wtorek, 27 grudnia 2011

Polska i ja

W mijającym roku miało miejsce wiele bezprecedensowych wydarzeń. Które miały rzeczywiste znaczenie, a które tylko robiły na mnie chwilowe wrażenie? Co trapiło Polaków, którzy w 2011 roku zadali dwa symboliczne pytania? Śpieszę z odpowiedzią.

Mój polonocentryzm każe mi myśleć - również wedle tego, co powiedział Bronisław Wildstein – że najważniejszym wydarzeniem 2011 roku były wybory parlamentarne. I rzeczywiście tak było. Gdyby jednak spojrzeć na Polskę z lotu ptaka, a to spojrzenie obejmowałoby całą Europę, na pierwszy plan wysuwa się kasa. Kasa, której brakuje niektórym permanentnym leniom, a którą biedna Polska naturalnie przekaże. Czyli mowa oczywiście o ostatnim szczycie ostatniej szansy.

Jak uniesiemy się jeszcze wyżej i spojrzymy na świat z perspektywy kosmosu, widać coś innego. Co? Wydarzenie kosmicznie ważne – „Arabska wiosna ludów”, która odbiła się czkawką i ukróciła dyktatorskie zapędy północno-afrykańskich władców. W tekście skupię się jednak na dokonaniach Polaków w ostatnim roku, a więc o wyborach będzie, czy tego chcecie czy nie.

Po pierwsze Polska

Analiza wyników ostatnich wyborów parlamentarnych była pierwszym tematem na naszym blogu, który powstał właśnie w tamtym czasie. Skomentowaliśmy zatem 1/4 wydarzeń kończącego się za cztery dni roku. Ale najpierw sięgnijmy pamięcią wstecz, a do jej odświeżenia posłużyłem się, niestety, portalem tvn24.pl. Co, jak co, ale w podawaniu informacji to oni są dobrzy. Gorzej im wychodzi ich komentowanie. Ale do rzeczy.

TVN24.pl opublikował zestawienie 10 najważniejszych wydarzeń w Polsce i na świecie. Nie odnotowano tam faktu powstania tego bloga, ale ustępując pola Adamowi Małyszowi, wcale nie czujemy się urażeni. W głosowaniu na najważniejsze wydarzenie 2011 roku prowadzą wybory parlamentarne w Polsce (a tuż za nimi awaryjne lądowanie kapitana Wrony...) i trzęsienie ziemi w Japonii. Ja zmieniłbym jednak trzęsienie na arabską rewolucję, bo niby jaka jest symbolika, wyższy wymiar katastrofy w krainie kwitnącej wiśni? A wydarzenia z północy Afryki wskazują jednoznacznie, że ludzie będą walczyć o wolność do ostatniej kropli krwi.

Wracając do wyborów. Ich wyniki pokazały jednoznacznie, że Polaków łatwo kupić. Wystarczy zestaw szytych na miarę garniturów dla zespołu, piękne uśmiechy, obietnice i inne ustawiane szopki. Wyborczy sukces Palikota tylko to potwierdza.

"Jak żyć" obok "Co ja pacze" były najczęściej zadawanymi pytaniami w kończącym się roku. O ile z drugiego można się śmiać, o tyle z pierwszego nie wypada. Jak odpowiedzieć na te pytania? Żyć należy według własnych wartości, ciężko walczyć o to, co dla nas najważniejsze i cieszyć się małymi rzeczami, mimo wszelkich przeciwności losu. Nad drugim nie ma sensu się rozwodzić.

W 2012 roku będziemy spierać się kształt Unii. Są tacy, którzy woleliby, żeby w ogóle nie istniała. Miejmy nadzieję, że wyjaśni się też pozycja Polski, która stara się być krajem bardziej decyzyjnym. Obecnie jednak jesteśmy przydupasami Merkel. Na przyszłość w tej kwestii patrzę jednak z ogromnymi obawami.

Po drugie ja

W maju uczestniczyłem w pierwszej manifestacji w swoim dość krótkim życiu. Marsz Wyzwolenia Konopi w Warszawie był po to, aby powiedzieć ludziom, że marihuanę palą zwykli ludzie. I ja takim zwykłym człowiekiem właśnie jestem. Czerwiec? Rozpocząłem pracę w Informacyjnej Agencji Radiowej, gdzie przez trzy kolejne miesiące szlifowałem warsztat reporterski. W międzyczasie byłem na rozmowie kwalifikacyjnej w Chilli Zet – było naprawdę blisko, a dostałbym pracę marzeń (zarząd skrócił długość newsów na antenie, które ja miałem czytać). Później rozmowa w TVP Warszawa – nie udało się, zero odzewu. Nic to, jeszcze będą żałować.

Profil iktomaracje.pl na Facebooku – 562 fanów. Plus jeden? »

Ale wracając do IAR. W trzy miesiące nauczyłem się bardzo wiele. Czego dokładnie? Sumienności, taktu i odporności na stres. Kilkukrotne rozmowy z Januszkami (Korwin i Palikot), rozmowa w gabinecie Marszałka Senatu, Bogdana Borusewicza, i wiele innych, nie były pracą samą w sobie, były przyjemnością, a nawet spełnieniem marzeń. Obecnie takim spełnieniem marzeń jest fakt, że ja piszę, a Ty to czytasz. Niby nic nadzwyczajnego, ale właśnie po to istnieje ta strona. Miło, że tu jesteś.

Dla Was nam się chce

Tysiące czytelników, 331 komentarzy, 75 wpisów, 3 miesiące w sieci. Za to wszystko dziękuję. Dla Was tworzymy, dla Was komentujemy, robimy wywiady. Bardzo istotnym wydarzeniem w 2011 roku było powstanie tego bloga. Przynajmniej w moim życiu. Tematami, które na naszym blogu wzbudziły największe zainteresowanie były: Marsz Niepodległości oraz Zmiana prawa narkotykowego.

Lubię komentować, choć nie jestem w tym mistrzem. Nie zamierzam jednak się na nikim wzorować, bo choć blog, z racji podejmowanych tematów, nazywaliśmy blogiem publicystycznym, mnie bliżej do blogera właśnie. Zwykłego człowieka, który nie tylko zadaje sobie pytanie „Jak żyć”, ale stara się na nie odpowiedzieć.

W 2012 roku życzę Wam jednego Drodzy Czytelnicy – znajdźcie odpowiedź na to znamienne pytanie. „Odpowiedzi szukaj, czasu jest tak wiele” – śpiewał Marek Grechuta. I tym akcentem przywitajmy następny rok. Oby lepszy.

Czytaj także wywiad podsumowujący rok 2011 z Bronisławem Wildsteinem.

piątek, 2 grudnia 2011

Nutka autopromocji

Od 8 tygodni w sieci funkcjonuje blog publicystyczny trójki młodych blogerów. Idea jest taka, że my dodajemy swoje wypociny, a internauci oceniają, kto ma rację. Poza tym debatujemy na tematy wybrane przez czytelników bloga w ankiecie. Co poniedziałek publikujemy wywiad z expertami w danej dziedzinie.

Zapraszam do obejrzenia krótkiego filmiku zrobionego zupełnie spontanicznie (polecam obejrzeć w dużym oknie):

video

czwartek, 24 listopada 2011

Ostatnia szansa Tuska

Nie możemy bezgranicznie wierzyć Tuskowi. To człowiek, który eliminowanie przeciwników politycznych, nawet tych potencjalnych, opanował do perfekcji. Widać to idealnie, gdy spojrzymy na skład Rady Ministrów. Skoro znowu mamy Tuska u władzy, musimy jasno i wyraźnie powiedzieć – Panie Premierze, zacznij Pan wreszcie rządzić Polską, a nie partią.

Skoro nie chcieliśmy ekspertów w parlamencie to musimy się zadowolić tym, co nam pozostało. A zostały nam miernoty. No, dobra. Średniacy, przed którymi stoją wielkie zdania. Szkoda, że dla Polaków liczą się znane nazwiska, partyjny rodowód, piękne twarze i kwieciste metafory wypływające z ust partyjnych agentów. Są one jedynie przedłużeniem filozofii Donalda Tuska. A ta, jak powiedział Tadeusz Cymański, polega tylko na zacumowaniu do portu. Czy cokolwiek się zmieni?

Dla mnie kryzys nie jest skutkiem. Jest narzędziem do inwigilacji społeczeństwa, wyciągania coraz większej ilości pieniędzy od ludzi, którzy tych pieniędzy i tak nie mają za wiele. Przestańmy się bać czegoś, co jest medialną fikcją i zacznijmy robić swoje. Nawet jeśli uznamy, że kryzys jest (czy dopiero będzie) zapłacimy bardzo wiele jeśli się na niego nie przygotujemy. Dlatego Panie Premierze, weź się Pan do roboty.

A tymczasem mamy kolejne obietnice. Mamy też nowy rząd, który jest całkowicie podyktowany partyjną układanką, którą Donald Tusk układał zapewne z Ostachowiczem, Bieleckim i Rostowskim. Panowie spędzili godziny nad dyskutowaniem o kształcie rządu popijając ekskluzywne trunki, których smak przeciętny zjadacz chleba może sobie tylko wyobrazić. O tym, że mam rację, świadczy chociażby fakt, że Joanna Mucha dowiedziała się o swojej nominacji, na dzień przed tym, kiedy dowiedzieliśmy się o tym wszyscy.

Donald, gospodarka głupcze!

Piotr Gabryel w swoim tekście „Polska AAA, czyli polish fiction” (Uważam Rze, 42/2011) nakreślił stan gospodarki i miejsce Polski, które moglibyśmy zajmować w świecie, gdyby Tusk nie zajmował się upupianiem Schetyny, a realizowaniem jedynie tego, co zapowiedział w swoim cudownym przemówieniu w 2007 roku. Co zrobił Tusk do tej pory? Zaliczanie na jego konto budowy stadionu narodowego jest śmieszne, zwłaszcza, że pozostawia ona wiele do życzenia. Jedyne, co mi przychodzi na myśl to likwidacja emerytur pomostowych. Za to wybraliście Tuska po raz drugi? Czy może dlatego, że boicie się radykalizmu Kaczyńskiego? Według mnie, pytanie retoryczne.

Profil iktomaracje.pl na Facebooku – 244 fanów. Plus jeden? »

Liczę, że ministrowie będą niepokorni, będą z pasją realizować się w zarządzaniu, a nie okażą się tylko pachołkami Tuska. Zobaczycie jednak, że minister, który zacznie pracować nie po myśli szefa, zakończy swoją polityczną karierę tak szybko, jak ją zaczął. Donald Tusk ledwo zaczął premierować, a już mamy spadki (kazus KGHM).

Nie bądźmy pożytecznymi idiotami

Rządzi nami partia centrowa, która będzie raz współpracowała z PSL, raz z Ruchem Palikota. Ale zawsze po to, by realizować swoje cele. Te jednak prowadzą do postępowania negatywnego zjawiska „BB”. Biedni biednieją, bogaci się bogacą. A to dlatego, że Platformę lobbują prezesi wielkich spółek, zabetonowanych struktur związków zawodowych czy biznesmeni spod ciemnej gwiazdy. Jeżeli zaczniemy być społeczeństwem obywatelskim (a nie społeczeństwem obywateli) być może Tusk posłucha głosu ludu? Nie możemy zatem bezgranicznie wierzyć Tuskowi i być pożytecznymi idiotami, dla których spokój i bezpieczeństwo to jedyne czego oczekują od państwa. Musimy wysyłać do rządu sygnały, że coś nam się nie podoba, bo na razie jedyne sygnały, jakie docierają do Tuska od jego popleczników brzmią: „Szefie, naród ma wszystko w dupie, więc robimy swoje”. Przepraszam za dosadność.

Na koniec, polecam film. Oczywiście proszę o przymrużenie oczu. Jednak to, co zobaczycie, może nazbyt przesadzone i podkoloryzowane, pokazuje zjawisko, któremu każdy szanujący wolność obywatel musi się przeciwstawić, a które za rządów Tuska niestety postępuje.

"Piekło tkwi w szczegółach", czyli exposé premiera Donalda Tuska

Nie dajmy się omamić i miejmy własne zdanie. Krytykujmy, mówmy głośno, co nam się nie podoba. Iktomaracje.pl daje ci taką okazję – odezwij się do nas, a udostępnimy Ci miejsce na naszych blogu i wypromujemy Twój tekst. Bo każde zdanie ma sens.

środa, 2 listopada 2011

Wrodzony pesymizm

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Ta zasada idealnie sprawdza się przy ocenie sukcesów Gryfa Wejherowo i Ruchu Zdzieszowice. Przypadek? Bynajmniej. Skazani na porażkę? Pewnie tak, ale co jeśli nie?

Większość piłkarzy trzecioligowego Gryfa pracuje w swoim zawodzie, a treningom poświęcają trzy wieczory w tygodniu. W ich rodzinnym mieście urastają do rangi cudotwórców, ale o takiej opinii wśród znawców dyscypliny mogą pomarzyć. Ćwierćfinał i wcześniejsze pokonanie dwóch drużyn z Ekstraklasy to za mało. Dlaczego? To przecież był przypadek. Ale czy na pewno?

Gryf ograł Koronę Kielce (wówczas Korona była liderem Ekstraklasy) i Górnika Zabrze. Skromnie, bo w obu meczach 1:0, ale w dwukrotnie to Gryf miał przewagę. To były najważniejsze dni w 90-letniej historii klubu z Wejherowa. Ruch gładko wygrał z Jagiellonią 3:1, a w 1/8 szczęśliwie trafił na MKS Kluczbork, z którym wygrał 1:0. W każdym przypadku drużyny te grały z rywalem lepszym o jedną lub dwie klasy rozgrywkowe.

Poczynania obu drużyn należy uznać za sukces. Za jego niedocenienie już beknął wiceprezydent Wejherowa, który odważył się powiedzieć, że to przez przypadek i słaby skład rywali – później władze miasta musiały przepraszać za urażoną dumę piłkarzy i kibiców. No, bo jak tak może mówić włodarz, który nigdy nie dołożył złotówki na rozwój klubu?

Przyznam się, że też ciężko jest mi wyobrazić sytuację, w której Gryf lub Ruch wygrywa Puchar Polski. Jedni wówczas powiedzą, że to dowód na to, że nasza liga jest piekielnie słaba, drudzy, że to argument potwierdzający tezę o wyrównanym poziomie lig i bardzo dobrej dyspozycji piłkarzy w tych rozgrywkach. Czy trenerzy i piłkarze obu drużyn mają receptę na sukces? Raczej nie – to wygląda bardziej na chwilowy wzrost formy, kosmiczne pokłady ambicji i zaangażowania. Ale, jak widać, to wystarcza!

Nawet jeśli zdarzy się cud (a przecież cuda się zdarzają) to sytuacja, w której wygrywa drużyna z III ligi raczej nie zapewni nam punktów w rankingach wszelkiej maści. Tym bardziej, że ostatnio komentatorzy zaczęli spekulować o szansach, aby także wicelider Ekstraklasy mógł startować w eliminacjach do Ligi Mistrzów.

Losowanie par w rozgrywkach 1/4 PP odbędzie się pod koniec listopada. Półfinalistów poznamy w marcu przyszłego roku. Czy któryś będzie z III ligi? Mimo wszystko – oby!

Tekst pochodzi ze strony www.iktomaracje.pl

środa, 26 października 2011

Zmierzch czystego PR

Sarko pokazał, że jest mistrzem kampanii grającej na emocjach. Czy ma szanse na zwycięstwo w wyborach prezydenckich, które odbędą się za pół roku? We Francji przeciwnicy urzędującego prezydenta już zacierają ręce, bo i konkurencja nie śpi, i Sarko jakiś taki bez pomysłu na najbliższe miesiące.

W marcu sondaże we Francji wskazywały, że I turę wyborów wygra Marine Le Pen, dziś liderka Frontu Narodowego (23 proc.). Nicolas Sarkozy miałby być na równi z zagorzałą polityk lewicy – Martine Aubry (po 21 proc.). Obecnie na scenie pojawił się kolejny gracz, Francois Hollande, który wygryzł Aubry i w powszechnych prawyborach (frekwencja 2,8 mln osób) został wybrany jedynym kandydatem Partii Socjalistycznej w przyszłorocznych wyborach. We Francji widać mocne poparcie dla idei, którą głoszą lewicowcy z PS, popularność zyskują też narodowcy z Frontu.

Czytaj także tekst Michała Gąsiora: Co ma piernik do wiatraka…

Po pierwsze: konkurencja

W Polsce przywykliśmy do bezjajecznych polityków, którzy boją się wejść w konflikt. Francuzi jednak wybierają mocne charaktery, polityków twardych, którzy walczyli o interesy ich kraju. Francois Hollande, który sam o sobie mówi „polityk zwyczajny”, ma jedną cechę, która wprowadza nową jakość – chce pracować nad jednością i rozwojem ponad partyjnymi podziałami. Jak wskazuje sondaż sprzed tygodnia Francuzi chwycili haczyk.

Dla Sarkozy’ego może być jeszcze gorzej. Zdobywająca coraz większą popularność Marine Le Pen z Frontu Narodowego ma szanse wygryźć Sarko. Le Pen zyskuje, bo mimo śmierci Kadafiego i zapowiedzi budowania demokracji w Libii, Francuzi boją się kolejnej fali emigrantów. Stąd właśnie popularność Frontu Narodowego. W najgorszym przypadku skończy się tak, że Holannde będzie walczył z Le Pen w II turze.

Czytaj wywiad tygodnia: dr Bartłomiej Biskup: Żona i córka pomogą Sarkozy’emu

Po drugie: przewidywalny PR

A córka? O niej na koniec, bo prawda jest taka, że kwestie wizerunku – skądinąd bardzo ważne – spadły we Francji z afiszu. Córka oczywiście nie zaszkodzi, ale jakoś specjalnie nie pomoże. Francuzi pokazali, że wcale nie lubią zaglądać do sypialni polityków. Sarko zrozumiał to w połowie kadencji, kiedy po publikacji wakacyjnych zdjęć z żoną w negliżu spadły mu notowania. Wówczas na dłuższy czas zniknął z mediów. Córeczka Giulia była planowana już w listopadzie 2010. Małżeństwo Sarkozych dokładnie wiedziało, kiedy należy urodzić dziecko. Już od marca 2012 Francuzi będą zalewani zdjęciami pięknej pary prezydenckiej w blasku wiosennego słońca.

Odpowiadając na pytanie postawione na początku: Sarko nie ma szans. Francuzi poznali się na PR-owskich sztuczkach. Córka, rzecz jasna, poprawi wizerunek, ale nie zapewni zwycięstwa. Sarkozy zaostrzy język (dzisiejsze „shut up” skierowane w kuluarowych rozmowach do premiera Camerona), zintensyfikuje swoje działania, uderzy w kilka czułych punktów. To za mało, by rządzić Francją przez kolejne 5 lat.

Tekst pochodzi ze strony www.iktomaracje.pl

czwartek, 20 października 2011

Sytuacja Lekko Dramatyczna

Politycy SLD szukając lidera lewicy zapomnieli, ze Polacy odnaleźli go przynajmniej 2 tygodnie temu. Ruch ekscentryka z Biłgoraja może nie odniósł spektakularnego zwycięstwa, ale wygrał z Sojuszem pokazując, że lewicowi wyborcy nie chcą anachronicznego SLD, tylko postępowego Palikota.

Czym innym jest spektakularny powrót Millera, jak nie spojrzeniem w lata politycznej dominacji, cofaniem się i rozpaczliwym łapaniem się brzytwy? Leszek Miller ma społeczne uznanie, doświadczenie i poparcie w SLD. To podpis tego polityka widnieje na traktacie akcesyjnym. Jednak poparcie dla jego partii topnieje każdego dnia, a jej czas skończył się dziewiątego dnia października.

Politycy „Sojuszu Ledwo Dyszącego” podejmują rozpaczliwe próby rekonstrukcji partii, a Palikot prowadzi radosną politykę laicyzacji, legalizacji i negacji. Najważniejsze błędy SLD? Brak perspektyw, brak kreatywności, słaby PR, zabetonowane struktury, te same twarze, zaszłości historyczne, brak postępowości… I tak dalej, i tak dalej. Błędów SLD uniknął biznesmen z lubelskiego.

Janusz Palikot jest postacią kontrowersyjną. Przeskakując od prawa do lewa, tarzając się w „oparach absurdu” osiadł ostatecznie na lewicowej mieliźnie. Na swój okręt zabrał brygadę podobnych do siebie ekscentryków, którym zapewnił władzę. Czy kompania jego majtków będzie słuchała się marynarza?

„Platforma Lewicy”, którą zaproponował Michał Gąsior być może ma rację bytu, ale wykluczenie z tego projektu Palikota, będzie błędem. Dlaczego? Przypomnijcie sobie wyniki wyborów. To nie SLD będzie łaskawie zapraszało RP do współpracy. Już przed wyborami ludzie SLD z podwiniętym ogonem uciekli do Palikota. A teraz dopiero się zacznie. Bawiąc się, wzorem Karola, we wróżbitę – wróżę, że w ciągu 100 dni przynajmniej 2 osoby z SLD przejdzie do RP. Zakład? Kopyciński już przeszedł.

Monika Olejnik, kpiąc sobie z Biedronia i przepytując go, co to jest Konwent Seniorów, zapomniała, że ten człowiek nie jest politykiem. A na pewno – jeszcze nie jest politykiem. Ten człowiek ma natomiast poparcie osób homoseksualnych. To coś więcej niż teoretyczna wiedza, którą – i tak pewnie nie wszyscy – posiedli partyjni funkcjonariusze. Jasne, można nie ufać Palikotowi za jego, przynajmniej, trójlicowość (OZON, PO, RP). Trzeba jednak zaczekać z osądami. Oni wszyscy już nami rządzi. RP jeszcze nie.

Poza tym – jesteśmy mega hipokrytami. Najpierw narzekamy na zatwardziałe struktury partyjne, kolesiostwo, nepotyzm i „ciągle te same twarze”, a potem narzekamy (czy też naśmiewamy vide Olejnik), że „nowe twarze” nie mają wiedzy, doświadczenia i w sumie to nie wiadomo, kto to w ogóle jest. Dziwne, co?

Tekst pochodzi ze strony www.iktomaracje.pl

wtorek, 18 października 2011

iktomaracje.pl - nowy blog w sieci

Jak widzicie ten blog umarł śmiercią naturalną. Od dłuższego czasu nic tutaj nie dodawałem, co nie oznacza, że nic nie pisałem. Mogliście czytaj moje teksty na salonie, ale od teraz zapraszam na iktomaracje.pl.

Strona iktomaracje.pl powstała z pasji tworzenia, kreowania i wpływania na rzeczywistość. Chcemy zmienić podejście ludzi, chcemy aby byli bardziej otwarci na opinię inną od ich własnych. Chcemy dzielić się własnymi poglądami, tak by ludzie przejrzeli na oczy w kwestiach ważnych dla nas samych. Komentujemy aktualne wydarzenia nie pod kątem ich przebiegu i scenariusza, ale pod kątem ich zasadności i celowości. Nic nie dzieje się bez przyczyny. Chcemy, aby nasze pisanie też miało swój szczytny cel. Celem jest stworzenie miejsca do dyskutowania młodych ludzi o tematach, na które każdy ma swoje poglądy, a przy tym zachowujemy szacunek do odmiennych poglądów.

Projekt „iktomaracje.pl” to nie tylko strona internetowa, na której przeczytasz teksty trzech młodych blogerów. To miejsce, w którym debata na tematy polityczne, sportowe, społeczne i każde inne, prowadzona jest w sposób kulturalny. Wiedząc, że ludzie między 20. a 25. rokiem życia najchętniej czytają blogi, wybraliśmy właśnie taką formę komunikacji. Stwierdziliśmy, że młodzi ludzie potrzebują miejsca, w którym otwarcie powiedzą jakie jest ich zdanie na ważny dla nas wszystkich temat i nie ich opinia zostanie oceniona.

W tym tygodniu zajęliśmy się tematem lewicy. Zapraszam do odwiedzania www.iktomaracje.pl!

wtorek, 7 czerwca 2011

Śmieją się z Solidarnych. To przykre

Prawie codziennie jestem na Krakowskim. Bardzo często widzę biały namiot - symbol Solidarnych 2010. Najczęściej popołudniami z megafonu rozbrzmiewają postulaty dymisji członków rządu z Tuskiem na czele. - Jak można oddać śledztwo w ręce Rosjan - wrzeszczą niestrudzenie.

Jeżeli ktoś poświęca tyle czasu na manifestacje poglądów, jakie by one nie były, musi być przekonany do swoich racji. Byłoby mi co najmniej przykro widząc przechodniów, którzy śmieją się ze mnie. Może nie są to salwy śmiechu, ale jakaś pogarda i zażenowanie w oczach jest widoczna. Turyści, wycieczki nie bardzo wiedzą co jest grane. Dla nich to kolejna atrakcja turystyczna, a dla Solidarnych to "Namiot Nadziei".

W życiu staram się być obiektywny i często w takich sytuacjach odwołuję się do emocji. Postawienie pytania: "A jak Ty byś się poczuł w takiej sytuacji" skłania do refleksji. Choć często ciśnie się uśmiech z pewną dozą pogardy i zażenowania trzeba zrozumieć ludzi, którzy spędzają godziny czy całe dnie na Krakowskim by wyrazić swój protest.

Często wtedy nacierają do głowy pewne spiskowe teorie. Ale szybko je odrzucam. Myślę: dlaczego tych ludzi jest garsteczka? Nie chce używać dobitnych słów, ale czy oni nie mają nic innego do roboty? Nie wiem. Jestem jednak pewien, że dopóki polityka rządu nie przeszkadza obywatelom w prowadzeniu normalnego, spokojnego żywota na ziemskim padole, dopóty oni nie będą wznosić buntu przeciwko rządzącym. Ciekaw jestem jednak jak wyglądałyby wyniki zbliżających się wyborów parlamentarnych, gdyby wszyscy Polacy, nawet Ci, którzy na co dzień mają to wszystko w nosie, poszli do urn? Wygraliby spiskowcy czy marketingowcy?

Teorie spiskowe są dla maniaków, ale oni też mają prawo je wyrażać. Powinni oni jednak pamiętać, że dla wielu spokojny spacer Krakowskim Przedmieściem znaczy więcej niż manifestacja poglądów.

czwartek, 7 kwietnia 2011

Beata Małecka-Libera nie ma zielonego pojęcia

Gdyby marihuana została zalegalizowana jako środek lecznicy, co miałby leczyć? Bezsenność, jak to przedstawiono w jednym z ostatnich odcinków serialu "Usta Usta"? Mielibyśmy wówczas kraj ludzi bezsennych. Zioło wyleczy Polaków z Alzheimera i Parkinsona? Dane statystyczne nie dowiodłyby tego, bo automatycznie wzrosłaby ich liczba.

W Polsce trwa debata na temat legalizacji posiadania małych ilości marihuany na własny użytek. Jak to bywa, wypowiadają się osoby, które nie mają na ten temat zielonego (zwłaszcza zielonego) pojęcia, albo chcą na tym coś ugrać. - Marihuana nie jest lekiem, jest środkiem, który odurza i ogromnie uzależnia, nie zabija od razu, ale z czasem powoduje, że młody człowiek staje się osobą chorą - powiedziała posłanka PO, doktor medycyny, Beata Małecka-Libera.

Zastanawiam się czy Pani Małecka-Libera wypowiadając to wierutne kłamstwo zrobiła to świadomie, a dokładniej, celowo? Na pewno znalazły się bowiem osoby, które w to uwierzyły, po drugie Pani Beacie udało się przesunąć kierunek debaty na inny tor. Niektórzy ludzie po takiej wypowiedzi zadadzą sobie pytanie: czy marihuana leczy bądź nie, a nie: czy marihuana powinna być legalna czy nie. A może po prostu wypowiedź miała się spodobać premierowi, którego chcący legalizacji muszą zmienić?

W legalizacji konopi indyjskich jako środka leczniczego widzę jedną, ale poważną wadę - wzrośnie wówczas korupcja w polskiej służbie zdrowia. Lekarze będą przepisywać nowy lek wszystkim cierpiącym na bezsenność, Parkinsona, Alzheimera et cetera, gdy tylko pacjent o to poprosi. Albo zapłaci. Takie rozwiązanie to niejako stanięcie w rozkroku między delegalizacją, a legalizacją. Więc dlaczego komplikować sobie życie? Weźmy przykład z Czechów.

Racjonalnie patrząc nowelizacja ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii nie zmieni nic albo zmieni niewiele. Będzie więcej zależało od policji, a interpretacja prawa będzie dowolna. W pozytywnej wersji wypadków policja zacznie rozróżniać dilerów od szarych konsumentów, a prokuratora rzeczywiście będzie umarzała takie sprawy.

Meller w wersji jeszcze bardziej lajt

Marcin Meller wczorajszy wieczór poświęcił na spotkanie ze studentami dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Sytuacja oczywiście nie wymagała zbyt dużej powagi, czy też rozwagi (która Panu Marcinowi w kwestii słownictwa by się przydała) to też redaktor Meller nie był wcale, ale to wcale spięty.

Marcin Meller podczas spotkania cytował swoje smsy, a kwieciste anegdotki ubarwiał równie kwiecistymi cytatami. Mimo że miał problem z trzymaniem języka na wodzy, to zostanie zapamiętany z powodu licznych anegdot, którymi podzielił się ze studentami.

Marcin Meller może czuć się spełniony. W swoim życiu posmakował już każdego typu medium. Pisał do Polityki, jest naczelnym znanego miesięcznika dla panów. Swoim specyficznym słownictwem zabawiał nas w programie "Drugie śniadanie mistrzów" w TVN24, a w radiu Roxy prezentuje niszową muzykę państw egzotycznych w autorskiej audycji "Mellina". Wcześniej prowadził reality show "Agent" i był w duecie z Kingą Rusin w "Dzień dobry TVN". W maju tego roku na półkach w księgarniach pojawi się książka Marcina Mellera, którą napisał wraz ze swoją żoną.

Wydawać by się mogło, że redaktor naczelny Playboya, któremu z powodu posady zazdrości większość mężczyzn w Polsce, nie musi posiadać dużej wiedzy. Może nie musi, ale posiada. A już na pewno przeogromnie duży bagaż doświadczeń, no i znajomości. Bo gdy Staszewski nie chciał przesłuchać piosenek tureckiego zespołu, bo nie były na oryginalnej płycie, Pan Meller zadzwonił do kolegów z Istambułu i oryginalna płyta przyleciała. A Kapuściński osobiście dał mu 300 dolarów na wyjazd do Afryki mówiąc: - To takie stypendium na cole.

Prowadzący program "Drugie śniadanie mistrzów" potrafił opowiadać anegdotkę w anegdocie i w niektórych momentach sam się gubił, o czym miał właściwie mówić. W każdym razie, ze wszystkich omawianych kwestii, wśród których był temat Playboyu czy pasja radiowa redaktora, za najciekawszą opowieść uznałem tę o Gruzji. Kraj ten przypadł do gustu dziennikarzowi do tego stopnia, że wraz z żoną napisał o nim książkę. Pierwszy w życiu semi-autorski tytuł Mellera pojawi się w księgarniach już za dwa miesiące. - Jestem tym strasznie podjarany - tłumaczył na spotkaniu Marcin Meller.

Meller powiedział, że Tibilisi zna tak dobrze jak Warszawę i często zdarza mu się wpaść do miasta, by spotkać się ze znajomymi Gruzinami. Kilka razy wypił też za Lecha Kaczyńskiego, czy to przed wydarzeniami 10 kwietnia czy po, mimo że, jak mówił, Kaczyński i on to inna bajka. Ta gościnność narodu gruzińskiego w stosunku do Polaków, nie pojawiła się tylko i wyłącznie z powodu prezydentury Lecha Kaczyńskiego. Skąd się wzięła? Może dowiemy się tego w maju z nowej książki Mellera.

Aktorzy z Poznania

Do Warszawy przyjechali aktorzy z Poznania. Nie mieli dużo gadżetów, najczęściej odbijali między sobą piłkę, choć podobno był to owczy pęcherz. Ten element na pewno dodawał dramaturgi sztuce aktorów z Poznania.

Aktorzy z Poznania stanęli na przeciwko mało doświadczonych aktorów z Warszawy. Wynik rywalizacji był z góry znany. Tak grać potrafią tylko aktorzy z Poznania.

W sztuce dużo było elementów baletu, bowiem aktorzy z Wielkopolski bardzo lubili kontakt z glebą, z którą szybko się nie rozstawiali. W wielu sytuacjach widz miał wątpliwości czy kontakt ten był zamierzony, czy może zupełnie niezależny od aktora. W takich momentach na scenę wbiegali asystenci, którzy sprawdzali czy wszystko gra, a po chwili, gdy okazywało się, że to wszystko było w planach, posuwistym krokiem schodzili z murawy. Mimo że nie zmieścili się w grupie jedenastu aktorów, to ich rola była nieoceniona.

Główna rola należała jednak do arbitra, którego widzowie nazywali też pajacem. Nie dość, że miał bardzo duży wpływ na bieg wydarzeń, to wydawało się, że bardzo dobrze przestudiował scenariusz przez spektaklem. Spektaklem obfitym w niezwykłą grę aktorską. Widz mógł podziwiać liczne symulacje, kontakt z glebą i inne tricki aktorskie. Mistrzem w swojej roli okazał się czarnoskóry Kolumbijczyk, prawdziwy człowiek teatru. Miał on duże pole do zaprezentowania swoich umięjętności. Liczne kontakty cielesne z mało doświadczonymi odtwórcami ról z Warszawy, dawały mu szanse na ulubiony kontakt z glebą. Wówczas doświadczony aktor z Poznania ostetacyjnie wymachiwał rękami bądź nogami, po tym jak pajac przerwał akcje, ten wstawał i jak gdyby nigdy nic zaczynał grać dalej.

Zwycięsko ze spotkania wyszli aktorzy z Poznania. Przesądziły o tym niebywałe umięjętności aktorskie, to przecież oni jako jedyni reprezentowali Polskę na europejskich salonach. Jest to grupa aktorów, która na rodzimym podwórku również może dużo zdziałać. Są przecież mistrzami.

Tak grać potrafią tylko aktorzy z Poznania.

czwartek, 24 lutego 2011

Balet to wymagająca sztuka, czyli "Tristan" w Operze Narodowej

Balet wydaje się być dla mnie jedną z najbardziej wymagających form sztuki. Dzieło Krzysztofa Pastora w dwóch aktach, zostało przedstawione na deskach Teatru Wielkiego Opery Narodowej w Warszawie. Jak zawsze, frekwencja dopisała.

Gdy oglądam przedstawienia, jak Anna Karenina, czy ostatnio Tristan, mam wrażenie, że przenoszę się w inny świat. W symboliczny, bajeczny świat, w którym tancerze, niczym nakręcane laleczki, odgrywają skomplikowane choreografie na scenie. Albo jestem amatorem albo jestem mało spostrzegawczy (może nawet jedno i drugie), ale ciężko było dostrzec jakiekolwiek błędy w wykonaniu choreografii, którą również przygotował Krzysztof Pastor. To najbardziej stanowiło o wielkości tej sztuki. Ile pracy cały zespół musiał włożyć w przygotowanie sztuki? Wolałem sobie nawet nie wyobrażać. Wystarczyło mi, że na sam koniec na scenę wyszło kilkadziesiąt osób, w różnym wieku, a publiczność nagrodziła występ gromkimi brawami.

Rolę młodego rycerza, Tristana, odegrał Paweł Koncewoj. Jego piękną, jasnowłosą księżniczkę zagrała niezwykle doświadczona i utalentowana Ukrainka, Aleksandra Liashenko, która w "Annie Kareninie" zagrała Kitty. Trwający dwie godziny pokaz umiejętności, symboliczne przedstawienie o miłości przypadkowej, acz ogromnej, w żadnym momencie nie nużył. Trzymająca w napięciu muzyka, którą słyszeliśmy za sprawą Orkiestry Opery Narodowej w pełni komponowała się czy to z choreografią, czy nawet scenografią, którą przygotowała Katarzyna Nesteruk. Kostiumami zajął się Maciej Zień. Były one lekkie i zwiewne, a także charakterystyczne. Łatwo można było dostrzec, że na scenie pojawiają się rodzice Tristana jako duchy.

Koneserów sztuki pewnie nie muszę zachęcać, ale wszystkim pozostałym, naprawdę polecam. Balet jest sztuką wyrafinowaną, najwyższych lotów. Dla kogoś, kto nie interesuje się tą formą sztuki na co dzień, wartości przedstawienia mogą nie być zbyt wyraźne, co więcej, pisanie o tym może sprawiać trudności. Stąd właśnie moja recenzja taka krótka.

Zdjęcia autorstwa Ewa Krasuckiej. Materiały prasowe Teatru Wielkiego Opery Narodowej

Dziś będzie o balecie. "Anna Karenina" na deskach Opery Narodowej

Sala Moniuszki Teatru Wielkiego Opera Narodowa była w sobotni wieczór wypełniona niemal po brzegi. Utalentowany choreograf, Alexei Ratmansky, ze starej opowieści zrobił niesamowite, nowoczesne widowisko.

Do Opery Narodowej dotarłem bezpośrednio po obejrzeniu nowej komedii Piotra Wereśniaka "Och Karol 2". Choć za sprawą wizualizacji z projektora podczas baletowej inscenizacji powieści Tołstoja widz mógł mieć wrażenie, że ogląda film, to jednak miejsce w jakim przyszło mi się znajdować nie pozostawiało złudzeń i przenosiło widzów w inny wymiar sztuki.

Anna Karenina opowiada o dramatycznej historii kobiety, która była emocjonalnie rozdarta między zimnym i ustabilizowanym mężem, a pełnym młodzieńczej energii i wdzięku kochankiem. Musiała dokonać wyboru: albo dotychczasowe, przepełnione rutyną życie albo pójście za głosem serca. Fabuła została oparta na miłosny wątku dziewiętnastowiecznej, psychologicznej powieści Lwa Tołstoja o tym samym tytule.

Wizualizacje, które stanowiły tło wydarzeń na scenie dodawały baletowi nowoczesności i świeżości. Obecnie, widzowie lubią, kiedy w sztuce wykorzystuje się elementy dwudziestopierwszowiecznej techniki. Utalentowany choreograf, Alexei Ratmansky, ze starej opowieści zrobił nowoczesne widowisko.

Wrażenie mogła robić liczba aktorów na scenie, która niejednokrotnie oscylowała wokół 30-40 osób. Łącznie na scenie wystąpiło czy też zatańczyło, ponad 80 ludzi, wspieranych muzycznie przez licznie obsadzoną filharmonię, której dyrygował Evgeny Volynsky.

Widać było błysk w oczach widzów, gdy Anna Karenina (Natalia Wojciechowska) wraz ze swoim kochankiem Wrońskim (Sergey Popov) tańczyli na scenie. Ponadto, Anna Karenina Rodiona Szczedrina mogła się wielu osobom podobać, choćby ze względu na nierzadko skomplikowane i atrakcyjne układy taneczne czy ciekawą choreografię, która mimo swojej ascetyczności, przy wsparciu nowoczesnych technik, robiła wrażenia. Zwłaszcza, gdy na scenie pojawiła się spuszczona z góry brama, wielki, złoty żyrandol czy wagon pociągu.

Zdjęcie autorstwa Dream Dottie, wykorzystane na licencji CC.

wtorek, 11 stycznia 2011

Jak żyć? W "Nienasyceniu" nie znajdziesz odpowiedzi

Spektakl „Nienasycenie” w reżyserii Tomasza Hynka spotkał się z wieloma bardzo pochlebnymi, jak i bardzo krytycznymi recenzjami. Jest to przekaz o specyficznej formie. Na pewno nie jest to zwykłe przedstawienie, ale czy jest niezwykłe?

Obejrzenie w skupieniu całego spektaklu, zwłaszcza gdy za murami Pałacu Kultury i Nauki wybuchały salwy fajerwerków z okazji „światełka do nieba”, nie było wcale łatwe. Mimo że, oparty na powieści Stanisława Ignacego Witkiewicza, notabene patrona Teatru Studio, spektakl nie nużył. Prowokował, niektórzy powiedzą, że nierzadko brzydził, ale także w pewnym momencie rozśmieszał.

Fabuła obrała dwa tory. Pierwszy, to historia młodzieńca, 18-latka tuż po maturze, uwikłanego w historię przedwojennej Polski. Pragnie studiować literaturę, gdyż, jak twierdzi, jest w niej więcej życia niż w jego własnym. Reżyser bez żadnych ogródek unaocznia widzom jego młodzieńcze, erotyczne fantazje, obawy czy wizje. Chociaż wyrażenie „erotyczne fantazje” brzmi w tej sytuacji jak eufemizm.

Drugi tor to próba przedstawienia Polski jako przedmurza chrześcijańskiej Europy. Przedmurza, które ma stawić czoło chińskiej inwazji. Te dwa tory fabuły niejednokrotnie się zazębiają, uwznioślając przemyślenia głównego bohatera, Genezypa, w którego rolę umiejętnie wcielił się debiutujący Krzysztof Kwiatkowski. Jego rola w Hotelu 52 w porównaniu do roli w „Nienasyceniu” to niebo, a ziemia, z tym, że „Nienasycenie” to niebo.

Trzeba lubić twórczość Witkacego, aby spektakl ten trafił do czyjegoś gustu. Nie powiem, było
w nim coś intrygującego. Najbardziej w pamięci utkwiła mi scena, w której aktorzy wychodzą przed scenę i z powolnego „przechodzenia” do płaczu, śmieją się po chwili do rozpuku, powodując przy tym burzę śmiechu na widowni. Scena się kończy. Pozostaje pytanie: dlaczego?

Podobne pytania może widz stawiać tyle, ile pauz robili w całym spektaklu aktorzy. Nieskończenie wiele. Jak żyć? - pyta osiemnastoletni syna piwowara, Genezyp Kapena, drapiąc się po swoich genitaliach. Nonsens?

Aktorzy na scenie prezentują różne filozofie życia i różne wartości. Widać rządzę władzy, egoizm i przerost ambicji. Łatwo zauważyć momenty, w których ukazywane jest zniewolenie ciała i umysłu. Widać nienasycenie ciałem i nienasycenie wiedzą. Przekazywane filozofie często są prezentowane przez dwie, trzy osoby w jednej chwili. Obłęd i trans w jakim je wypowiadają powodują totalny bełkot. Taka, jest przyczyna tego, że ich nie słychać, a nie jak twierdzi Wojciech Janiszewski w swojej recenzji, słabe nagłośnienie. Taka filozoficzna papka może niektórych nas motywować do życia według swojej idei, filozofii i we własny sposób.

Jak wspomniałem na początku, spektakl, do którego scenografię przygotował Mirosław Kaczmarek, ma swoich sympatyków jak i opozycjonistów. Ja chyba pozostanę neutralny. Dzieło reżysera Tomasza Hynka zrodziło we mnie wiele pytań, na które niestety nie zaserwowano odpowiedzi. Parafrazując słowa Tadeusza Kończyńskiego z recenzji sztuki „Wygnany Eros”, mogę powiedzieć, że: warto chodzić. A jeśli się już pójdzie, warto pisać. Jeśli się już napisze, warto drukować. Jeśli się wydrukuje, warto czytać. Jacyś ludzie nauczyli się tego na pamięć. Przedziwne.