensie. Propagandy gigantycznego, fantastycznego sukcesu, który odnieśliśmy w 1989 roku i później oraz propagandy sukcesu jako pojęcia, wartości, celu, do którego trzeba i warto dążyć.

Odpowiedź III: W Polsce nie jest potrzebna propaganda sukcesu. Wiele już było obiecanek-cacanek i budujących słów. Mówiono o budowie drugiej Irlandii, Japonii, czy Szwajcarii w Polsce. A u nas wciąż to samo. Sukces może i był. Jednak zamiast siać propagandę sukcesu niech dzieci uczą się dokładnie o tym, niewątpliwie ważnym wydarzeniu w szkołach i niech budowana będzie w nich postawa dumnego Polaka, znającego swoją historię i z rozsądkiem patrzącego na świat.

Poza tym, potrzeba nam "dobrych mediów". By nie emitowali tego co się sprzedaje, ale to co jest ważne i budujące. Że nie tylko się zabijają, ale i leczą, że nie tylko niszczą, ale i budują. U nas szala na tej wadze, zdecydowanie chyli się ku jednej stronie.
Kilka miesięcy temu w Rumunii wprowadzono nakaz dla serwisów informacyjnych, aby połowę czasu emitowano wiadomości dobre, a drugą połowę te złe. Brzmi niby dość sarkastycznie, ale gdyby się tak głębiej zastanowić...

zdjęcie pochodzi ze strony fotografia.wordpress.com

środa, 8 października 2008

Pierwszy krok w stronę poprawy naszej angielszczyzny

Telewizja Publiczna robi pierwszy krok. Wczoraj ruszył serial emitowany z oryginalną angielską ścieżką językową i polskimi napisami - "Nie ma to jak hotel".

Mam nadzieję, że inicjatywa z jaką wyszła Dwójka zachęci inne stacje do emitowania seriali i filmów z oryginalną ścieżką dźwiękową i jedynie polskimi napisami.

"Nie ma to jak hotel" (oryg. "The Suite life of Zack and Cody") to amerykański serial familijno-komediowy, opowiadający o perypetiach zwariowanej rodzinki. Będzie on emitowany od poniedziałku do czwartku na antenie TVP 2 o 17.30.

Anegdotka na koniec. Z książki Lisa of course, skoro ostatnio jesteśmy w tym temacie: rzecz dzieje się w USA. Korespondent faktów TVN, Tomasz Lis, zauważył, że reporter stacji telewizyjnej z Norwegii nie tłumaczy swojej rozmowy z jakimśtam politykiem. Podchodzi po chwili i pyta.
- Rozumiem, że od razu dajecie napisy pod rozmową?
- A po co? U nas wszyscy to zrozumieją.

Norwedzy umieją bardzo dobrze angielski. 80 kilka procent filmów i seriali jest emitowanych z oryginalną (przeważnie angielską) ścieżką dźwiękową. Daje do myślenia.

sobota, 4 października 2008

Obszerny wywiad z Tomaszem Lisem

W siedzibie wiadomości24.pl przeprowadziłem wraz z innymi dziennikarzami obywatelskimi (Katarzyna Pucek, Marcin Majewski, Sebastian Grodecki, Jakub Zalewski i Mateusz Max Maksiak - foto) wywiad z Tomaszem Lisem w związku z premierą książki "My, naród", do której wstęp możecie przeczytać w poprzednim poście. Rozmowa toczyła się również na inne tematy takie jak: polityka, internet, prasa, telewizja, kariera dziennikarska Tomasza Lisa. Rozmowa w rzeczywistości trwała aż 2 godziny, po montażu i tak zajmuje, w dwóch częściach, godzinę i 15 minut. Wszystko możecie obejrzeć w serwisie wiadomości24,pl:

Pierwsza część wywiadu.

Druga część wywiadu.

Zapraszam do oglądania.

wtorek, 30 września 2008

Tomasz Lis - My, naród

4 października ukaże się w księgarniach najnowsza książka Tomasza Lis pt. "My, naród", w której jeden z najlepszych polskich dziennikarzy i publicystów zastanawia się, co My jako Naród możemy zrobić w sprawie polskiej.

Oto wstęp do owej książki:

Na pomysł napisania tej książki wpadłem w Chinach, w 2007 roku, w czasie spotkania Młodych Globalnych Liderów (dość pretensjonalna nazwa, przyznaję). Młodzi ludzie z całego świata, którzy już zdążyli osiągnąć sukces w biznesie, w działalności charytatywnej czy w mediach, przyjechali tam, by zastanawiać się, co właśnie oni mogą zrobić, by pomóc rozwiązać niektóre problemy świata. Całe towarzystwo podzieliło się na podgrupy, by wypracować jakieś rozwiązania, a to w sprawie głodujących dzieci w Afryce, a to w sprawie dostępu do edukacji w krajach Trzeciego Świata, a to w sprawie dystrybucji komputerów za 100 dolarów. Było to imponujące, bo większość zebranych stanowili milionerzy albo multimilionerzy, od założyciela Wikipedii, przez wiceszefa Google’a, po wiceprezydenta nowojorskiej giełdy, a wszyscy nie żałowali czasu i energii, by zmierzyć się z problemami, które, dokładnie rzecz ujmując, w najmniejszym stopniu nie były ich problemami. Jest w Ameryce takie sformułowanie, określające część motywacji ludzi próbujących się zmierzyć z problemami większymi niż oni sami – to make the difference – uczynić różnicę, krótko mówiąc, sprawić, że w kwestii X, Y czy Z coś się ruszy, choćby o parę centymetrów. Młodzi, a ściślej mówiąc, jeszcze młodzi ludzie, przyjechali do Dalian w Chinach właśnie po to, by „uczynić różnicę”. Pełen szacunku dla nich wszystkich pomyślałem wtedy jednak, że zanim zajmę się problemami globalnymi, chciałbym spróbować zmierzyć się z problemami lokalnymi, naszymi, polskimi.

W 2003 roku napisałem książkę "Co z tą Polską?" Pisałem o tym, co trzeba zrobić w naszym kraju, byśmy naprawdę ruszyli z kopyta. Prawdę mówiąc, pisałem jednak głównie o tym, co powinni zrobić politycy. I co? Niewiele, niemal nic. Po tych pięciu latach mam więc głębokie przekonanie, że stratą czasu jest pytanie, co politycy powinni zrobić dla nas. Wolę zapytać, co my sami powinniśmy zrobić dla siebie. Bo jeśli spadło bezrobocie, to dzięki zaradności, przedsiębiorczości i pomysłowości Polaków, a nie dzięki państwu. Coś się więc udało raczej mimo państwa, a nawet wbrew państwu niż dzięki niemu. Stop. Dobry moment, by wyciągnąć z tego wnioski. Otóż to, co w Polsce ma sens i ma przyszłość, dzieje się raczej dzięki obywatelom niż dzięki politykom, a więc jeśli chcemy, by zmieniło się jeszcze więcej, dużo więcej, powinniśmy się do roboty wziąć sami, sami odrobić zadanie domowe.


Była w 1980 roku taka wspaniała wystawa w krakowskim Muzeum Narodowym – Polaków portret własny. Przed muzeum stały ogromne kolejki. Najwyraźniej odczuwaliśmy głęboką potrzebę, by przejrzeć się w lustrze. Nie po to, żeby się przekonać, jacy wspaniali jesteśmy. Raczej po to, by odpowiedzieć na pytanie, jacy byliśmy, skąd jesteśmy, dlaczego jesteśmy, jacy jesteśmy i co zrobić, by, jakby powiedział Jan Paweł II, odmieniło się „oblicze ziemi, tej ziemi”. Wystawa była przebojem zimy 1980 roku. Kilka miesięcy później narodziła się Solidarność. Dziś o pomyśle podobnej wystawy nic nie słychać, ale mam wrażenie, że gdzieś w powietrzu krążą na nowo zadawane pytania: skąd jesteśmy? kim jesteśmy? w jakim punkcie jesteśmy? dokąd powinniśmy iść? Taki nasz nowy Polaków portret własny. Portret, który pozwoliłby nam odpowiedzieć na pytanie, jakim jesteśmy społeczeństwem, gdy już możemy być takim społeczeństwem, jakim chcemy; jak dziś wykorzystujemy olbrzymią historyczną szansę, którą dostaliśmy; czy rację mieli wieszczowie, którzy uważali, że jesteśmy wielkim narodem, ale żadnym społeczeństwem; czy rację mają ci, którzy mówią, że jesteśmy zasługującym na szacunek narodem niezbyt zasługujących na szacunek jednostek – wspaniałym narodem kiepskich, małych ludzi.

Jeśli daliśmy coś światu poza podobno czysto polskim wynalazkiem widelca, to było tym czymś słowo „Solidarność”. To przecież my nadaliśmy mu konkretny wymiar. Jedno z najpiękniejszych słów, i jeszcze tak pięknie solidarycą pisane. Ale, ośmielam się twierdzić, właśnie test solidarności przegrywamy z kretesem. Wielki Polak, pewnie największy z Polaków, mówił w swej słynnej homilii: „Solidarność to znaczy zawsze jeden z drugim, nigdy jeden przeciw drugiemu”. No to kiepsko wypadamy w skoku przez tak stawianą poprzeczkę. Bo u nas frazesów bez liku, odwołań do Solidarności i solidarności ile dusza zapragnie, a w praktyce? Za grosz nie mamy do siebie zaufania i że pod względem wzajemnej nieufności absolutnie przodujemy wśród państw cywilizowanych. Nie lubimy ani siebie, ani siebie nawzajem. Mamy tonę kompleksów, które odreagowujemy w formie niechęci i agresji wobec innych. Żadna niespodzianka. Cóż, często bywamy bardzo niefajni, obcy dla siebie, a czasem dla siebie podli. Podkreślam – bywamy. Bo obok polityków troglodytów jest jednak w naszej polityce grupa ludzi poważnych, bo obok draństwa jest masa altruizmu i dobroci, bo obok medialnego bandytyzmu (obcokrajowiec Beenhakker mówi, a ja nie mam argumentów, by z nim polemizować, że 30 procent polskich mediów zajmuje się wyłącznie rozpowszechnianiem kłamstw – rozumiem tylko, że owe 30 procent, to przez grzeczność) jest też masa przykładów dziennikarstwa z klasą, że obok ludzi i sytuacji świadczących o naszych kompleksach jest też multum przykładów, że z kompleksami sobie radzimy, wyrzucając je na śmietnik, bo obok ludzi karmiących się zawiścią są miliony Polaków, które wzięły i biorą swój los w swoje ręce, podejmują wielkie ryzyko i zwykle wygrywają.
Zamiast więc załamywać ręce, bo jest tak strasznie, wolę odnotować, jak wiele nam się udało, jak wielu ludzi każdego dnia pokazuje, że potrafią wykorzystać swą szansę, jak bardzo nieuzasadnione są nasze kompleksy. Nie chcę tu serwować ani czarnej propagandy, ani propagandy sukcesu, choć kilka rozdziałów dalej będę czytelników przekonywał, że racjonalna propaganda sukcesu bardzo by się nam przydała. Padnie tu wiele bardzo gorzkich słów, ale wierzę, że jest w niej też wiele rzeczy pokrzepiających, nie z prozy wziętych – czy w prozie ujętych – ale z życia. I nie mam ochoty bawić się w buchalterię – na każdy przykład czegoś złego jeden przykład czegoś dobrego. Piszę o tym, co złe, i o tym, co dobre, by pokazać, że naszej jaźni, naszej postawy, naszego stanu umysłu nie da się sprowadzić do jakiegoś prostego wzoru. Piszę o tym, co dobre, by udowodnić, że czarnowidztwo nie jest uzasadnione, a piszę o tym, co złe, bo wciąż do wykonania mamy wielką pracę.
Dziś wyjechać z Polski jest tak łatwo jak nigdy. A przecież jakoś, nie tylko ze strachu przed nowym, wyjeżdżać nie chcemy (powiedzmy – większość nie chce), przecież w głębi serca, wcale nie na jego dnie, jest w nas wiara, że możemy być fajnym społeczeństwem żyjącym w fajnym kraju, jest w nas przekonanie, że nie mamy powodów do wstydu (no parę by się znalazło), ale mamy wiele powodów do dumy, że naprawdę jesteśmy w stanie odrobić naszą narodową pracę domową, czyniąc Polskę lepszą i nasze życie lepszym. Czasem ta wiara zderza się z naprawdę mocnymi argumentami, naprawdę uderzającymi faktami, ale nic nie poradzę – wierzę w nas. Coś tam złego pewnie po przodkach dziedziczymy, pewnie nawet niemało, ale już pokazaliśmy, że potrafimy ciężką pracą obalić parę antypolskich stereotypów. Dziś, prawie 20 lat po odzyskaniu własnego państwa, nie piszą już nigdzie o polnische Wirtschaft, polskiej dziadowskiej gospodarce. Nikt już nie mówi o narodzie leni i nieudaczników. Nikt nie mówi, że dla Polaków można coś zrobić, ale z Polakami nie, a sami Polacy dla siebie to już absolutnie nie. Ale nic za darmo, nic na skróty, wysiłku z naszej strony trzeba jeszcze wielkiego. Pot, krew i łzy? Dzięki Bogu już bez krwi, może z paroma łezkami, ale z całą pewnością z hektolitrami potu.
W chińskim Dalian pomyślałem sobie, że trzeba Polsce programu „Polska na tak”, a właściwie „Polacy na tak”. Hasło łatwo obśmiać, przypominając trenera naszej narodowej reprezentacji, który głosił hasło „futbol na tak”, po czym pojechał z piłkarzami na mistrzostwa świata i dostał tęgie lanie. Hasło nie było jednak złe, tylko wykonawstwo fatalne. A więc „Polacy na tak”. Co to znaczy w praktyce? Może na początek pozornie małe rzeczy i guzik mnie obchodzi, że zaraz od tego i owego usłyszę, że to banalna wyliczanka, że to rzeczy nieważne. One są niezwykle proste i niezwykle ważne. Życzliwość wobec sąsiada, uprzejmość wobec nieznajomych, nieprzypisywanie ludziom z założenia jak najgorszych motywacji, niedoszukiwanie się w czyichś działaniach zwykle nieistniejącego drugiego i trzeciego dna, pozytywne myślenie o sobie, o nas, o tym, co przed nami, duma, która nie jest w żaden sposób tożsama z poczuciem wyższości wobec innych, ani nie jest też banalną odruchową reakcją na odczuwane przez wielu poczucie niższości.
Co zrobić, by nie tylko „Polska rosła w siłę i ludzie żyli dostatniej” (to też), ale przede wszystkim, by nam tutaj, na tych ponad 320 tysiącach kilometrów kwadratowych, było naprawdę wygodnie? Byśmy dobrze się czuli w swojej skórze i w swoim kraju, ale też byśmy, świadomi własnej wartości, spokojnie stanęli do globalnego wyścigu, w którym organizacja, struktura, porządek, wspólnota zawsze odniosą zwycięstwo nad egoistycznym indywidualizmem i zwykłym egoizmem? Słyszę już tego i owego, że z naszym charakterem narodowym daleko nie zajedziemy. Ten i ów nie ma racji. Bo z tym niby-skazującym nas na klęski wszelakie charakterem narodowym jesteśmy w najlepszym punkcie naszej historii. A jeśli, jako się rzekło, odrobimy narodowe zadanie domowe, będziemy w punkcie jeszcze lepszym. Gdy to się uda, wtedy spokojnie powiemy, że nie zawiedliśmy ani tych, którzy nam wywalczyli wolność, ani tych, którzy przyjdą po nas. To jest nasze zadanie – make the difference, uczynić różnicę, dać w sztafecie pokoleń dobrą zmianę, przekazać sprawy innym w poczuciu, że naprawdę zrobiliśmy swoje. Tylko tyle. Aż tyle. W tym celu musimy jednak naprawdę wnikliwie spojrzeć w lustro i podjąć próbę odpowiedzi na pytanie już nie „co z tą Polską”, ale „co z nami, Polakami”.
Sęk w tym, że większość w naszej polityce stanowią nie ci, którzy idą do niej, bo im się coś w życiu udało, ale ci, którzy trafiają do niej, bo nigdzie nic im się nie udało, a chcieliby, by bez ryzyka udało im się w życiu cokolwiek. Do tego system polityczny jest hermetyczny, zawłaszczony przez tych, co już w układzie są, i choć toczą oni ze sobą gorszące potyczki, w gruncie rzeczy są naturalnymi sojusznikami, którzy zjednoczą się, gdy ktokolwiek będzie próbował do tego systemu wejść i reguły w nim obowiązujące zmienić.
Dajmy im jednak spokój. Na razie. Na nich przyjdzie czas później. Teraz zajmijmy się sobą. Bo właśnie teraz sami sobie musimy dać odpowiedź na najważniejsze z pytań: kim naprawdę jesteśmy? Właśnie teraz. Bo, że potrafimy radzić sobie w warunkach absolutnie anormalnych, to już wiemy. Pytanie, czy jesteśmy sobie w stanie poradzić w warunkach normalnych. Czy może przygniecie nas do ziemi ta nieznośna lekkość normalności? Dostaliśmy największą szansę w polskiej historii. A wielka szansa to i wielkie ryzyko. Można wygrać wszystko. Można też ogromną okazję przegapić i zasłużyć na szyderstwo. Otóż my damy radę. Zamiast jednak zaczynać od wskazywania palcem tamtych, winnych, złych, „onych”, zacznijmy od siebie. Jak pisał poeta, jeden z naszych największych, „plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi”.
Wstęp do książki czytany przez Tomasza Lisa możesz odsłuchać na wiadomościach24.pl
Zobacz również trailer wywiadu z Tomaszem Lisem, w którym uczestniczyłem.

poniedziałek, 29 września 2008

Nigdy nie wierzcie zwiastunom

"Trzymaj się z daleka" to film, który powstał w 2005 roku. Z zapowiedzi i opisów miał być filmem sensacyjnym, okazał się jednak obyczajowym. Przynajmniej według mnie.

Obejrzałem go dzięki darmowemu kodowi na iplex.pl, a więc jedyne, co mogłem stracić oglądając ten film, to czas. Miała być sensacja, miała być akcja, jednak reżyser, Stu Pollard, zręcznie to ominął. Głównym wątkiem okazała się miłość, co wytrawnych widzów raczej nie pociąga. A już na pewno nie w takiej realizacji, bowiem od bardzo dobrych filmów traktujących o miłości takich jak: Pamiętnik i PS. Kocham Cię, Stu Pollard trzyma się z daleka.

Słaba akcja, mała sensacja i kiepsko wyreżyserowana miłość. David Dailey (w roli głównej Gil Bellows), popularny prezenter radiowy, wiedzie szczęśliwe życie w malowniczym Louisville w Kentucky (rodzinne miasto reżysera). Wszystko zaczyna się psuć poprzez kopertę, w której David znajduje kartkę z napisem "Love" oraz kluczem do hotelu. Liścik pachniał perfumami jego żony, więc wieczorem bez wahania pojechał ją odwiedzić. Zastał ją niestety w łóżku.. z kobietą. Później były kolejne listy. A w nich wyrazy: łaska, władza, szacunek. Traf chciał, że David często spotykał Melody Carpenter, kobietę, która odrzuciła oświadczyny męża na stadionie, na oczach tysięcy ludzi. To ona odebrała go z aresztu i tylko jej powiedział o wybryku swojej żony. Czytacie tą opowiastkę i pewnie myślicie, gdzie ta sensacja? Trudno powiedzieć. Może te liściki adresowane do Davida? Może to, że Melody była śledzona przez jej chłopaka, Seana, i ludzi wynajętych przez niego. A może jednak tajemniczy, 27-letni prezenter radiowy, z którym David często prowadził audycje. Tak czy siak, trudno znaleźć w filmie konkretny wątek, na którym miał skoncentrować się Pollard.

Trzymaj się z daleka. Tytuł nie koniecznie odzwierciedla to, co zobaczymy w filmie i nie jest to winą tłumaczenia. Czy polecam? Nie, nie polecam. Jest wiele ciekawszych filmów, które mogłyby zapaść Wam w pamięci na długo i to nie z powodu straconego czasu. Jako się rzekło, trzymajcie się od niego z daleka.

niedziela, 21 września 2008

Dzień dobry, tak łatwo powiedzieć

Witam znajomych jak i nieznajomych po długiej przerwie. Mam nadzieję, że nadal tu zaglądacie.


Do napisania tego tekstu skłoniła mnie zawiść i chamstwo Polaków. Mógłbym wymieniać wiele przykładów chamskich zachowań, ale nie chce was zanudzać.

Bardzo dużo pisze o tym Tomasz Lis w swojej najnowszej książce (premiery jeszcze nie było :) pt. "My, naród". Zwraca szczególną uwagę na to, że nie mówimy pospolitego "dzień dobry" lub "cześć" do ludzi nieznajomych. Nie zwracamy się do nich, nie pytamy o nic (no, może oprócz godziny). Tomasz Lis, który w USA spędził 4 lata, poznał się na Amerykanach z bardzo dobrej strony. Podczas porannego joggingu pytali się jak mu idzie, co słychać, ile do przebiegnięcia mu zostało. Któregoś dnia na wakacjach w Stanach musiał odwiedzić tamtejszy szpital, bo nerka dawała we znaki. Obcokrajowiec, Polak, był w Stanach obsługiwany przez personel szpitala na paluszkach. I płacić od razu nie musiał. Przykładów było wiele. Przykładów chamstwa w Polsce jeszcze więcej i każdy z Was mógłby dopisać kilka kolejnych. W taki sam sposób jak Tomasz Lis opowiada o Amerykanach, ja mógłbym opowiadać np. o Holendrach. Dziennie średnio 5 do 10 osób mówiło mi „hoi” (cześć) podczas ostatnich wakacji. Teraz pytanie do Was, czy nie lepiej było by żyć w kraju, w którym ludzie są dla siebie mili, pozdrawiając nieznajomych, a nie warcząc na nich? Zadajcie sobie pytanie ile razy na dzień mówicie „dzień dobry” sąsiadom, nieznajomym w autobusie, pociągu, w sklepie stojąc w kolejce lub na przystanku..

Po rozum do głowy poszli Włosi. Zauważyli tendencje zniżkową mówienia pospolitego u nich „ciao”. Przez 70 lat z 30 razy na dzień spadło do ośmiu. Światowy Dzień Witania obchodzony jest po raz pierwszy w Turynie. Efekt? 10 tys. ludzi włączyło się do akcji, podczas której musieli pozdrowić 10 razy nieznajomych w ciągu dnia. Na pewno średnia skoczyła do góry.

Potrzebujemy takiej samej akcji, nie uważacie?

środa, 30 lipca 2008

Jedynka i jedenaście zer

Inflacja w Zimbabwe sięga szczytu. Niedawno wypuszczono banknot o nominale 100-miliardów dolarów zimbabweńskich. Dysponując takimi pieniędzmi w Zimbabwe moglibyśmy kupić... kromkę chleba.

Jeden polski złoty to równowartość 8 miliardów dolarów zimbabweńskich. W lipcu tego roku Centralny Bank Zimbabwe, którego prezesem jest Gideon Gono, wyemitował banknot o nominale 100.000.000.000 dolarów (sto miliardów dolarów). Inflacja w Zimbabwe jest najwyższa na świecie i wynosi obecnie 2,2 miliona procent. Niektórzy miejscowi ekonomiści uważają jednak, że wynosi ona 7 milionów procent!
Absurdalna liczba zer uniemożliwia korzystanie z bankomatów i utrudnia pracę programom rachunkowym, nieprzystosowanym do obracania sumami z tuzinem zer.

Wspomniany prezes banku narodowego w Zimbabwe, Gideon Gono nie uważa, że bank powinien być instytucją niezależną. Swoją postawę tłumaczy mottem: Kto twierdzi, że prezes banku powinien sprzeciwiać się głowie państwa, sprzeciwia się zasadom kazań Jezusa Chrystusa. Kluczową ideą nauk Chrystusa była lojalność.

Reżim Mugabe'go przyczyną hiperinflacji

Robert Mugabe zasiadł na fotelu prezydenta w 1987 roku. Pomimo zrujnowanej gospodarki kraju, Mugabe, o dziwo, wciąż sprawuje najwyższą funkcję w państwie. W pierwszej turze odbywających się miesiąc temu wyborów wyprzedził go o 4,7 proc. głosów kandydat opozycji Morgan Tsvangirai. Jednak w dogrywce Mugabe zdobył... 85,51 proc. głosów. Jak nietrudno się domyślić, wyniki zostały sfałszowane. Wcześniej zabito
90 działaczy opozycji, w wyniku czego, bojący się o własne życie Tsvangirai zrezygnował z dalszej rywalizacji.

Rok temu Mugabe nakazał obniżyć ceny towarów o połowę pod groźbą sankcji prawnych. Na wieść o zakupach za półdarmo przed sklepami, stacjami benzynowymi, bazarami zebrały się setki tysięcy mieszkańców Zimbabwe, którzy w obawie przed szybkim wyczerpaniem zapasów wykupili tyle towarów, na ile było ich stać. Do Zimbabwe zjechały tysiące osób z państwo ościennych by kupić tańszą benzynę. W dniu obniżki sfrustrowani ludzie zaczęli wychodzić ze sklepów omijając kasy. Ostatecznie zdemolowano i rozkradziono setki sklepów, których właściciele zdecydowali się opuścić kraj.

Do USA, Wielkiej Brytanii, RPA, Botswany i Namibii wyjechało w ostatnich latach 25 procent mieszkańców Zimbabwe. Ci, którzy zostali i mają pracę proszą, aby zamiast pieniędzy dawano im jedzenie. W Zimbabwe pieniądze są już nic niewarte.

Sprzedają własne pieniądze

Inflacja rośnie skokowo. Bezrobocie sięga 80 procent. Kolejne wybory odbędą się dopiero za 6 lat, a sytuacja w Zimbabwe jakby nie interesowała reszty świata... Mieszkańcy Zimbabwe żyją w ubóstwie. Wiedzą jednak, że ich sytuacja jest fenomenem na skalę światową, a banknoty z jedynką i jedenastoma zerami są nie lada gratką dla kolekcjonerów, którzy są gotowi zapłacić za nie kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt razy więcej niż są warte. Mieszkańcy Zimbabwe sprzedają zatem swoje pieniądze. Gdzie? W sieci. W serwisie aukcyjnym Ebay.com 100.000.000.000 dolarów z Zimbabwe możemy kupić już za 10 dolarów z Ameryki. Dla Zimbabwejczyków to i tak wiele.

poniedziałek, 21 lipca 2008

Superpuchar Polski dla Legii

20 lipca w Ostrowcu Świętokrzyskim Wisła Kraków spotkała się z Legią Warszawa, by walczyć o Superpuchar Polski. Na stadion przy ul. Świętokrzyskiej przybyło około 600 kibiców ze stolicy i nieco mniej fanów z Krakowa. Pozostałych kibiców, głównie z Ostrowca, było ponad 3 tys.

Wisła zagrała w rezerwowym składzie, ponieważ dzień wcześniej rozegrała sparingowe spotkanie z Liverpoolem (1:1). Legia Warszawa strzeliła pierwszą bramkę już w 13. minucie spotkania. Jej autorem był Takesure Chinyama. Na odpowiedź Wiślaków nie trzeba było długo czekać. 2 minuty później rzut wolny wykonał Krzysztof Mączyński, którego wrzutkę wykorzystał Grzegorz Kmiecik, pokonując Jana Muchę strzałem głową. Rozstrzygająca bramka padła dopiero w 87. minucie, kiedy to zaskoczony lobem Piotra Rockiego bramkarz Wisły musiał wyciągać piłkę z siatki.

Spotkanie wg mnie stało na dość niskim poziomie, o wiele ciekawiej było na trybunach, gdzie fani z Krakowa i Warszawy co rusz sobie ripostowali. Kibice Legii dopingowali swój zespół przez cały mecz, nie zapominając oczywiście o "pozdrowieniach" dla ITI, które brzmiały: dla mnie luty, dla ciebie maj, je*ać je*ać ITI!.
Albo taka wymiana zdań:
Wisła śpiewa: Wisła!!!
Legia: Kur*a!!
Wisła ripostuje: Twoja stara!

Śmiech na sali.

Przeczytaj relację Piotra Adamczyka z tego spotkania na łamach wiadomości24.pl

Również w tym serwisie opublikowana została galeria zdjęć z tego spotkania mojego autorstwa. Zapraszam!

sobota, 19 lipca 2008

Magiczne "&fmt=18". Sprawdź sam!

Nie wszyscy jeszcze wiedzą o magicznym kodzie "&fmt=18", dzięki któremu jakość filmików odtwarzanych w popularnym serwisie youtube wzrasta. Widać to gołym okiem!


Jak w łatwy i szybko sposób poprawić jakoś filmików na youtube? To proste! Dopisz krótki kod "&fmt=18" do URL filmików. Zarówno jakość obrazu jak i dźwięku poprawi się natychmiastowo. Wpisanie tego kodu oznacza zmianę normalnego video w strumieniowe wideo w wysokiej rozdzielczości.

Gian, 21-letni mieszkaniec USA, jako pierwszy znalazł sposób na poprawę jakości plików na youtube. Od tamtego czasu do dziś w komentarzach pod jego profilem podziękowało mu ponad 750 osób. Wszystko dzięki magicznemu "&fmt=18".

Po odkryciu tego kodu przez Giana youtube wprowadziło zmiany w ustawieniach. Teraz każdy może oglądać filmiki w wyższej rozdzielczości pod warunkiem, że zaznaczy w ustawieniach na swoim koncie opcję: "Mam szybkie łącze. Zawsze odtwarzaj filmy w wyższej jakości, jeśli są dostępne." Jeżeli nie masz i nie chcesz zakładać konta na youtube kod "&fmt=18" jest dla ciebie jak znalazł.

niedziela, 6 lipca 2008

PoPolsku.nl - bezpłatna gazeta dla Polaków mieszkających w Holandii

PoPolsku to nowa, bezpłatna gazeta, której redakcja czerpie zyski z reklam pojawiających się w tygodniku. PoPolsku oferuje kilka stałych rubryk, m.in. sport, kultura, reportaż, wywiad, horoskop i strona z krzyżówkami. Około 70% informacji pochodzi z Polski i całego świata, a 30% dotyczy informacji z Holandii.

Gazeta wychodzi w nakładzie 50 tys. i jest rozprowadzana po zakładach pracy, hotelach, restauracjach, wszędzie tam, gdzie znajdują się Polacy. Z badań wynika, że jeden egzemplarz czyta średnio dwie osoby, co daje 100 tys. osób, do których dociera jedno wydanie gazety, daje to połowę mieszkających w Holandii Polaków.

Gazeta posiada również swoją stronę internetową, dostępną również w języku niderlandzkim, na której pojawia się cześć publikowanych później artykułów. Znajduje się również rubryka, w której sami możemy wysłać do gazety artykuł lub zdjęcia.
Redakcja gazety PoPolsku ma siedzibę w Tilburgu (południe Holandii) i składa się zarówno z Holendrów jak i Polaków.

środa, 18 czerwca 2008

Tatry Słowackie w Dolinie Zimnej Wody

Niezapomniane widoki, przejażdżka kolejką górską Hrebienok w miejscowości Stary Smokowiec, kawka w Blikowej Chacie, wędrówka szlakiem górskim, trzaskający o skały Wodospad Zimnej Wody. All inclusive. Tylko teraz, tylko tutaj.

Zdjęcia zrobione zostały 10 czerwca podczas szkolnej wycieczki Muszyna/Słowacja. Autorem trzech fotografii jest Anna Banasiewicz, której bardzo serdecznie dziękuje za możliwość wykorzystania fotografii w galerii internetowej, która ukazała się w serwisie wiadomości24.pl

Zapraszam do oglądania zdjęć.

wtorek, 17 czerwca 2008

Na otarcie łez...

Polacy wracają do domów. Po wczorajszym meczu stało się to już pewne i nie ma żadnych złudzeń. W trzech meczach zdobyliśmy jeden punkt strzelając jedną bramkę. Kto jest temu winien? Piłkarze, trener, za miękka trwa, maskotki ME, Niemcy, że wygrali, Austriacy, że przegrali, Chorwaci, że byli za szybcy, a może sędzina Webb, który swoją kontrowersyjną postawą w meczu z Austrią - nie muszę chyba przypominać sytuacji - pozbawił nas teoretycznych szans na dalszą grę. Nie mnie to oceniać. Jednak dla tych, którzy jeszcze rozpamiętują tamten mecz znalazłem pewien film ukazujący jak niesprawiedliwe sędziowanie morze pomóc innej drużynie.

W 2002 roku na Mistrzostwach Świata w Korei i Japonii sędziowie wyraźnie gwizdali pod współgospodarzy - Koreę. Nie tylko my przez sędziów odpadliśmy z dalszych rozgrywek. Podobna sytuacja spotkała m.in. Włochów (1/8 MŚ) i Hiszpanię (ćwierćfinał). Zobaczcie sami:


poniedziałek, 16 czerwca 2008

Poznaj Chorwację przed meczem

Jeszcze świeża, jeszcze (prawie) nie komentowana, właśnie dodana - galeria zdjęć z wyprawy do Chorwacji. Opublikowana przez Agnieszkę Iwan, bliskiej mojego serca kobiecie w idealnym momencie, bowiem przed meczem Polski z reprezentacją tego przepięknego kraju. Zapraszam wszystkich kibiców, i nie tylko, do przejrzenia zdjęć :)

I słówko ode mnie przed dzisiejszym meczem z Chorwacją: mam nadzieję, że piłkarze nie byli w tym kraju i nie będą mieli żadnych sentymentów, by dokopać Chorwatom przynajmniej 2:0 i pokazać pazur orła. Nie płaczmy jeśli nie wyjdziemy z grupy, bo Niemcy wygrają. Nie rozrywajmy szat jeśli nawet przegramy. Leo z ekipą się szybko nie rozstanie i już za dwa lata pokaże jak walczy polski orzeł.

sobota, 14 czerwca 2008

Holandia idzie po puchar!

Holandia jako jedna z dwóch reprezentacji (razem z Chorwacją) wygrała oba mecze w fazie grupowej EURO 2008. W pierwszym meczu pokonała 3:0 mistrzów świata, wczoraj gładko pokonali Francuzów (wicemistrzów świata) 4 do 1. Holandia idzie jak burza!

Już sobie wyobrażam szał radości po wczorajszym meczu, jaki wybuchł w holenderskich domach. Dwa lata temu, gdy byłem w Holandii podczas Mistrzostw Świata w Niemczech, spotykałem na ulicach grupy Holendrów po uszy w pomarańczy, flagi w masowych ilościach pozawieszane w oknach, samochodach, balkonach, w sklepach. Pomarańczowe rowery, ubrania, włosy, tulipany, ciastka, chorągiewki, pomarańczowe maskotki lwów... Po prostu wszędzie pomarańczowy! Dlaczego pomarańczowy? Kolory niebieski, biały i pomarańczowy to barwy noszone przez wojska księcia holenderskiego Wilhelma Orańskiego w okresie wojny o niepodległość. Jako, że barwnik pomarańczowy był nie trwały zastąpiono go czerwonym. Holendrzy zaczęli jednak ku czci Wilhelma na wszystkich imprezach sportowych, i nie tylko, nosić ubrania w kolorze pomarańczowym. Przyjęło się mówić na reprezentację Holandii "pomarańczowi".

Do boju Holandio!

Podczas pobytu w kraju wiatraków i sera często słyszałem piłkarski hymn Holandii pt. "Wij Houden Van Oranje" w wykonaniu Andre Hazes'a. Dzisiaj Łukasz z Ciechanowa (woj.mazowieckie), czytelnik mojego bloga, podesłał bardzo fajny link do tej piosenki. Zapraszam do przesłuchania:


piątek, 6 czerwca 2008

To my Polacy!

5 2 Dębiec śpiewał kiedyś: "Głos kraju mataczy - to my Polacy. Głos kraju bez pracy - to my Polacy." Wówczas w mediach szum. No, bo jak tak można śpiewać o swoim kraju? Owszem, można.

Po co zużywać energię na zmianę naszego polskiego charakteru, skoro i tak wiadomo, że starania zakończyłyby się fiaskiem? Lubimy się napić, lubimy się pobawić, dobrze zjeść, później pochorować i na dodatek kogoś skrytykować albo wdać się w jakąś jatkę i powulgaryzować. Tacy jesteśmy i lepiej to zaakceptować, bo nie ma innego takiego kraju. Niemcy przed niedzielnym meczem emitują reklamę (w domyśle) o Polskich kibicach-złodziejach? Nic to! Przeto miało być śmiesznie. Sęk w tym, że nie lubimy jeżeli ktoś o nas tak mówi, a sami potrafimy mówić wiele, czasem o wiele za dużo. Ale to właśnie my, Polacy!

Nie tylko potrafimy dobrze wypić i dobrze zjeść, ale jesteśmy też jednymi z najlepszych, o ile nie najlepszymi, kibicami na świecie. Jeżeli sobie obierzemy jakiś cel to za punkt honoru musimy do niego dotrzeć! Wiemy co to prawdziwa przyjaźń i mamy mocny łeb! Mamy bardzo dobrą kuchnie i piękny kraj. Mamy z czego być dumni!

"Holendrzy mądrze mówią, że nie warto walczyć z rzeczami których nie jesteśmy w stanie zmienić. Jak poznać, że Polak się w Holandii wynarodowił? Je drop i salmiak. Co robi Holender gdy nie ma co robić? Idzie do pubu. Co robi Polak gdy nie ma co robić? Idzie do przychodni."

Zdjęcie autorstwa Anny Białkowskiej, cytat pochodzi ze strony wiatrak.nl

sobota, 24 maja 2008

Holandia z zielonej perspektywy

Z racji wieku i braku potrzeby zaspokojenia ciekawości, nigdy do coffeeshopów nie wchodziłem. Nawet nie próbowałem, choć wiedziałem, że gdybym chciał, na pewno znalazłbym taki, w którym są łamane przepisy zakazujące wpuszczania nieletnich.


A znaleźć taki wcale nie było trudno. Przechadzając się po holenderskich uliczkach co krok znajdowałem podejrzanie wyglądający pub. Nie wszystkie cofeeshopy wyraźnie odróżniają się od innych sklepów. Z reguły są to zwykłe bary, wszystko wygląda tak samo (zobacz wnętrze cofeeshopu), tylko że, aby umilić oglądanie kolejnego pojedynku "pomarańczowych", zażywa się inny specjał. Mowa oczywiście o marihuanie i haszyszu, narkotykach miękkich (lekkich), legalnych w Holandii i uważanych przez większość mieszkańców tego kraju, i nie tylko, za nieszkodliwe. W Amsterdamie, stolicy stoików, znajduje się kilkadziesiąt przeróżnych coffeshopów oraz smartshopów, growshopów i headshopów. Cóż oznaczają te nazwy? Otóż smartshopy to puby, które specjalizują się głównie w sprzedaży nasion konopi oraz grzybów o przeróżnych psychodelicznych właściwościach, w growshopie kupimy narzędzia, dzięki którym nasiona będą należycie rosły, a w headshopie kupimy całe osprzętowienie do udanego spożywania specyfików oraz wszelkie gadżety. Nie warto jednak w to wierzyć, często bowiem w sklepach tych możemy zaopatrzyć się również w inne rzeczy. No, bo po co klient ma jechać parę przecznic dalej, skoro nowo zakupione bongo (rodzaj fajki wodnej) może przetestować od razu?

Krótka lekcja historii

Konopie, innymi słowy marihuana, znana jest na świecie od zarania dziejów. Trzy tysiące lat temu była jednak wykorzystywana do produkcji lin, tkanin oraz powrozów. W I wieku naszej ery Chińczycy opracowali sposób produkcji papieru przy użyciu konopi. Pierwszy raz uznano konopie za narkotyk za życia Joanny d'Arc, a pół wieku później papież Innocenty VIII głosił, że spożywanie marihuany to praktyka godna innowierców i heretyków. Pierwszą i drugą wersję Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonych (1776 rok) spisano właśnie na papierze z konopi. Jak to się stało, że marihuana trafiła do Holandii? Wszystko za sprawą ruchów hipisowskich oraz buntu dzieci kwiatów, które w latach 60. przywiozły narkotyk do Holandii. W krótkim czasie zyskał on dużą popularność, a władze państwa rozgraniczyły narkotyki na legalne i nielegalne. Te legalne to konopie i haszysz, nielegalne to kokaina i heroina.

W roku 1976 nie istniały żadne ograniczenia co do ilości hodowanych roślin, a posiadać można było nawet 30 gram marychy. Dopiero 18 lat temu, pod naciskiem Francji i Niemiec, wprowadzono zmiany w przepisach. Od tamtego czasu można hodować jedynie pięć roślin oraz posiadać przy sobie pięć gram. Wiele osób łamie przepisy. Nawet jeżeli ktoś zostanie złapany przez organy ścigania nie musi być ukarany, wystarczy, że dobrowolnie zrzeknie się posiadanych roślin. W liberalnej Holandii rzadko pojawiają się głosy sprzeciwu w sprawie narkotyków. Rząd zastosował skuteczną taktykę, która sprawiła, że udostępnienie narkotyku spowodowało zmniejszenie ilości uzależnionych osób.

Do wyboru, do koloru

Rodzajów marihuany i haszyszu znajdziemy setki. Tańsze, droższe, lżejsze i nieco cięższe, z Jamajki, Maroka i tutejsze. Ceny specyfików wahają się od 1,5 do 3 euro za gram, a nawet do 4 euro za najlepszy towar. A to i tak zdecydowanie mniej niż w Polsce, gdzie jeden gram kosztuje przeważnie 30 złotych. Wedle holenderskiego prawa, maksymalnie możemy zakupić dla siebie pięciogramową porcję. Po dokonaniu transakcji siadamy przy stoliku i palimy jointa, prawie jak papierosa. Tyle, że efekt inny. Chyba.

Dlaczego „TAK”, dlaczego „NIE"?

Sam nie wiem jaką stronę obrać, bo jeżeli komuś sprawia to przyjemność, to czemu miałby tego nie robić, skoro żyje w kraju, gdzie jest to dozwolone? Nawet w liberalnej Holandii głosy są podzielone, choć tych popierających cały interes jest więcej. A zatem dlaczego tak? Otóż zwolennicy przywołują argument, że coffeshopy podlegają kontroli i nie sprzedają szkodliwych substancji. Pieniądze zebrane ze sprzedaży nie trafiają w ręce przestępców. Niekiedy dzięki nim finansowane jest leczenia uzależnień. Policja nie musi ścigać dealerów marihuany, zajmuje się jednak łapaniem tych, którzy sprzedają twarde lub, jak kto woli, ciężkie narkotyki. Przeciwnicy na te argumenty mówią zdecydowanie: sprzedaż narkotyków i zgoda ze strony państwa może spowodować, że ludzie nie będą zdawać sobie sprawy, że narkotyki najzwyczajniej w świecie są złe i nie należy ich tolerować. Poza tym, często znajdują one się blisko szkół. W poprzednim roku zlecono z tego powodu zamknięcie 18 spośród 62 rotterdamskich coffeeshopów. Jak na liberalną Holandię, działania te wydają się dość surowe. Czy jest tak naprawdę? Nie do końca, bo zarządzenie wejdzie w życie dopiero za rok. Niderlandzcy amatorzy marihuany mogą więc spać spokojnie. Zawsze pozostaną coffeeshopy w innych dzielnicach...

Przykład Holandii jest fenomenem na skalę światową. Pomimo ogólnego dostępu do narkotyków i jej legalizacji nie spożywa się tutaj dużo narkotyków, a liczba uzależnionych nie jest wysoka, w porównaniu na przykład do Stanów Zjednoczonych, gdzie marihuana nie jest legalna, a i tak spożywana jest w ilościach zdecydowanie większych. Władze postanowiły udostępnić narkotyki lekkie dla wszystkich powyżej 18 roku życia, na skutek czego wyraźnie zmalała (z 10 proc. do 2 proc.) liczba młodych narkomanów.

artykuł został opublikowany w serwisie wiadomości24.pl

środa, 14 maja 2008

Poczuj smak nocnej imprezy w Holandii!

Często fotografujemy i filmujemy ciekawe miejsca, do których odbyliśmy podróże. Wszystko po to, aby wrócić myślami do czasów, kiedy tak beztrosko trwała zabawa. Zapraszam na imprezę do Vlissingen w Holandii!

Po raz wtóry opowiem Wam o Holandii i pewnym pięknym mieście, a dokładniej imprezie w nim organizowanej, o której już niedawno tutaj wspominałem.

Nachtmarkt, bo o nim oczywiście mowa, to – jak sama nazwa wskazuje – nocna (trwająca od 19-20 do północy) impreza, odbywająca się zawsze na początku sierpnia w miastach holenderskich. Ubiegłoroczny Nachtmarkt we Vlissingen odbył się 3 sierpnia. W tym dniu zjeżdżają się do miasta różne zespoły – taneczne, muzyczne itd. Prezentują swoje umiejętności przed rządną wrażeń publicznością, która licznie przybywa na miejsce organizowania przedsięwzięcia, a przeważnie jest nim rynek miasta.Holendrzy przywiązują dużą wagę do muzyki. Młodzi mieszkańcy tego kraju na imprezach gustują głównie w techno i trance - to przecież właśnie tutaj tworzy swoje hity znany na całym świecie DJ Tiesto i to Holandia jest również kolebką jumpstyle'u (powstał on w Belgii, ale rozwiną się właśnie tutaj).

We Vlissingen, nadmorskim mieście leżącym na wyspie Walcharen w prowincji Zeeland, rynek znajduje się nieopodal bulwaru. W dniu imprezy porozkładane są na nim setki różnych stoisk. Sprzedawcy handlują dosłownie wszystkim. Podczas Nachtmarktu możemy zarówno dobrze zjeść, napić się, jak i rozerwać grając w gry, a nawet założyć nowy ciuch! Sprzedawane przedmioty często nawiązują do symboli Holandii – tu gratka dla turystów, których we Vlissingen zawsze pełno. Przeróżne czapki, naszyjniki, bransoletki, koszulki, pierścionki i wiele innych. Co do jedzenia? A czego Ci potrzeba? Oprócz fast food’ów, znajdziesz tutaj wiele innych przysmaków takich jak: frykandele, orzeszki w miodzie, suker waffel (wafle cukrowe), appelgebak, (placek z jabłkami i cynamonem), speculaas (kruche ciastka cynamonowe o wyglądzie piernika), stroopwafels w gigantycznych rozmiarach (wafle przełożone gęstym syropem) i amandelkoek (kruche ciastka nadziewane rozpływającą się w ustach masą migdałową).

Nachtmarkt to nie tylko okazja do wydania kilka euro na jedzenie, ciuch czy coś podobnego. To również rodzinny wypad na miasto, wspólne pogawędki i zabawa przy muzyce oraz piwie, czyli wszystko, co Holendrzy cenią sobie najbardziej.

Punkt kulminacyjny tego wieczoru to trwający średnio 10 do 15 minut nadmorski pokaz fajerwerków, który rozpoczyna się równo o północy. Wówczas kilka tysięcy ludzi wyczekuje na bulwarze, by obejrzeć sztuczne ognie błyskające nad wodą.

Zobaczcie sami i poczujcie smak nocnej imprezy w Holandii: